Anka właśnie wyszła z drogiego butiku. Zaszalała. Kupiła małą czarną. I jeszcze szpilki. Obcas: 11 centymetrów, nigdy na takim nie chodziła. Bieliznę już ma. Nie pamięta, kiedy ostatnio czuła się tak dobrze. Ze sobą, ze swoim ciałem. Będzie kolacja, pachnące świece, dobre wino, muzyka, która w obojgu budzi sentyment. – Będzie bosko. To w końcu nasza rocznica ślubu. Która? – Anka uśmiecha się. – Ale sama nie wiem, jak mam to policzyć. Albo pierwsza, albo trzynasta, bo przeżyliśmy ich już wspólnie dwanaście, albo dwudziesta pierwsza – według kalendarza. Jeśli chcesz wiedzieć, która wersja pasuje mi najbardziej, to powiem: pierwsza! Tak właśnie się czuję. Pół roku temu zakochałam się... w moim byłym mężu. Zakochałam się na nowo w mężczyźnie, z którym przeżyłam kiedyś dwanaście lat. A potem, osiem lat temu, rozstałam się z nim bez żalu, w każdym razie tak mi się wydawało – opowiada

PRZERWA W UCZUCIACH

Kiedy się poznali, Anka miała 22 lata, Łukasz był rok starszy. Bardzo szybko między nimi zaiskrzyło, po kilku miesiącach zostali małżeństwem. Łatwy start zapewnili im rodzice ofiarując mieszkanie. Żadnych schodów. Pieniądze na urządzenie domowego ogniska też dostali. Oboje studiowali zaocznie, oboje pracowali. Całkiem dobrze sobie radzili. Imprezy, wymarzone wakacje, grono znajomych.

– Nawet nie wiem, kiedy zaczęło się między nami psuć – zastanawia się Anka. – Niby nic nas nie różniło, oboje nie chcieliśmy mieć dzieci, lubiliśmy swoją pracę, czytaliśmy podobne książki, słuchaliśmy podobnej muzyki. Gdy planowaliśmy urlop, zawsze chcieliśmy jechać w to samo miejsce... Gdybym miała ustalić chronologię, to chyba najpierw przestaliśmy ze sobą rozmawiać. I ten stan trwał jakiś czas. Oddalaliśmy się od siebie stopniowo. Zanim się obejrzeliśmy, każdy miał alternatywne życie, do którego drugie nie miało wstępu. Powiem więcej, nie chciało go mieć – przyznaje Anka. Potem zaczęły się kłótnie. O rzeczy, które wcześniej nikomu nie przeszkadzały. O jego bałaganienie, o jej chorobliwy perfekcjonizm i sprzątanie z lupą w ręku. O jego zbyt późne powroty z pracy, o jej wypady do kina z koleżanką. Nie było już chęci porozumienia. Na wakacje zaczęli jeździć osobno.

– Ta spirala się nakręcała. Miałam go dosyć, on miał dosyć mnie. Ciche dni przeplatały się z awanturami. Kiedy wspomniałam o rozwodzie, usłyszałam tylko: „OK, to dobry pomysł”. Złożyłam pozew. Rozwiedliśmy się błyskawicznie i z wielką ulgą każde, już oficjalnie, poszło w swoją stronę. Czułam się znakomicie, jakby ktoś zdjął ze mnie ciężar. Teraz będę panią swojego losu, zacznę oddychać i żyć pełną piersią. Tak to widziałam – opowiada Anka. Przez osiem lat układali sobie życie osobno. Wielokrotnie, bezskutecznie, z różnymi partnerami. Gdy pół roku temu spotkali się przypadkowo, oboje byli sami. – Wpadliśmy na siebie znienacka w centrum handlowym, Łukasz zaprosił mnie na kawę. Rozmawialiśmy trzy godziny. Nie mogliśmy oderwać od siebie oczu – uśmiecha się Anka. – Nagle przypomniałam sobie, jak wiele nas łączy. Pożegnaliśmy się, wsiadłam do samochodu i bez strachu napisałam do Łukasza SMS: „Spróbujemy jeszcze raz?”. Natychmiast zadzwonił: „Gdzie jesteś? Nie odjeżdżaj, już idę”. – Przygotuję dzisiaj dla mojego byłego męża z okazji rocznicy ślubu łososia na szpinaku. Bardzo go lubi, a mnie sprawianie mu przyjemności daje mnóstwo energii. Nie wiem, jak mogłam kiedyś o tym zapomnieć. Czy straciłam osiem lat? Nie! Odzyskałam faceta, którego kocham. Gdyby nie ta przerwa, nic by z nas nie było. Jestem tego zupełnie pewna.

