- Najgorsze są poranki - mówi Marta, 29-letnia architekt z Gdańska, od dziesięciu lat w stałym związku z Jurkiem, menedżerem jednej z firm rynku spożywczego. - Budzę się, patrzę na plecy mojego męża, słucham, jak chrapie i uświadamiam sobie, że mija kolejna noc, w czasie której śpimy po oddzielnych stronach łóżka. Gdybyśmy chociaż ze sobą rozmawiali, ale nasze poranne pogawędki stały się nudne jeszcze przed tym, jak znudził nam się seks. Dociera do mnie beznadziejność sytuacji, w której tkwię. Wstaję i idę do kuchni zrobić kawę. Wieczorem znowu spotkamy się z przyjaciółmi, on się upije, ja ponarzekam. Wrócimy razem taksówką, obudzimy się po dwóch stronach łóżka. I tak będzie jutro i pojutrze, aż...- No właśnie, aż co?

I tkwili długo i szczęśliwie

Ustalony rytm dnia, uporządkowana przestrzeń: moje miejsce do pracy, twój gabinet, moja szafa, twoja szuflada na skarpetki. Nauczyliście się skutecznie omijać tematy, które mogą drażnić drugą stronę. Ty nie ciągniesz go na premierę do teatru, on nie każe ci oglądać filmów science fiction. On opuszcza deskę klozetową, a ty wyciskasz pastę do zębów z tubki tak, żeby zaspokoić jego poczucie estetyki. Brzmi jak opis rytuałów małżeństwa z długoletnim stażem i odchowaną trójką dzieci? A dotyczy par, które przeżyły ze sobą zaledwie parę lat. Takie uczucia (o ironio!) rodzą się wśród trzydziestolatków, którzy jeszcze nie skończyli remontu pierwszego wspólnego mieszkania, a już czują się znudzeni sobą. 

Kobieta na rozdrożu

Jeszcze niedawno wszystko było proste. Kobieta tradycyjna marzyła o tym, by spokojnie wychowywać dzieci w domowych pieleszach. Była po to, by posprzątać, uprać albo tym pokierować, jeśli mężczyzna był wystarczająco zaradny, by zarobić na gosposię. Od mężczyzn też nie oczekiwano zbyt wiele: ot, żeby nie pił, nie bił i zapewnił stabilizację. Jeśli do tego był przystojny, inteligentny i z dobrego domu, to uchodził za znakomitą partię. Ale dziś, w epoce związków partnerskich, odpowiedź na proste pytanie: "Po co nam związek?", staje się bardziej skomplikowana.

W badaniach nad potrzebami w związku na pierwsze miejsce wysuwają się dziś aspekty emocjonalne. "Potrzeba bliskości" to coś, co ma zostać zaspokojone we współczesnym małżeństwie. "Partnerstwo", "wzajemny szacunek i zrozumienie", "zrozumienie i tolerancja" - oto najważniejsze cechy udanego związku wskazywane zarówno przez młode kobiety, jak i mężczyzn według badań European Value Survey. Zaraz za nimi plasują się niezbędne w męsko-damskim wspólnym byciu: "spędzanie jak najwięcej czasu razem" i "częste rozmowy o wspólnych zainteresowaniach i problemach".

