Ona: czuła, opiekuńcza, uczuciowa, gadatliwa, słaba. On: zdecydowany, małomówny, silny. Ona: przede wszystkim matka, skupiona na dbaniu o domowe ognisko. On: zwykle na polowaniu, utrzymujący rodzinę. Ona z Wenus, a on z Marsa. Z badań wynika, że takie opisy rozróżniające płeć to już tylko stereotypy, które z rzeczywistością mają coraz mniej wspólnego. Naukowcy przewidują wręcz rychłą zamianę ról w społeczeństwie albo przynajmniej ich coraz większą elastyczność. Prof. Alice Eagly z Northwestern University prognozuje, że zmiany społeczne mogą zupełnie znieść lub odwrócić różnice między płciami. Coraz mniej dziwi nas widok płaczącego ze wzruszenia mężczyzny czy twardej, zdecydowanej kobiety, która ma wizytówkę z napisem: prezes. Kobiety wychodzą z domu, robią kariery, noszą spodnie i jeżdżą samochodami terenowymi. Mężczyźni odwiedzają salony kosmetyczne, oglądają komedie romantyczne, gotują, sprzątają i nierzadko w pracy wykonują polecenia kobiety-szefa. To już codzienność, która nas niby nie szokuje. Ale czy na pewno radzimy sobie z tą zamianą ról? Czy jesteśmy na nią gotowi? Okazuje się, że kiedy kobieta z Marsa spotyka mężczyznę z Wenus, zbudowanie związku nie jest takie proste.

Kochanie, nie martw się, już zapłaciłam za nasze wakacje

Patryka poznałam na imprezie u przyjaciół. Ten wieczór nie był początkiem namiętnego romansu, ale już wtedy zwróciliśmy na siebie uwagę. On był inny niż mężczyźni, których znałam. Potrafił słuchać. Czułam, że naprawdę rozumie, co do niego mówię. I on też dużo mówił, także o swoich emocjach. A to rzadkość u mężczyzn. Ta umiejętność przyciągała mnie do niego jak magnes. Porozumienie dusz – tak czułam, spotykając się z nim potem wielokrotnie na kawie. Potrafiliśmy gadać godzinami. Po kilku miesiącach już sobie nie wyobrażałam, że miałoby go nie być w moim życiu. Zamieszkaliśmy razem. U mnie, bo moje mieszkanie jest większe. Podobnie jak stan konta, wysokość mojej pensji. Na początku mi to nie przeszkadzało. Ale z czasem pojawił się problem. Nie rozmawiamy o tym wprost, lecz zauważyłam, że Patryk rozgląda się nerwowo, gdy jesteśmy w sklepie i robimy zakupy, za które ja płacę. Ewidentnie stresuje go wzrok ludzi, którzy mogliby to zobaczyć. Mam wrażenie, że z podobnych powodów przestał mieć ochotę na jadanie w mieście. Kiedyś często chodziliśmy do restauracji, od jakiegoś czasu, na jego prośbę, zostajemy w domu. Przed nami wyjazd na wymarzone wakacje – on się z niego nie cieszy tak jak ja, czuję to. Do niedawna kompletnie nie zdawałam sobie sprawy, że mamy jakiś kłopot, ale kiedy moja przyjaciółka zapytała mnie ostatnio: „A tobie nie jest głupio, że płacisz za wasze kolejne wakacje? Nie chciałabyś, żeby to twój książę ciebie gdzieś raz zabrał?” – zaczęłam składać te puzzle. I wiem, że jest jakiś problem…

