Każdy z nas lubi mieć rację. Zwyczajnie. Kiedy pojawia się obok druga osoba, w której się zakochujemy, przez jakiś czas ta racja nie jest nam do niczego potrzebna, nie szukamy konfrontacji. Jednak z czasem i decyzją o budowaniu wspólnego życia zaczynamy znowu upominać się o nią czy wręcz o nią walczyć.

Dlaczego miewamy potrzebę bycia „górą”, spierania się o rację nawet w najmniejszych drobiazgach z kimś, kogo kochamy?

Małgorzata Liszyk-Kozłowska: Rzeczywiście często bawimy się w takie przeciąganie liny. Mówię bawimy, bo zazwyczaj, kiedy dorośli ludzie spierają się o rację w drobiazgach, kiedy odczuwają potrzebę udowadniania: „Ja wiem lepiej”, znaczy to, że nie ma między nimi porozumienia w wielu naprawdę istotnych dla jakości związku kwestiach. Taka gra o to, kto ma rację, to zwykle gra zastępcza. Mamy łatwość w czepianiu się o drobiazgi, w afiszowaniu się ze swoją wyższością w nieistotnych kwestiach, bo nie umiemy mówić, co rzeczywiście leży nam na sercu. Łatwiej jest pokłócić się z kimś o to, że rozrzucił skarpetki, znowu zapomniał, że nie lubię szpinaku, pojechał złą drogą, wybrał kiepski film, zamiast porozmawiać o tym, co mnie naprawdę boli. Takie przepychanki to tylko wierzchołek góry lodowej. Kiedy nie umiem powiedzieć partnerowi, co mi przeszkadza, z czym czuję się źle w związku, szukam innego wentylu dla swoich negatywnych emocji.

Mówimy o tym, że te próby udowadniania racji to kwestia niedojrzałości do bycia w związku.

Małgorzata Liszyk-Kozłowska: Kiedy mamy wspólny grunt, kiedy uzgodniliśmy sobie pewne rzeczy, tzn. wizję codzienności, prawo do posiadania osobnej przestrzeni, zasady wychowywania dzieci, reguły obecności osób trzecich w naszym związku, pogląd na temat intymności, wierności, tego, gdzie zaczyna się zdrada, pewnie można by długo te istotne obszary wymieniać, te utarczki o rację, mówiąc w przenośni, nie pociągają nas. A na pewno, nawet jeśli się pojawiają, to nie niszczą związku. W przeciwnym wypadku, gdy nie ma tego gruntu, to właśnie o niezakręconą tubkę z pastą do zębów czy gazetę na stole zaczynamy się złościć. To znaczy, że w garnku jest wiele problemów, a my chcemy rozwiązać je uchyleniem pokrywki, aby wyleciało trochę pary. To chwilowa ulga – pokrywka opada, a para pod nią znowu zaczyna się zbierać.

Czuję się lepiej przez moment, bo pokazałam komuś, kogo kocham, że nie ma racji?

Małgorzata Liszyk-Kozłowska: Tak, ale załatwiam tym, oczywiście bezskutecznie, coś innego. Taka forma okazania komuś wyższości ma być ukaraniem go za to, że nie dostaję od niego czegoś arcyważnego dla mnie. Czegoś, o czym on często nie ma pojęcia. Więcej, czego często nawet ja sama sobie nie uświadamiam. Problem polega na tym, że większość z nas wchodzi w związek z pewną wizją i poczuciem, że to ona jest jedynie słuszna. Kiedy partner jej nie realizuje, uważam, że wina leży po jego stronie, bo przecież „to ja mam rację”. W efekcie próbujemy więc ulepić sobie tę drugą osobę według własnych pragnień i wyobrażeń. Np. jest wiele kobiet, dla których dobry związek to taki, w którym wszystko robimy wspólnie. Myślą tak, bo ich dom rodzinny to było miejsce chłodne, w którym brakowało bliskości, rodzice nie byli dostępni. Taka kobieta wie, czego nie chce powtórzyć, nieświadomie dąży, by w końcu cieszyć się tym, czego nie dostała od rodziców – uwagą, ciepłem. Zmusza więc partnera niemalże do zrośnięcia się. Według siebie – ma rację. On się dusi i ucieka, bo też czuje, że racja jest po jego stronie.

