Bycie silną zobowiązuje. Skrupulatnie rozliczasz siebie z każdej słabości. Bierzesz odpowiedzialność za wszystko. Takie ciągłe bycie w stanie gotowości bywa męczące. Nawet kiedy człowiek przygotowuje się do maratonu, o którym marzył, to od czasu do czasu najzwyczajniej w świecie bolą go mięśnie. Z czasem bolą coraz mniej. Trening czyni mistrza.

Kasia: „Być kobietą, być kobietą…”, czyli jak siłę i zdecydowanie schować do torebki, a wyjąć z niej z wdziękiem czerwoną szminkę.

Na co dzień otaczają mnie faceci, zdarza się, że pracuję z czterdziestoma jednocześnie. I to ja nimi dowodzę. Muszę umieć powiedzieć otwarcie, czego oczekuję, ale to nie wszystko – muszę to potem wyegzekwować. A do tego potrzebna jest skóra nosorożca. Pewność siebie. W spojrzeniu, głosie i każdym geście. Chcę być traktowana poważnie. Jak partner. Nie wyobrażam sobie, że panowie staną z boku i będą żartować z kobiecej bezradności. I całej listy cech, które są nam przypisywane stereotypowo – że niby jesteśmy niezdecydowane, słabe, delikatne. Nie zniosłabym tego. To jest jedna strona medalu. Druga zaś: życie prywatne, w którym moja siła podobno czyni spustoszenie. Sama nie zdawałam sobie z tego sprawy.

Jakiś czas temu przyjaciółka powiedziała życzliwie: „Opamiętaj się! Spróbuj przemówić innym głosem, bo odstraszasz facetów”. To miał być eksperyment – przez tydzień, podczas wyjazdu służbowego, będę grała… kobietkę. Z trybu: kierowniczka, przestawię się na tryb: księżniczka. Średnio wyobrażałam się w takiej roli, ale postanowiłam spróbować. Wstrząsające doświadczenie. Jakby ktoś zdjął klapki z oczu. To, co dla innych kobiet jest oczywiste – że są rzeczy, które mężczyzna robi dobrze, a może nawet lepiej niż ja, i że czasem trzeba dać mu się wykazać, ponieważ to jeden z ważniejszych elementów damsko-męskiej gry – dla mnie było odkryciem. „Ojej, zepsuło się” albo „Nie mam pojęcia, jak to zrobić” – to są zdania, które kiedyś nie przechodziły mi przez usta, a nawet przez myśl.

Pierwszy eksperyment wyglądał tak: trzeba było złożyć pięć małych stolików, zazwyczaj mam w pracy do tego obsługę, tym razem jej nie było. Rozejrzałam się wokół, kręciło się kilku mężczyzn. Pomyślałam: „Teraz albo nigdy”, i nieporadnie wypowiedziałam magiczne zdanie: „Panowie, nie poradzę sobie”. Za pięć minut stały przede mną skręcone stoliki. Oczywiście zrobiłabym to sama, bo potrafię, ale w głowie dudniły mi słowa przyjaciółki. Tak zaczęła się moja terapia… Z wysokiego C, tonu, który przywarł do mnie przez lata, schodzę stopniowo do bycia, a raczej bywania kobietą. Uczę się, że liczy się spojrzenie – nie ma być lodowate, ton – nie może być odstraszający, mowa ciała – bez dominacji. Ktoś może powiedzieć: „Przecież jesteś kobietą, a kobieta kokieterię ma we krwi”. To nie jest proste. W taki pancerz nie obrasta się bez powodu.

Supermanką kobieta się chyba nie rodzi. W każdym razie ja się nią stawałam. Przez rodzaj pracy, ale nie tylko. Przyczynił się do tego także facet. Zawód miłosny. Zraniona kobieta ma dwa wyjścia: albo dawać się ranić kolejny i kolejny raz, albo się okopać i bronić. Poszłam tą drugą drogą. Powtarzanie sobie: „Musisz być twarda, nie możesz się mazać”, jest jednak na dłuższą metę męczące i buduje coraz większy dystans do ludzi, do mężczyzn. Owszem, nikt mnie już nie zrani, ale też nikt mnie nie uszczęśliwi. To nie jest optymistyczna prognoza dla singielki. Jestem więc na etapie przechodzenia metamorfozy. To nawet jest przyjemne: zaczyna się spotkanie, a ja swoją siłę i zdecydowanie chowam głęboko do torebki, a wyjmuję z niej czerwoną szminkę. Czekam, aż ta „gra” wejdzie mi w krew.

Agnieszka: Jeśli przez lata straciło się na ringu kilka zębów, to człowiek już się nie wygłupia i zaczyna robić na drutach.