Jedyny mężczyzna w całej piaskownicy

Kiedy półtora roku temu urodziła się nasza córka, zastanawialiśmy się z Izą, które z nas ma zostać z małą w domu. Co prawda, ja zarabiałem trochę więcej, jednak mój powrót do pracy po tacierzyńskim wydawał się nam bardziej pewny. Iza obawiała się, że przez tę przerwę może na dobre stracić pracę. Oboje doszliśmy więc do wniosku, że to ja zostanę w domu. Zostałem. I chyba dobrze odnalazłem się w tej roli. Uwielbiam naszą córkę i naprawdę chętnie spędzam z nią czas. Frajdę sprawia mi gotowanie obiadów, lubię także sprzątać. Na tym idealnym obrazku pojawia się jednak rysa. Mam wrażenie, że Iza nie jest do końca zadowolona z tego, kim się stałem. Ostatnio przyszli do nas znajomi, przygotowałem kolację. Gdy podgrzewałem ciepłe danie w kuchni, znajomy ze śmiechem zawołał: „No, jak tam, nasza domowa kurko. Umieramy z głodu”. Zrobiło mi się głupio, spojrzałem na Izę i odniosłem wrażenie, że próbowała ukryć zmieszanie. Czasami wydaje mi się, że w tej nowej roli nie jestem dla niej męski. Nie wspomnę już o tym, jak się czuję, kiedy jako jedyny facet siedzę w piaskownicy z córką. Dookoła mnie tylko panie i ja – sam jak palec. Lubię swoją rolę, ale coraz częściej myślę, że może popełniliśmy błąd, podejmując taką decyzję. Może to Iza powinna zostać z Tosią. I wszystko byłoby po bożemu… Jak w innych domach, normalny podział ról, który nikogo nie uwiera.

Zamiana ról po polsku

– Pokusiłabym się o stwierdzenie, że na zamianę ról w związku, choć ona się dokonuje, nie jesteśmy jako społeczeństwo jeszcze gotowi – twierdzi Anna Karny, psychoterapeutka. – Bo w nieradzeniu sobie z tym zjawiskiem przez konkretne pary zdecydowanie największą rolę odgrywa mityczna presja społeczna. Prawda jest taka, że ten prehistoryczny podział ze względu na płeć – uwarunkowany najpierw jedynie biologicznie, a potem wraz z cywilizacyjnym postępem przypieczętowany także kulturowo – zaczął nam przeszkadzać. I uwierać obie płcie. W równym stopniu kobietę i mężczyznę. Przywykliśmy – a potęgował to sposób wychowania przenoszony z pokolenia na pokolenie – że kobieta to ta, która ma prawo do emocji, rozchwiania i słabości. Mężczyzna zaś powinien swoje emocje, jeśli je w ogóle odczuwa, chować pod płaszczykiem siły czy wręcz kontrolowanej agresji – macho musi czasami pokazać „pazur”. Do małych chłopców rodzice mówili: „Nie maż się, jesteś facetem, a chłopaki nie płaczą”. Dziewczynkom na smutek i niezadowolenie pozwalano, one mogły sobie popłakać i wyładować emocje – mówi Anna Karny. Ten ścisły podział powodował przypisanie konkretnych ról społecznych: kobieta – zależna, w domu z dzieckiem, mniej ambitna; mężczyzna – jako jedyny żywiciel rodziny – nastawiony na siebie i swoje życie zawodowe, z większym poczuciem wolności i przyzwoleniem na korzystanie z jej uroków. W ten sposób wyrastaliśmy z bardzo konkretnym przekazem, co komu wolno. – Tymczasem z psychologicznego punktu widzenia jest tak, że każdy człowiek, niezależnie od płci, ma w sobie i słabość, i siłę – tłumaczy psychoterapeutka. – Kobieta ma potrzebę uderzenia pięścią w stół, mężczyzna miewa potrzebę wylania kilku łez, kobieta może odczuwać chęć wyjścia z domu i podbijania świata, a mężczyzna może chcieć w tym domu zostać i opiekować się dziećmi. W te stereotypowe role zostaliśmy więc tak naprawdę trochę na siłę wepchnięci. Nie do końca zgodnie z naszymi emocjonalnymi, psychologicznymi potrzebami Dlatego proces, który rozpoczął się 20, 30 lat temu w kolejnych miejscach na świecie, jest w gruncie rzeczy naturalny, a w każdym razie stanowi dążenie ku naturalności, ku prawdziwej naturze człowieka. I jak widać to już np. w krajach skandynawskich, przyjmuje się, wychodzi człowiekowi na dobre. Na pewno łatwiej jest społeczeństwom laickim. Nasza religia – katolicyzm – utrwala, niestety, stereotypowy podział ról – dodaje Anna Karny.