Rozumiem, że tu chodzi także o przeszłość tej kobiety, coś, nad czym musi pracować, ale jest chyba cała pula ważnych dla nas spraw, o które rzeczywiście musimy walczyć, nie możemy ich odpuszczać.

Małgorzata Liszyk-Kozłowska: Używam takiego pojęcia jak warunki brzegowe. Warunki, które muszą być spełnione. Sytuacje, w których racji nie możemy dać sobie odebrać. Bo ich niespełnienie szkodzi nam, a w konsekwencji związkowi. Dbanie o związek to również dbanie o siebie w związku. Ale pamiętajmy o tym, że swoje warunki brzegowe mają obie strony. Jednak to wszystko musi być omówione. Nazwane. Związek, choć brzmi to brutalnie, jest w jakimś sensie zawarciem kontraktu. W biznesie, w życiu zawodowym nie podpisujemy umów w ciemno. W życiu osobistym mamy takie tendencje. Mamy tendencję do niemówienia wprost przez długi czas, o co nam chodzi, co nas uwiera. Umiemy zamiatać kłopoty pod dywan, dla tzw. świętego spokoju. Prędzej czy później musimy się o tę górkę, która rośnie pod dywanem, potknąć i boleśnie poobijać. Zanim to się stanie, długo próbujemy ją omijać. To jest trudne i radzimy sobie z tym trudem omijania fałdy w dywanie, właśnie przepychając się na co dzień o to, kto ma rację w sprawach w gruncie rzeczy nieistotnych. Dlatego wytknięcie, powiedzenie partnerowi: „A nie mówiłam”, daje nam chwilową satysfakcję.

Magiczne słowa „A nie mówiłam” to wręcz muzyka dla niektórych uszu. Kieruje nami pycha?

Małgorzata Liszyk-Kozłowska: Powiedziałabym, że często przeciągające się poczucie bezradności, niemożności dogadania się z kimś, na kim nam zależy. Zdarza się, że tacy ludzie trafiają do gabinetów terapeutycznych po latach gromadzenia żalu, smutku, poczucia krzywdy i zaczynają się prace wręcz archeologiczne. Odkopywanie spod dywanu tego całego bałaganu. Kiedy pytam na pierwszym spotkaniu, co działo się po drodze, jak wygląda codzienność, to słyszę właśnie o takich ciągłych przepychankach dosłownie o wszystko, każdy bzdet. Właśnie o takim przeciąganiu liny. W konsekwencji oddalamy się od siebie. Nie wiemy, że taka przepychanka często jest wołaniem: „Chcę bliskości. Zauważ mnie!”. Nie powiem wprost, o co mi chodzi, bo się boję odrzucenia. Warknę więc w samochodzie: „Wiedziałam, że pomylisz drogę, mówiłam, żebyś skręcił w lewo. Jak zwykle się przez ciebie spóźnimy”. Znowu padną złośliwości, ale nie słowa prawdy. Nie powiemy: „Jestem na ciebie zła, ale zależy mi na tobie”. Trudno jednak rozmawiać o problemach w związku, kiedy na co dzień słyszymy jedynie o tym, co nam w sobie przeszkadza, a nie o tym, co w sobie lubimy, cenimy, co nam się podoba. Tymczasem to właśnie te dobre słowa są budowaniem gruntu do mówienia o problemach.

Wspomniała Pani o odpuszczaniu dla świętego spokoju. To zawsze obraca się przeciwko nam?