Może najpierw pogadamy o plusach mojej siły? Pomaga mi w życiu. W każdym sensie. Ale jest pewna pułapka – przychodzi moment, kiedy człowiek sam przed sobą zaczyna trochę grać – tzn. nawet we własnym domu, pod osłoną nocy nie przyznaje się do słabości. Boi się tego. Oczywiście o przyznaniu się do słabości przed innymi ludźmi nawet nie wspominam, bo muszę mieć nóż na gardle, żeby powiedzieć otwarcie: „Coś jest nie tak”. Poproszenie o pomoc trwa w moim przypadku czasami długie tygodnie, a nawet miesiące. Efekt jest taki, że kłopot, z którego z czyjąś pomocą można by wyjść błyskawicznie, urasta do gigantycznych rozmiarów. Noszę go przy sobie. Jest mi ciężko, ale idę z nim dalej. Mam też autorski, niezawodny sposób na udowodnienie sobie, że zwracanie się o pomoc nie ma sensu, że mogę liczyć tylko na siebie – idę tam, gdzie drzwi są dla mnie zwykle zamknięte, do ojca – on zawsze odmawia! Wtedy w myślach pada znana fraza: „A nie mówiłam”. I znowu przez jakiś czas żyję „spokojnie” ze swoim alibi – mam przecież dowód, że zwracanie się z prośbą o pomoc jest bezcelowe.

Moja siła jest nabyta, ale w bardzo wczesnym dzieciństwie. Po prostu wyciągałam wnioski – gdy zaobserwowałam, że słabe dziecko nie ma szans, postanowiłam taka nie być. Stałam się wojownikiem. A od tego już nie ma odwrotu. Wojownik jednak się zmienia. Dojrzewa. Najpierw bardzo mi zależało, aby świat widział we mnie silną kobietę, dzisiaj mam w nosie, jak jestem postrzegana. Siła się ugruntowała i chyba już rzeczywiście taka się stałam. Umiem na przykład odmawiać – to dowód wielkiej mocy. Rozpoznaję, że słabnę, kiedy zauważam, że nie potrafiłam powiedzieć: „Nie”. To miernik, że znowu próbuję coś komuś udowodnić. Szybko przypominam sobie: „Już przecież nie muszę”. Kojąca myśl. Taka mała manipulacja. Znowu głównie samą sobą. Siłę trzeba okiełznać! Kiedy ktoś zaczyna zadawać mi niewygodne pytania i czuję, że za chwilę będę musiała opowiedzieć o swojej prawdzie, sprawnie przekierowuję rozmówcę, aby przyjrzał się swoim kłopotom.

Jestem doskonałym spowiednikiem. Ludzie lubią mówić mi o sobie, a ja cała zamieniam się w słuch. Wtedy mam takie poczucie, że moje problemy maleją. I znowu mogę przenosić góry. To taki rodzaj autoterapii. Bycie silną zobowiązuje. Skrupulatnie rozliczasz siebie z każdej słabości. Bierzesz na siebie odpowiedzialność za wszystko. Takie ciągłe bycie w stanie gotowości bywa męczące. Nawet kiedy człowiek przygotowuje się do maratonu, o którym marzył, to od czasu do czasu najzwyczajniej w świecie bolą go mięśnie. Z czasem bolą coraz mniej. Trening czyni mistrza. Stawanie się silną to dokładnie taki sam mechanizm. Staram się więc stosować coś w rodzaju masażu. Pomaga mi medytacja, joga. Dbam o higienę umysłową. I jest coś jeszcze. Chyba dość niepopularne wśród ludzi silnych – pozwalam sobie czasami na bardzo abstrakcyjne „pomarzenie”. Wystarczy kilkanaście sekund. Widzę swoją spokojną starość w domku w Umbrii. I przez tę chwilę naprawdę tam jestem. Całą sobą. Na tym chyba polega potęga tego sposobu resetowania głowy. To mi doskonale pozwala odreagować tę moją siłę. Przynosi spokój. Bo to, czego czasem mi brakuje, to, o ironio, poczucie bezpieczeństwa. Siła wcale go nie zapewnia w pakiecie…

Etap utopijnych myśli, że ktoś może mnie uratować, przeszłam jak każdy człowiek – naturalna kolej rzeczy. Siłą jest chyba w tym miejscu nie zostać. Uwielbiam ludzi, uwielbiam spędzać z nimi czas, poznawać ich, ale oni nie zapełniają pustki. Już nie wypełniam ludźmi swoich deficytów. Wtedy łatwiej jest wpaść w ramiona niewłaściwego mężczyzny. Zresztą tych „właściwych” facetów silna kobieta nie znajduje z łatwością. Chyba nie ma dobrego rozwiązania. Przerobiłam każdy możliwy scenariusz. Uważam, że są trzy opcje. Pierwsza: spotkanie dwóch wojowników – dla silnego faceta silna kobieta to przeciwnik. Taki związek jest jak wejście na ring – rozwijający, inspirujący, ekscytujący, ale jak długo można się boksować? Wojna eksploatuje. Druga opcja to sytuacja, kiedy silna kobieta spotyka słabego mężczyznę, który tylko udaje silnego. Taki facet bardzo szybko ucieka. Nie wytrzymuje presji. Zdradza go każdy ruch, przez silną kobietę migiem zostaje zdemaskowany. I trzeci, ostatni przypadek: silna kobieta spotyka naprawdę słabego mężczyznę i… powiedzmy to sobie otwarcie – dość szybko zaczyna nim gardzić, więc szans na długie i szczęśliwe wspólne życie raczej nie mają!