On też potrzebuje się wzruszyć, popłakać sobie

– W Polsce do gabinetów psychoterapeutycznych trafia coraz więcej mężczyzn – ocenia terapeutka. – I w tych gabinetach bardzo dobrze słychać, że mężczyzna czasem ma w nosie tę swoją siłę samca. Nie czuje jej w pewnych sytuacjach i chciałby zachować się inaczej – okazać słabość, ale boi się oceny, boi się tego, jak zostanie odebrany. W czasach kiedy psychologią trudnił się pan Freud, nauka ta zajmowała się w zasadzie wyłącznie emocjami kobiet, tak jakby tylko one je miały. Mówiło się o histerii macicy i temat ten mężczyzn w ogóle nie dotyczył. Tymczasem mężczyźni dysponują tym samym, ogólnoludzkim wachlarzem emocji i tak samo potrzebują je wyrażać. Mężczyzna, który nie pełni funkcji głównego żywiciela rodziny – zakładając oczywiście, że nie jest nierobem – najczęściej ma problem dlatego, że w jego głowie pojawia się myśl: „Co inni sobie o mnie pomyślą? Bo co to za facet, który jest na utrzymaniu kobiety?”. Problem podobnej natury ma w tej sytuacji także kobieta – prędzej czy później słyszy od przyjaciółki pytanie, czy nie jest jej głupio, że to ona płaci za wakacje, opłaca czynsz. Tymczasem, jeśli ludzie żyją w partnerskim związku, godzą się na konkretny układ, kochają się, naprawdę nie ma dla nich znaczenia, które z nich wpłaca na wspólne konto więcej pieniędzy. Podobnie jest, kiedy mężczyzna decyduje się na urlop tacierzyński. Oboje z partnerką podejmują taką decyzję i zazwyczaj żadne z nich nie ma z tym kłopotu. Kłopot i ewentualne frustracje pojawiają się wtedy, gdy on w piaskownicy wytykany jest palcami przez chmarę matek i słyszy jednoznaczne szepty. Gdyby w tej piaskownicy spotkał kilku innych ojców, czułby się zupełnie inaczej – normalnie. Kobieta-prezes, do której docierają komentarze: „Co z niej za matka, kiedy o godz. 20 jest jeszcze w biurze”, też może zacząć się zastanawiać, czy aby na pewno postępuje właściwie. W krajach, które dłużej mają do czynienia z uelastycznieniem ról, nie ma już takich dyskusji. Proszę mi wierzyć, że terapeuta naprawdę często słyszy od kobiet: „Ja wcale nie chcę, żeby on był ciągle tym macho. Lubię, gdy bywa ciepłym miśkiem, kiedy mogę z nim pogadać jak z przyjaciółką”. Tak czują kobiety. Tylko mężczyzna nie czuje społecznego przyzwolenia. Wydaje mu się, że jego partnerka może uznać go za mięczaka, jeżeli zobaczy w jego oku łzę. A co słyszą kobiety? „Musisz dać mu się sobą zaopiekować, nie możesz być zbyt zaradna”. Otóż każdy człowiek jest mieszanką emocji, siły i słabości, cech przypisanych mężczyźnie i tych przypisanych kobiecie. Dlatego zamiana ról, ich uelastycznienie jest dobrym kierunkiem. Potrzebujemy tylko czasu, aby się z tym oswoić, by to wszystko sobie ułożyć.

Nasz ekspert:
ANNA KARNY
psycholog kliniczny i psychoterapeuta. Ukończyła 4-letnie studia podyplomowe w zakresie psychoterapii w Profesjonalnej Szkole Psychoterapii. Zajmuje się pomocą, wsparciem, psychoterapią osób doświadczających trudności w życiu codziennym. Pracuje w Ośrodku Polana (www.osrodekpolana.pl).