Chcę opowiedzieć swoją historię po to, aby inne kobiety, które być może spotkało to, co mnie, uwierzyły, ze nigdy nie jest za późno – powiedziała na koniec osobistej rozmowy Julia, jedna z bohaterek tego tekstu. – Każdy moment jest dobry, aby się ocknąć i zawalczyć o siebie – dodała. Ale jest też historia opowiedziana z innej perspektywy – z perspektywy Joanny, która nie zdecydowała się odejść od pijącego męża. Kobieta otwarcie przyznaje, ze nie wie, czy kiedykolwiek to zrobi…

Julia: Szesnaście lat w związku z alkoholikiem. Półtora roku po rozwodzie. Ponad dwa lata terapii. Właśnie ją kończy. Ma dwoje dzieci.

Poznaliśmy się w pracy. Wykonujemy ten sam zawód. Mąż jest znany w branży. Ceniony. Dzisiaj rozumiem, że od początku trzeba było uciekać. Już wtedy był uzależniony, ale nie chciałam tego widzieć. I tak żyłam. Wiele lat. Jak te posążki trzech małpek – nic nie widzę, nic nie słyszę, nic nie mówię. Zamykałam oczy, choć doskonale wiedziałam, co jest grane – jestem DDA, czyli dorosłym dzieckiem alkoholika – pił mój ojciec. Wiedziałam, co to znaczy, jak wygląda i czym grozi życie z alkoholikiem… Może właśnie dlatego powtórzyłam schemat z rodzinnego domu.

Wszystko potoczyło się migiem: to było zauroczenie. Szybko zaszłam w ciążę. W rzeczywistości nasz związek nie układał sie od samego początku, ale brak porozumienia przykryty był maska porządku, prestiżu, który towarzyszył mężowi. Zresztą doskonale wychodzi mu budowanie nieprawdziwego, doskonałego wizerunku. Z jego piciem radziłam sobie różnie. Ułatwiały mi to wdrukowane w dzieciństwie schematy – kobieta jest skazana na cierpienie, ma być uległa, gotowa do poświęceń. Mąż nigdy mnie nie szanował. Zdradzał, balangował, nie zajmował się dziećmi. Wszystko było na moich barkach. Na barkach heroicznej kobiety. Taka kobieta doskonale potrafi siebie sama oszukiwać. Wmawiałam sobie, ze jeśli będę dobrą żoną, matką, zdarzy się cud. Moja miłość i oddanie miały go uleczyć. Co jakiś czas były moje prośby, błagania, łzy, krzyk. Na nic! I potworna huśtawka nastroju.

Samopoczucie współuzależnionej kobiety każdego dnia zależy od nastroju pijącego partnera. Budzisz się i nie wiesz, co czeka na ciebie dzisiaj. Wszystko będzie zależało od tego, w jakim będzie humorze, i tego, czy dzisiaj się napije. Jesteś podszyta permanentnym lekiem, chronicznym strachem, niepewnością. I tak codziennie tkwisz w tym koszmarze. Ocknęłam się po długim czasie. Po dwunastu, trzynastu latach poczułam, ze pętla na mojej szyi zacisnęła się na tyle, że nie mogę już oddychać. Pomoc przyszła z góry – śmieje się – dosłownie z góry, bo podczas spowiedzi. Zwierzyłam się, a ksiądz podsunął mi pewną książkę i od razu nazwał rzeczy po imieniu. Powiedział, ze jestem współuzależniona i potrzebuje pomocy.

Po przeczytaniu książki coraz intensywniej myślałam o tym, aby przerwać ten dramat. Koleżanka z pracy dała mi numer do terapeuty. Skorzystałam z niego, ale terapię szybko przerwałam – nie byłam jeszcze na nią gotowa. Po dwóch latach wróciłam jednak do pracy nad sobą. Nie było łatwo, ale nie ma innej drogi do odzyskania siebie. Kolejnym krokiem było złożenie pozwu o rozwód. Stoczyłam prawdziwą walkę. Nie miałam dowodów na to, co wyprawiał ze mną mąż. Nie gromadziłam ich. Piekielny czas, ale ogromna ulga jednocześnie. Wiedziałam, ze robię dobrze. Żadnego wahania. Rozwód to jedno, odzyskiwanie siebie to inna sprawa.