Małgorzata Liszyk-Kozłowska: Zazwyczaj. Już samo powiedzenie sobie: „OK, odpuszczę dla świętego spokoju”, automatycznie wywołuje w nas złe emocje. Jeśli takie sytuacje się powtarzają, te złe emocje gromadzą się, aż w końcu wybuchamy. Nie namawiałabym do odpuszczania swoich racji dla świętego spokoju, ale do szukania mądrego kompromisu. Jeśli ja wiem, że mam rację, że moje oczekiwania wobec partnera są dojrzałe, co to znaczy, że odpuszczę dla dobra związku? Jeżeli czuję, że mam rację, to raczej dla dobra związku powinnam właśnie nie odpuszczać. Raczej wytłumaczyć swoje stanowisko, posłuchać argumentów drugiej strony, zobaczyć, co z tego wyniknie. Niestety, mnóstwo jest spraw, które rzeczywiście odpuszczamy. Np. jeśli czuję, że ingerencja teściowej w życie naszego domu jest zbyt wielka, a mój partner nie widzi w tym problemu, to ja, godząc się, aby on przemilczał tę sprawę, nie podjął tego tematu z matką, w efekcie nam szkodzę. Jeśli mój mąż drugi raz w tym tygodniu umówił się na oglądanie meczu z kolegą i uważa, że jest to w porządku wobec naszego dziecka, któremu znowu nie przeczyta bajki, to czy niepowiedzenie mu, że nie jest fair, może przynieść korzyść? Jeśli milczę, muszę liczyć się z tym, że w którymś momencie podświadomie będę chciała się za to odegrać, odreagować. W bliskiej relacji nie ma emocji zapomnianych. Szczególnie złość jest często odłożona w czasie. Dlatego w wielu przypadkach „ugryzienie się w język” powinno dotyczyć jedynie formy, w jakiej zwracamy się do drugiego człowieka, a nie powinno znaczyć, że milczymy, chociaż czujemy, że mamy rację.

Między innymi to chroniczne milczenie w ważnych kwestiach sprawia, że z czasem zwyczajne i zasłużone powiedzenie partnerowi: „Masz rację”, jest dla nas jak poddanie się, nie przechodzi przez usta?

Małgorzata Liszyk-Kozłowska: Myślę, że jeśli w związku nie uprawiamy tego zamiatania żalu pod dywan, to nie ma w nas ani silnej potrzeby czyhania na sytuację, kiedy możemy powiedzieć: „A nie mówiłam/łem”, ani też powiedzenie: „Miałaś/łeś rację, przepraszam”, nie przychodzi z wielkim trudem. Nikt nikogo nie chce za nic karać, nikt nikomu nie potrzebuje w pokrętny sposób niczego udowodnić. Nie boimy się, że uznanie racji drugiej strony może być wykorzystane przeciwko nam. Co więcej, wiemy, że mówiąc „przepraszam”, potwierdzamy partnerowi, iż zawarte między nami zasady są ważne. Oczywiście nie wolno tego nadużywać, tzn. ciągle przepraszać za to samo i oczekiwać wybaczenia. Taka postawa też zrodzi bunt i próbę „odwetu”. Uciekamy się wtedy do różnych sposobów, czasami wciągając w tę „grę” osoby trzecie.

Rzeczywiście, jakiś czas temu byłam świadkiem, kiedy to moja koleżanka, której chłopak jest informatykiem, podczas spotkania w grupie znajomych publicznie zapytała naszego kolegę, czy mógłby jej pomóc, bo ma jakiś problem z komputerem.

Małgorzata Liszyk-Kozłowska: No właśnie, to także może być forma załatwiania jakichś kłopotów w związku.

Forma upokorzenia partnera?

Małgorzata Liszyk-Kozłowska: Oczywiście mogło być też tak, że prosiła wcześniej o pomoc, ale ciągle jej nie dostawała. Tego nie wiemy. Jednak wygląda na to, że to znowu rodzaj toksycznej gry.

Często możemy obserwować brak solidarności w związku. Czy będąc wśród innych ludzi, jesteśmy zobowiązani do tego, by zawsze mówić jednym głosem? Mój mąż rozmawia z kolegą, a ja, choć uważam, że to nie on ma rację w tej dyskusji, powinnam stanąć po jego stronie?

Małgorzata Liszyk-Kozłowska: Nie ma reguły. To zależy od związku. Czy jest pełen bliskości i szacunku, czy jest „ringiem” wrzących emocji. W tej drugiej sytuacji z całą pewnością warto milczeć i do tematu wrócić dopiero w domu, w cztery oczy. Zrobienie tego publicznie to już nie przeciąganie liny, ale jej przeciągnięcie. A przeciągnięcie liny powoduje zazwyczaj, że jedna z osób się przewraca. To nie jest partnerski związek. I tu nikt nie ma ani racji, ani świętego spokoju.