Czwartkowy wieczór. Późny wieczór. Tomek zamknął właśnie ważne negocjacje. I wszystko byłoby idealnie, gdyby nie fakt, że od ponad trzech godzin powinien być w domu. To obiecał Ance, ale jego klient się spóźnił. Anka wychowuje Adasia – ich półrocznego synka. Siedzi w czterech ścianach i wszystko wskazuje na to, że ma dosyć. Ostatnio coraz częściej.

– Kiedy pomyślałem o tym Anki jazgocie, który czeka mnie znowu w domu za to spóźnienie, po drodze wpadłem jeszcze do baru – opowiada zdesperowany Tomek. – Naprawdę, poszedłem tam, żeby odetchnąć, odreagować po całym, ciężkim tygodniu pracy. Chciałem nabrać sił przed kolejnym starciem. Tym razem z Anką. Szkoda, że sił nie mogę nabierać w domu. W końcu haruję dla nas wszystkich, pracuję, żeby nasz syn miał spokojne i kolorowe dzieciństwo. Dosyć mam tych krzyków – cedzi Tomek.

- Coaching to nie terapia – podkreśla Alicja Krata, coach relacji. – Raczej proces, który pozwala partnerom przyjrzeć się temu, w jakim miejscu jest ich związek, ale też, w jakim miejscu jest w nim każde z nich i czego od relacji oczekują. Nie zagłębiamy się w przeszłość, nie szperamy w zakamarkach duszy, raczej zajmujemy się tym, co „tu i teraz”, i tym, co wymaga zmian – tłumaczy zasady.

Żyjemy w zastałych schematach, a one coraz bardziej nas od siebie oddalają. A oddalenie w następnej kolejności powoduje, że nasze poczucie własnej wartości drastycznie spada. Tak wygląda codzienność w wielu potencjalnie naprawdę dobrych związkach. – Często słyszę od swoich klientów: „Bo nas już chyba nic nie łączy” – mówi coach par. Ale skoro widzę, że są u mnie, że przyszli, mam prawo podejrzewać, że tych ludzi jednak coś ze sobą nadal łączy. Na początek często proponuję więc, aby przywołać w pamięci ten czas, kiedy zdecydowali o byciu razem. Każde z partnerów może zrobić to „po swojemu”. To jest niesamowite, jak dosłownie w oczach zmieniają się twarze tych ludzi. Wtedy jestem prawie pewna, że coś może z tego być, w każdym razie wiem, że mamy do czego się odwołać – uśmiecha się Alicja Krata. – Nie mam żadnych wątpliwości, że tego może spróbować każda para w domu, na własną rękę.

Konflikt, szczególnie w momencie kiedy eskaluje, sprawia, że mamy tendencję do widzenia wszystkiego w czarnych barwach. Dlatego pierwszym krokiem jest próba naprowadzenia ludzi na ścieżkę, z której startowali. To wtedy na sesji coachingowej padają takie zdania: „Kiedyś potrafiłeś przytulać mnie kilka razy dziennie”, „A ty kiedyś tak często mówiłaś, że jesteś ze mnie dumna”. Problem polega na tym, że nie umiemy czytelnie się porozumiewać.

Nie zgadzacie się ze sobą? Zamieńcie się na moment miejscami. Wejdź w jego skórę. Popatrz na swój żal jego oczami.

Wychowywani jesteśmy w sposób, który nie pozwala nam ani na konstruktywne rozwiązywanie konfliktów, ani na otwarte komunikowanie, jakie są nasze oczekiwania wobec partnera, wobec związku, wobec życia. Bardzo często sami ich nie znamy! – O konflikcie wiemy tyle, że niszczy! To tylko stereotyp – mówi Alicja Krata. – Konflikt nie musi niszczyć, konflikt wbrew pozorom może budować, tylko trzeba o tym wiedzieć – dodaje.