Terapia pomogła mi zrozumieć, dlaczego tak długo tkwiłam w czymś, co było raniące, co było destrukcyjne. Zrozumiałam, ze współuzależniona byłam już w dzieciństwie. Nie dbałam o siebie, nie liczyłam się ze sobą. Od zawsze. Takie osoby, jak on i ja, przyciągają się niczym magnes. Wyczuł mnie od razu. Wdepnięcie w taki układ to chwila nieuwagi, wydobywanie się z niego trwa lata. Jestem w połowie tej drogi. I dziękuję za to Bogu. Moja mama nadal tkwi w toksycznym związku z alkoholikiem. Rozmawiałam z nią wielokrotnie, ale delikatnie. Nie chcę naciskać – do rewolucji, do przełomu trzeba dojrzeć. Inaczej nie wystarczy sił, aby przejść tę drogę do siebie samej. Mam jeszcze dystans do mężczyzn, ale już nie uciekam przed ludźmi. Znów oddycham. Z każdym dniem coraz lżej.

Zobacz także:

Joanna: Trzydzieści trzy lata w związku z alkoholikiem. Piętnaście lat temu, po prawie dwóch latach, przerwała terapie. Nie ma dzieci.

Wiem, że jestem nietypową współuzależnioną. Już w żaden sposób nie walczę z uzależnieniem męża, zrozumiałam, że to nie ma sensu, chyba zaakceptowałam tę własną rzeczywistość, bo przez długie lata uderzałam głową o ścianę. Nie rozumiałam, co ze mną się dzieje. Zastanawiałam się, dlaczego na życiowego partnera wybrałam alkoholika. Terapia, na którą zaciągnęła mnie w pewnym momencie koleżanka, uświadomiła mi, że jest we mnie coś, co ciągnie mnie do ognia. Potrzebuję stałej dawki adrenaliny, bycia na emocjonalnej huśtawce. Te wrażenia zapewnia mi właśnie związek z osobą uzależnioną.

Zawsze byłam ciekawskim dzieckiem, wsadzałam nos tam, gdzie nie trzeba, szukałam trudnych sytuacji. Spokój mnie nudził. Znalazłam więc wyzwanie życia. Trzydzieści trzy lata z alkoholikiem to nie lada wyzwanie. Mąż nie upija się do nieprzytomności, nie używa fizycznej przemocy, nie podnosi głosu, nie zdradza, nie znika na noce. On „zwyczajnie” pije alkohol. Dziś mówię o tym zupełnie spokojnie, chociaż wiem, że to poważna sprawa. Alkoholizm jest bardzo poważnym problemem, ale mąż to dorosły mężczyzna, który pije kilkadziesiąt lat. Po tym czasie już zrozumiałam, że go nie zmienię. Mogę jedynie odejść. Czasami przejdzie mi to przez myśl, za chwilę jestem jednak pewna, że tego nie zrobię. Mam miłość i mam swoją adrenalinę.

Wiele osób się dziwi, kiedy mówię, że zdarza mi się napić z mężem wina. Owszem, zdarza się, przecież to niczego nie zmieni. Przeszłam dwa etapy terapii dla osób współuzależnionych. Na trzeci zabrakło mi odwagi – wiem, że efektem spotkań powinno być rozstanie. W moim przypadku terapia do końca się nie powiodła – tak może powiedzieć wielu, ale uważam, że dużo mi dała. Po pierwsze, zrozumiałam, dlaczego wybrałam właśnie tego mężczyznę… Uzupełniamy się wzajemnie. Poza adrenaliną jest jeszcze coś, co między nami doskonale działa – uwielbiam kimś się opiekować. Potrzebuję tego, bo wtedy sama czuję się potrzebna. Do tego moc wrażeń. Jego huśtawka nastroju to dla mnie ekscytująca niewiadoma.

Po drugie – terapii zawdzięczam także przeorganizowanie swojego współuzależnienia. Pozbyłam się codziennego strachu o męża. A to naprawdę było upiorne. Starałam się non stop czuwać. Dzisiaj potrafię wyjechać na tydzień, dwa, wyłączyć telefon i pozwolić, aby mąż radził sobie sam. Tyle dała mi terapia. Ta zmiana we mnie zadziałała jak domino. Okazało się, że kiedy ja wyjadę i wyłączę telefon, mąż wtedy – paradoksalnie – nie sięga po alkohol. Powiedział kiedyś, że nie robi tego, bo beze mnie czuje się niepewnie, bo kto mu pomoże, jeśli mnie nie będzie. Życie z alkoholikiem to mój, dzisiaj już świadomy, wybór. Na podjęcie takiej decyzji może jednak pozwolić sobie kobieta, która nie ma dzieci. Dzieci na takiej huśtawce żyć nie mogą. To wiem na pewno.

Paulina: Siedemnaście lat w związku z alkoholikiem. Dwa lata w separacji. Obecnie w trakcie rozwodu i terapii. Matka dwóch synów.