– Gdyby posłużyć się językiem gier komputerowych, ludzie kryzys w związku określają słowami „game over”, a kryzys to często drugie życie dla związku – tłumaczy Małgorzata Liszyk- Kozłowska, psychoterapeutka z Pracowni Rozwoju Osobistego „Maliko”. – Czasami dopiero gdy się rozstajemy, dostrzegamy nie tylko to, co nas oddala od drugiego człowieka, ale i to, co jest w nim dla nas ważne, dobre, cenne. A co razem z nim odejdzie z naszego życia. Okazuje się, że pod warstwą samotności i złości, które tak silnie czuliśmy, jest też dużo pozytywnych uczuć. Dużo czułości, tęsknoty, miłości. Bywa, że kryzys w związku pozwala dotrzeć do tego, co od lat jest w nas głęboko ukryte – dodaje. – W żadnym mężczyźnie, z którym spotykałam się przez te ostatnie lata, nie znalazłam nawet namiastki tego, co dawał mi Łukasz. Potrzebowałam rozstania, aby to zobaczyć – mówi Anka.

OCZYSZCZENIE

Wtorek. Od trzech miesięcy to najważniejszy dla Tomka dzień w tygodniu. We wtorki o 20 chodzą z Dominiką na terapię. – Pół roku temu zrobiłem największą głupotę w życiu, zdradziłem ją – opowiada Tomek. – Dość standardowa sytuacja. Wyjazd służbowy, kilka drinków za dużo i stało się. Koleżanka z pracy, która chciała ze mną pogadać. To mi wtedy wystarczyło, bo przecież moja żona nie ma ochoty na słuchanie moich zwierzeń. Następnego dnia miałem strasznego kaca. Nawet nie myślałem, żeby to ukrywać. Wiedziałem, że muszę jej powiedzieć, niezależnie od konsekwencji.

Ale pamiętam, że tamtego ranka zdałem sobie sprawę, z czegoś, o czym dawno zapomniałem, że bardzo kocham moją żonę – zwierza się Tomek. – Nie wiem, jakich użył słów, jak mi o tym powiedział. Nie pamiętam. Wiem tylko, co odpowiedziałam: wyjdź! – wspomina Dominika. – Wyprowadził się tego samego dnia. Ale wpadał codziennie do naszej córki, Zosi. Są bardzo związani. Tego nie wolno mi było zepsuć. Czasem próbował ze mną rozmawiać w progu, ale się broniłam. Raz rzucił: „Może da się nas jeszcze uratować, może terapia?”. „Jaka terapia, co ratować?” – pomyślałam. Trzy miesiące temu moja 8-letnia córka wróciła ze spotkania z ojcem rozpromieniona. Z wypiekami na twarzy opowiadała, co robili, jaki tata fajny. Coś we mnie pękło, poczułam, że chciałabym być z nimi, z nim... Rozpłakałam się, Zosia przytuliła mnie i zapytała: „Mamo, tęsknisz za tatusiem?”. Chciałam być szczera z nią, i być może pierwszy raz od dawna ze sobą, odpowiedziałam: „Tak, tęsknię”. Dwa dni później, kiedy Tomek przyprowadził Zosię, powiedziałam chłodnym tonem: „OK, spróbujmy iść na tę psychoterapię” – opowiada Dominika.

– Nikt nie ma złotej recepty na przejście przez kryzys – mówi Małgorzata Liszyk-Kozłowska. – Ale jest jeden warunek: obie strony muszą chcieć ratować związek. Przez kryzys można przejść tylko ramię w ramię. Często nagromadzone przez lata emocje, ból każdego z partnerów zatrzymują w innych momentach zdrowienia. Wtedy druga strona też musi przystanąć, poczekać. Chcieć zrozumieć – dodaje.

Kiedy podczas drugiego spotkania u terapeuty Tomek powiedział: „Zostawiłaś mnie już dawno”, Dominika się wściekła: „Palant. Teraz będzie chciał podzielić się ze mną odpowiedzialnością za to, co się stało. A przecież powinien przepraszać i błagać o wybaczenie”. – To była moja pierwsza myśl, ale nakłoniona przez terapeutę pozwoliłam mu dokończyć. I usłyszałam rzeczy, o których nie miałam pojęcia. Mój mąż ze łzami w oczach mówił o samotności. O tym, że czuje się przeze mnie odtrącony, że nie pozwalam mu być mężczyzną. Słuchałam i zaczynałam rozumieć. To prawda. Od kilku lat słyszał ode mnie, jaki powinien być mężczyzna: co to za facet, który pozwala wyrzucić się z pracy, znowu przegrałeś z Damianem w tenisa, twój brat nie zachowałby się tak nieodpowiedzialnie... Przypomniałam sobie wiele tego typu zdań, którymi go częstowałam. Tak mówiłam to do faceta, którego kocham! Do faceta, który jeszcze jakiś czas temu wydawał mi się stuprocentowym mężczyzną. Czy on musiał mnie zdradzić, żebym zdała sobie z tego sprawę? To niewiarygodne, ale z czasem zaczynałam rozumieć, że winą za ten kryzys musimy się chyba jakoś podzielić, że jakiś fragmencik muszę wziąć na siebie – opowiada Dominika.