Zobacz także:

Jak to działa? Myślimy: jeśli on/ona mnie kocha, to mnie rozumie. Nic podobnego. Ludzie mogą bardzo się kochać, ale i tak nie zawsze odpowiadają na swoje wzajemne oczekiwania. Bo ciężko zaspokoić potrzebę, której się nie zna. Skrytykowanie zachowania partnera nie spowoduje automatycznie, że zrozumie on naszą potrzebę ukrytą pod zachowaniem. Ale krytykowany z pewnością zacznie się bronić. Często również krzykiem, a o swoim poczuciu krzywdy i niesprawiedliwości też wprost nie powie. I tak, w banalny sposób, narastają złe emocje między ludźmi, których łączą silne uczucia.

Rolą coacha jest ułatwienie ludziom kontaktowania się ze sobą. Pomaga on też w odkrywaniu ich własnych potrzeb i oczekiwań, uporaniu się z szalejącymi w nich emocjami. Marshall Rosenberg, autor znanej metody „Porozumienie bez przemocy”, mówi jasno: jeśli dzieje się coś złego w relacji, po pierwsze skontaktuj się z samym sobą. Nazwij swoje emocje. Na czym to polega? Na tym, aby Anka, która od progu krzyczy na Tomka, że znowu przyszedł za późno, zdała sobie sprawę z tego, czego jej brakuje. I niech zrobi to, zanim rozpocznie awanturę. – W coachingu koncentrujemy się na konkretnej sytuacji – opisuje Alicja Krata. Żywe emocje „z dzisiaj” są doskonałym materiałem do pracy dla coacha.

Czyli: on przychodzi z pracy ze swoim sukcesem, ale grubo spóźniony. Jak wygląda ta sytuacja od strony kobiety? Zmęczona po całym dniu „walki” z płaczącym dzieckiem, od progu wita go w najlepszym razie karcącym milczeniem, odęta – jest wściekła. Nie trafia do niej żaden argument. Z jego strony wygląda to tak: także zmęczony wchodzi z oczekiwaniem, że trafił w bezpieczne miejsce, do swojego azylu. Jednak kiedy widzi reakcję swojej partnerki, rodzi się w nim poczucie niesprawiedliwości – przecież cały dzień ciężko pracował. Nie po to, żeby sprawić sobie jakąś przyjemność, ale po to, aby im wszystkim żyło się lepiej. Oboje zaczynają krzyczeć. Okopują się na swoich pozycjach, wieczór kończy się tak, że każde zamyka się w innym pokoju. Nieszczęśliwe.

Kiedy następnego dnia partnerzy spotykają się z coachem i pracują nad konfliktową sytuacją, okazuje się, że w rzeczywistości ona czekała na niego cały dzień i tęskniła… Bo czuje się samotna, kiedy siedzi sama z dzieckiem. Zwyczajnie jej go brakuje. A co czuł Tomek? Marzył, aby Anka w progu powiedziała mu tak, jak mówiła kiedyś: „Jestem z ciebie dumna”. Okazuje się bowiem, że tak naprawdę to jej ocena, jej pochwała jest dla niego najważniejsza. Dlaczego więc wieczór spędzili w poczuciu żalu w oddzielnych pomieszczeniach? Bo wtedy, w tym momencie, nie zdawali sobie sprawy ani z tego, co w rzeczywistości do siebie czują, ani tym bardziej nie umieli sobie tego powiedzieć.

W ten sposób dwoje ludzi, którzy bardzo się kochają, spędza kolejne dni, tkwiąc w wojnie, oddalając się od siebie. Aż w końcu Tomek, na myśl o powrocie do domu, zaczyna zahaczać o bar!

Kiedy Anka i Tomek już na spokojnie, wyposażeni w tę nową dla nich wiedzę, odtworzyli podczas sesji coachingowej tę sytuację (bo to jeden z elementów procesu), nie mogli się nadziwić, w jaki sposób udało się jej aż tak bardzo ich podzielić.