My, czyli ja

Zjawisko ponowoczesności sklasyfikował i nazwał socjolog Zygmunt Bauman. W swoich "Dwóch szkicach o moralności ponowoczesnej" pisze, że nasze czasy charakteryzuje brak standardów i jedynych dobrych rozwiązań. Jednym słowem: panuje chaos, w którym trudno się odnaleźć. Dlatego coraz częściej małżeństwo zamienia się w nieustające pytanie samej siebie: "Czy jest mi z tym dobrze?". Problem zaczyna się, kiedy odpowiedź brzmi: "nie". Kategoria "my" staje się dla nas coraz bardziej abstrakcyjna. Małżeństwo przypomina dziś raczej związek dwóch indywidualistów krążących wokół siebie. Dziś bardziej niż zdrada przeraża nas stagnacja, czyli to, że w małżeństwie nic się nie będzie działo. Dlatego nerwowo rozglądamy się na boki, kiedy tylko między nami a partnerem zaczyna brakować fajerwerków, a brak zainteresowania z jego strony zaczynamy postrzegać jako nieuchronny koniec związku. Ale koniec nie jest już dla nas taki straszny, jaki był dla tradycjonalistek. Dla nich oznaczał wielką stratę. Dla nas może oznaczać początek czegoś nowego. Teraz ja Anna Jadowska w swoim najnowszym filmie pod wiele mówiącym tytułem "Teraz ja" przedstawia bohaterkę, która porzuca swe uporządkowane życie i męża (z którym nie sypiała od 5 lat) i wyrusza w podróż, by odkryć, o co tak naprawdę jej chodzi. "Kiedy pisałam ten scenariusz - mówi Anna Jadowska - wyobrażałam sobie parę, która jest ze sobą od liceum. Dorastali razem, mają wiele wspólnego, ale gdzieś po drodze o sobie zapomnieli, przestali się słuchać nawzajem. Myślałam o tym, co się dzieje z kobietą, która kończy 30 lat - tłumaczy dalej Jadowska. - To są pierwsze momenty, kiedy zaczynamy zastanawiać się nad upływem czasu. Zdajemy sobie sprawę, że pewnych rzeczy już nie można zrobić. Nie można np. zostać baletnicą ani wybitną pianistką. Pewnych decyzji już nie można zrewidować.- Pewnych nie, ale niektóre można. Dlatego dla trzydziestoparoletnich kobiet, które weszły w stałe związki kilka lat wcześniej, naturalna jest refleksja: czy związek spełnia moje oczekiwania? Czy mężczyzna, którego wybrałam, wciąż jeszcze gwarantuje mi życie (i przeżycia), jakiego pragnę?

Zobacz także:

Czy miłość trwa trzy lata?

"Miłość trwa jedynie trzy lata - prowokacyjnie obwieszcza francuski pisarz Frederic Beigbeder. - Komar żyje jeden dzień, róża trzy dni. Kot żyje trzynaście lat, a miłość trzy. Tak już jest. Najpierw mamy rok namiętności, potem rok czułości, a na koniec rok nudy. Nasze pokolenie jest zbyt sztuczne, aby zawierać związki - mówi Beigbeder. - Idziemy wziąć ślub podobnie jak idziemy do McDonald's. Chcielibyście zostać całe życie z jedną osobą w epoce, w której jak nigdy dotąd mieszają się gwiazdy, polityki, sztuki, płcie, religie? Dlaczego uczucie miłości miałoby być wyjątkiem?" - pyta retorycznie.

W co się bawić?

"Chodzi o to, by wyjąć z głowy te schematy, które sami wybudowaliśmy - dodaje moja przyjaciółka Beata, której udało się przekształcić upadający związek w nową miłość. - W moim przypadku najbardziej niebezpieczne były ustalone opinie na temat partnera. Myślałam: On zawsze robi tak, z nim się tego nie da, skoro do tej pory nie potrafił tego zrobić, to już nie da rady?. Przez lata projektowałam wszystko, począwszy od detali, skończywszy na opiniach o sensie życia, nie dając mu szansy na udowodnienie, że jest inaczej." Czy będzie nam się chciało bawić w budowanie zamków ze starych cegieł, zamiast sięgać po nowe, lżejsze materiały? Moi znajomi na wsi odzyskują stare dachówki i układają je na nowo. Dzięki temu mają najpiękniejszy we wsi dach. Inni zerwali stary, a zamiast dachu mają szyby, przez które widać gwiazdy. Nie ma lepszych czy gorszych rozwiązań. Chodzi o to, byśmy wszyscy byli szczęśliwi.

Marzena Wendołowska