– Kryzys bywa czasem jedynym ratunkiem – tłumaczy psychoterapeutka. – Może być jak kąpiel dla związku. Zmywamy z miłości kurz, brud, po to, aby przypomnieć sobie, co pod nim jest. To mycie drucianą szczotką, bolesne, ale uwalniające. Pozwala powiedzieć przed samym sobą: tak! Jestem z tobą, bo tego chcę, bo ciebie kocham. To mój wolny wybór, nie tkwię w związku z bezsilności, z przyzwyczajenia, ale dlatego, że tak zdecydowałam. Dodatkowo gdy partner słyszy takie słowa, nabiera sił do pracy nad związkiem. Nie tylko uczy się pokonywania problemów, ale także unikania ich w przyszłości – mówi Małgorzata Liszyk- Kozłowska.

ŚPIĄCY POLICJANT

Marcin od dwóch lat nie gra. Jest hazardzistą. Jak alkoholik, chory będzie już zawsze. Trzy lata temu sięgnął dna. Przegrał wszystko, co mógł. Z Igą i dziećmi musieli przeprowadzić się do teściów, sprzedać mieszkanie, by spłacić jego długi. – Nigdy nie wierzyłem w cuda – opowiada Marcin. – Gdy ktoś mówił, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, pukałem się z wyższością w głowę. Ale dojrzałem. Dostałem nowe życie z moją żoną – uśmiecha się.

Zaczęło się niewinnie, jak zawsze. Kasyno niedaleko domu, małe sumy, tak tylko dla rozrywki. Marcin, jak każdy uzależniony człowiek, był przekonany, że panuje nad sytuacją. – To trwało kilka lat – przyznaje Iga. – Niczego nie widziałam, a wydawało się, że byliśmy zgranym duetem. Razem od ponad dwudziestu lat. Marcin dużo pracował, ja na początku wychowywałam dzieci, potem zaczęłam próbować sił w firmie PR-owej, ale raczej dla przyjemności i rozrywki niż z powodów finansowych. Żyliśmy na bardzo przyzwoitym poziomie. Mąż jest dobrym prawnikiem, więc było mnie stać na babskie przyjemności. Fryzjer, kosmetyczka, nowa torebka. Mogłam robić to, na co miałam ochotę. A Marcin i tak sam raz na jakiś czas robił mi prezenty, przynosił kwiaty, zabierał na weekendy. Pamiętał o rocznicach ślubu, pierwszej randki. Koleżanki zazdrościły mi takiego faceta. Ja chyba uważałam to wszystko za normalne.

Mężczyzna jest głową rodziny, musi być silny, odpowiedzialny, zawsze sobie radzić – w takim przeświadczeniu zostałam wychowana. I dokładnie tak oceniałam mojego męża. Do przyjaciółki, która zwierzała się ze słabości swojego partnera, mówiłam: „Na szczęście mój facet jest twardzielem. Nie wyobrażam sobie życia z innym mężczyzną”. Jak sobie to teraz przypominam, jest mi wstyd. Nie tłumaczę Marcina, nie o to chodzi, zrobił z naszego życia koszmar. Po prostu nie wiem, jak mogliśmy być przez te lata na tyle osobno, żeby siebie nie widzieć, nie czuć. Jak mogłam nie zauważyć, że mój mąż ma kłopoty, jak to się stało, że on do mnie z tym nie przyszedł, że nie mógł poprosić mnie o wsparcie, którego tak bardzo potrzebował – mówi Iga. Kiedy zostali bankrutami i zamieszkali u rodziców Igi, wielokrotnie słyszała, że ten związek musi się skończyć, mimo że Marcin zdecydował się na leczenie.

Rodzina, „przyjaciółki”, każdy życzliwie doradzał: „Zostaw go, on z tego nie wyjdzie. Będziesz nieszczęśliwa”. Ona jednak zdecydował inaczej. Jak się okazało, miała rację. Sama także podjęła terapię dla współuzależnionych. Tam, na spotkaniach wiele zrozumiała. Otworzyła oczy. – Uwierzysz? Nigdy nie byliśmy z Marcinem tak blisko jak teraz – uśmiecha się Iga. – Pamiętam taki jeden dzień, odwiedzałam go w ośrodku, w którym był na terapii. Odprowadził mnie do samochodu i machał na do widzenia. Popatrzyłam na niego i pomyślałam pierwszy raz, odkąd z nim jestem, że teraz dopiero akceptuję go w pełni, takim, jakim jest, ze wszystkimi zaletami i słabościami. Bo dopiero teraz rzeczywiście go znam. Poczułam się szczęśliwa, poczułam, że kocham mocno, prawdziwie. Choć przeszłam piekło, o którym nigdy nie zapomnę – opowiada Iga. Czy kryzys da się wymazać z pamięci? – Nie da się i powiem więcej: nie wolno tego robić – tłumaczy Małgorzta Liszyk - Kozłowska.

– Kryzys, z którego wychodzi się zwycięsko, jest dla związku najcenniejszą przestrogą. Czytelnym zapisem w sercu: już wiemy, jak to smakuje, już wiemy, jak silna więź nas łączy. Kryzys w przeszłości jest jak śpiący policjant na jezdni, jest przeszkodą, ale taką, która może uratować wspólne życie.