Coach pomaga dotrzeć do celu, czyli właśnie do naszych potrzeb. Prawdziwą potrzebą Anki było przytulenie się do Tomka, kiedy wszedł, a emocją był smutek, a nie złość, tak jak jej się wydawało.

– Ćwiczenia, które zaleca Rosenberg w takich sytuacjach, polegają na uczeniu się odróżniania emocji od myśli, bo z tym też mamy problem – podkreśla Alicja Krata. Myśl i jej interpretacja, która dokonuje się w nas automatycznie, zlewa się nam z tym, co czujemy. A kiedy już nauczymy się odcedzać same emocje, trzeba też znaleźć dla nich określenie, wiedzieć, co dla nas znaczą. Kiedy mówię podniesionym tonem do swojego partnera: „Czuję, że mnie nie kochasz”, to czy informuję go o własnych uczuciach? On nie wie, że pragnę miłości, tylko słyszy, że nie potrafi mi jej dać. Wtedy zaczyna przerzucać winę, bronić się. Konflikt eskaluje. A tymczasem rozwiązanie często jest blisko. Zaspokajanie wzajemnych potrzeb jest możliwe, kiedy poznamy i zrozumiemy perspektywę drugiej strony.

– Dlatego często, prosząc o odegranie sceny, która się wydarzyła, zalecam partnerom zamianę miejscami. To jest idealny sposób na kształtowanie empatii, której w codziennym życiu bardzo nam brakuje. I wbrew pozorom, najbardziej brakuje jej właśnie w tych najbliższych, najcenniejszych relacjach – mówi coach.

Wszystkie te sposoby: oddzielania emocji od przekonań, nazywania ich, odgrywania po jakimś czasie scen, które tworzą z naszych domów piekło na ziemi, czy zamienianie się miejscami to metody, które możemy stosować sami, we własnych czterech ścianach.

Chodzi o trening. Bo w momencie kiedy uruchamiają się emocje, reagujemy nawykowo – ulegamy porywom, a to można zmienić. Coaching idealnie się tu sprawdza. Uczy nas złapać moment, w którym uruchamiają się stare, toksyczne mechanizmy. Mamy szansę zacząć zastępować je nowymi. One po jakimś czasie naprawdę zaczynają wchodzić nam w krew, a relacja funkcjonuje zupełnie naczej. To jest właśnie oczyszczająca rola takiego sposobu pracy.

„Patchworkowa” rodzina jest dużym wyzwaniem, ale możecie ulepić swój spokój na nowo. Pomoże w tym spisanie kontraktu.

Ze zjawiskiem „patchworkowych” rodzin, aż w takim nasileniu, mamy do czynienia w zasadzie od niedawna. W pewnym sensie są znakiem naszych czasów. Żyjemy w coraz bardziej złożonych i toksycznych konfiguracjach. „Jego dzieci, moje dzieci, wspólne dzieci była partnerka, z którą muszę żyć dobrze, bo inaczej będzie działać przeciwko całej naszej, nowej rodzinie”, myślimy.

– Z radością obserwuję, że ludzie w coraz większym zakresie coraz liczniej zdają sobie sprawę z tego, że takie „lepienie” rodziny na nowo wymaga szczególnego zwrócenia uwagi na to, co jest tu najważniejsze, czyli na dobro dzieci – opowiada Alicja Krata.

Jak to zrobić, aby one nie ucierpiały? Pierwszym etapem jest dojście do punktu, w którym każdy członek rodziny przyjmuje do wiadomości nową sytuację. Często taki etap „niezgody” trwa jakiś czas oczywiście, o ile nie przeciąga się on w długie miesiące, warto, aby wszyscy zaangażowani w proces przeczekali ten okres cierpliwie. „Nieprzeczekany” potrafi odezwać się za jakiś czas.

Ważnym etapem jest spisanie czegoś w rodzaju kontraktu. Dotyczy on wielu sfer życia i ważne jest, aby każdy członek rodziny miał poczucie, że brał udział w jego tworzeniu oraz że jego potrzeby zostały w nim uwzględnione. W takim kontrakcie powinien być ustalony „zakres” ingerencji byłych partnerów w sposób funkcjonowania nowej rodziny.