Wyszłam za mąż za osobę uzależnioną. Teraz to wiem. Jeszcze przed ślubem się zdarzało, że mój partner upijał się tak, że tracił przytomność, urywał mu się film. Myślałam, że to incydenty – przecież prawie wszyscy piją i prawie każdemu się zdarzyło upić do nieprzytomności. Tak sobie tłumaczyłam. Poza tym nigdy nie miałam do czynienia z alkoholikiem, nigdy w moim otoczeniu nie było osoby pijącej nałogowo, nie miałam pojęcia, jak to wygląda. Nie umiem powiedzieć, kiedy po raz pierwszy poczułam, że coś jest nie tak, ale wiem, że każdego dnia przesuwałam granicę tolerancji. Tak robi osoba współuzależniona. Krok po kroku rezygnowałam z siebie.

Najpierw zerwałam kontakty z moimi znajomymi – mąż nie miał ochoty spotykać się z nimi, więc ja też nie mogłam. Dołączyłam do jego towarzystwa, rozrywkowego towarzystwa. Na każdej imprezie alkohol lał się strumieniami, a ja w ogóle nie piłam. Wszyscy palili, ja nigdy. Czułam się nieswojo. Musiałam się jednak jakoś wśród nich odnaleźć. Krążyłam wokół męża z naiwnym przeświadczeniem, że jeśli będę posłuszna, bardziej się postaram, on przestanie pić – typowe myślenie żony alkoholika. Oczywiście, nie przestawał. Pierwszy przebłysk świadomości nastąpił przed narodzinami starszego syna. Marzyłam o porodzie rodzinnym. Owszem, mąż był ze mną, lecz kompletnie pijany. Nie zjawił się po nas w szpitalu, miał ważniejsze sprawy, odebrała mnie siostra. Bardzo to przeżyłam, ale kolejny raz zacisnęłam zęby. Na porodówkę w drugiej ciąży pojechałam sama. Mnie i młodszego syna ze szpitala odebrał mój brat. Wtedy zrozumiałam, że moje marzenie o pełnej, kochającej się rodzinie jest nieosiągalne, ale do podjęcia jakiejkolwiek decyzji było jeszcze daleko.

Kolejne prztyczki w nos, a raczej ciosy w serce, dostawałam od męża, kiedy założyliśmy wspólnie firmę. Firma wspólna, ale zapisana na mnie. To był dobry czas dla przedsiębiorców, biznes się rozwijał, zyski były coraz większe. Konsekwencją tego były nowe znajomości męża, a konkretnie następni koledzy do picia. Imieniny, urodziny, imprezy biznesowe – co chwila okazja do balowania. Z jednej strony przez lata życia z alkoholikiem zatraciłam siebie, ale z drugiej – paradoksalnie – w pewnym sensie rozwinęłam skrzydła. „Pan mąż”, sprawił, że byłam zdana na siebie. Wszystko załatwiałam sama: kłopoty z dziećmi, urzędy, wszelkie sprawy formalne były na mojej głowie. I ja, wcześniej nieśmiała, szara myszka, zostałam zmuszona do pokonania swojej słabości, wyjścia do ludzi. Przełamałam rozmaite lęki. Od siedemnastego roku życia miałam prawo jazdy, ale bałam się jeździć, przez sytuację z mężem musiałam zacząć jeździć, on przecież nieczęsto mógł usiąść za kółkiem.

Kropką nad i była moja depresja. Zdiagnozowano ją po długich poszukiwaniach, co ze mną się dzieje. Ponad pół roku wstawałam z łóżka jedynie po to, aby odprowadzić dzieci do szkoły – a on nawet tego nie zauważył. Pod wspólnym dachem żyliśmy obok siebie. Szukałam pomocy. Najpierw w książkach, potem były rozmowy z innymi kobietami i w ten sposób trafiłam na terapię, na spotkania indywidualne, w końcu na terapię grupową – najlepsze, co może spotkać osobę współuzależnioną. Wspólnota przeżyć. Masz kogoś, kto kończy zdanie, które zaczynasz. Rozumie, co myślisz, co czujesz, a to jest dla mnie bardzo ważne, to wielkie wsparcie.

O separację wystąpiłam do sądu trzy lata temu – to był mój ostatni akt walki o nasze małżeństwo. Liczyłam w duchu, że coś tym zdziałam, że to mężem wstrząśnie, ale było tylko gorzej. Coraz dłuższe ciągi picia. Dzięki terapii zyskałam odwagę, aby zrobić następny krok. Separacja nic nie dała, przyszła więc pora na rozwód. Sprawa właśnie się toczy, a ja nieśmiało myślę o lepszym życiu.