Zazwyczaj, co zrozumiałe, to właśnie oni generują najwięcej nieporozumień. – Tu naprawdę można, a wręcz należy wziąć do ręki kartkę i spisać w punktach nowe zasady – tłumaczy coach. I znowu bardzo ważną kwestią jest umiejętność wejścia w skórę drugiego człowieka, tym razem byłego partnera. Nie jest przecież tak trudno wyobrazić sobie, jak czuje się osoba porzucona, prawdopodobnie każdy z nas ma taki etap za sobą. – Pamiętam sytuację, kiedy dla porzuconej kobiety szalenie ważne było, aby jej dawny mąż znalazł w swoim planie tygodnia taki czas, który spędzać będzie tylko z ich synem – przytacza Alicja Krata. – Bez towarzystwa nowej partnerki i jej dzieci. W tym „patchworkowym” układzie naprawdę działo się bardzo źle. Coaching pomógł w ustaleniu zasad i wypowiedzeniu potrzeb. Kiedy ta jedna, ważna dla byłej partnerki mojego klienta, sprawa została spełniona, piekło, które robiła im do tego momentu, natychmiast się uspokoiło. Naprawdę wiele rzeczy jest kwestią  otwarcia się na perspektywę drugiego człowieka. I uświadomienia sobie, że bardzo często zdarza się nam powiedzieć nie do końca to, co powiedzieć chcieliśmy, co czuliśmy.

Zdradził? To poważna sprawa. Ale jeśli oboje chcecie iść dalej razem, macie szansę na wyjście z kryzysu.

Wszyscy wiemy, że zdrada bardzo często okazuje się najłatwiejszym sposobem zaspokojenia potrzeb, które nie są zaspokajane w związku z obecnym partnerem. I wcale nie chodzi głównie o seks, ale o wiele potrzeb, które są nam niezbędne: zrozumienie, bezpieczeństwo. Jeśli nie wierzymy bądź nie uświadamiamy sobie, że możliwa jest ich realizacja w danym związku, niemal „po omacku” szukamy tego na zewnątrz.

– Oczywiście najlepiej, jeśli ludzie pojawiają się u coacha wtedy, kiedy nie prowadzą jeszcze równoległego życia z kochanką czy kochankiem – apeluje Alicja Krata.

W momencie kiedy do zdrady już doszło, coaching ma sens tylko pod warunkiem, że partnerzy gotowi są przyjąć, iż zdrada jest ważną informacją o ich związku, jest skutkiem zaprzestania dbania o relację, albo że przynajmniej deklarują gotowość do wybaczenia. Wtedy pierwszym krokiem jest praca nad tym, aby zamknąć za sobą przeszłość, aby osoba zraniona starała się być „tu i teraz”, zgodnie z decyzją, jaką podjęła. Ale też, aby partner w momencie kiedy jej się to nie uda, nie reagował gniewem, lecz cierpliwie i konsekwentnie dawał jej wsparcie.

Zdarza się jednak, że zranienia okazują się na tyle silne, iż coaching to za mało – potrzebna jest raczej pomoc terapeutyczna. – I w takich sytuacjach zawsze ją polecam – podkreśla Alicja Krata. – Ale widziałam, jak coaching przynosił efekt np. w sytuacjach chorobliwej zazdrości. Pracowałam z ludźmi, którzy przyszli w zasadzie z podjętą decyzją o rozstaniu. Ona na każdym kroku doszukiwała się jego zdrady, on, zmęczony jej zachowaniem, na krawędzi potwierdzenia zasady o samospełniającym się proroctwie, był gotowy zdrady się dopuścić. Coaching doskonale się tu sprawdził. Wniosek? Warto pracować nad empatią. Wręcz na siłę przypominać sobie o niej. Zawsze wtedy, kiedy emocje biorą górę!