Silnych kobiet boją się głównie ci mężczyźni, którzy udają mocnych, czyli – jak wynika z moich obserwacji i własnych twórczych, budujących świadomość, bezcennych doświadczeń – 90 proc. męskiej populacji! Jedyny układ, w którym umiem funkcjonować, potrafię się na jakiś czas odnaleźć, to ring. Tylko że między rundami trzeba robić przerwy. Złapać oddech. A na to, niestety, nie pozwala ego. I duma. Ani silnej kobiecie, ani silnemu mężczyźnie. Poza tym, gdy przez lata straciło się na ringu kilka zębów, to człowiek już się nie wygłupia i zaczyna „robić na drutach”.

Podobno mężczyźni szukają słabych kobiet, lgną do nich, bo przy nich mogą odpocząć. Oczywiście do czasu, kiedy taka słaba kobieta zaczyna ich irytować. Słyszałam, że takiej kobiecie jak ja poleca się, aby czasami postarały się być słabą, eteryczną… Ja nie próbuję – jestem przekonana, że nikt by mi nie uwierzył! Największym życiowym sukcesem tytana jest przekształcenie tego, co było siłą, w prawdziwą, autentyczną moc. To pozwala zauważyć, zaakceptować i cieszyć się własną „piętą Achillesa”. Tym jest dojrzałość – też ta w związkach. To dla mnie oznacza szczęście i spełnienie.

Kamila: Na kobietę, która nie potrafi złożyć prostego stolika z IKEI, patrzę jak na kosmitkę. Nie przekonuje mnie ten rodzaj kokieterii.

Co mówi blondynka, kiedy wsiada do autobusu? No nie, nie śmieszą mnie kawały o blondynkach. Sama jestem brunetką i o brunetkach też by mnie nie śmieszyły, gdyby były. Nie bawi mnie kobieca nieporadność. Po prostu. Moja koleżanka ostatnio umówiła się ze znajomymi pod jednym z warszawskich teatrów, czekała na nich pod innym, zdziwiona, że nie przychodzą. To nie był incydent, zdarzają jej się takie przygody. Dla mnie – niewiarygodne. Niektórzy nazywają to „kobiecym roztrzepaniem”. Głowa w chmurach, wiatr we włosach, rozmarzenie w oczach. To ma być kwintesencją kobiecości? Dla mnie nie.

Chodzę w spodniach, bo lubię, i po ziemi! Bo wtedy czuję się stabilnie. Wiem, jaki jest dzień tygodnia i o co prosił mój klient w dziewiątej z trzynastu rozmów telefonicznych, które wczoraj z nim odbyłam. Uporządkowanie myśli zwyczajnie ułatwia życie, nie sądzę, aby odbierało kobiecość. Pamiętam, gdy kilka lat temu (nie miałam jeszcze samochodu, ale to już przeszłość i Bogu dziękuję za kolejne źródło niezależności) przez pół miasta podróżowałam trzema środkami komunikacji z ciężkimi siatami pełnymi sprzętów, które musiałam kupić do nowego mieszkania. Jest przynajmniej kilka osób, które mogłam poprosić wtedy, żeby tam ze mną pojechały albo chociaż odstawiły mnie stamtąd do domu. Nie ma mowy! Wiedziałam, że będzie bolał mnie potem kręgosłup. I bolał, nawet bardzo. Ktoś może powiedzieć, że to duma, są tacy, którzy mówią – głupota. A ja powiem: po pierwsze – nie chcę być nikomu nic winna, po drugie – tak mam, dopóki nie padnę na twarz. Dam sobie radę sama. Zawsze taka byłam. Bez łez i kombinowania, jak słodkim uśmiechem zbajerować tatusia, żeby coś za mnie załatwił. Wszystko chciałam zrobić sama.

Rodzice nigdy w niczym mi nie pomagali. Nikt nie odrabiał ze mną lekcji ani nie trzymał mnie za rękę w sytuacjach, które dla dzieci są stresujące. To nie wynikało z zimnego chowu w moim domu, to raczej ja bardzo skutecznie od samego początku wytyczyłam rodzicom granice troski o mnie. A potem już nikt nie pytał, czy mam problemy z matematyką lub fizyką. Nawet jeśli miałam, uważałam je wyłącznie za swój kłopot. Z takich cech się nie wyrasta. One raczej się rozrastają. Tak jest na przykład z potrzebą sprawowania kontroli nad wszystkim, co mnie dotyczy. O ile kontrolowanie zawartości plecaka nie było bardzo obciążające, dzisiaj w pracy bywa męczące. Mam jednoosobową firmę. Jestem dla siebie sterem, żeglarzem, okrętem… To chore, ale ze strachem myślę o sytuacji, w której firma rozrasta się na tyle, że zmuszona jestem kogoś zatrudnić. Nie wyobrażam sobie bycia szefem, bo nie wyobrażam sobie, żebym mogła – jak to się mówi fachowo – „delegować odpowiedzialność”.

Silna kobieta ma pewne nawyki. I to ona zazwyczaj chce zgasić światło przed zamknięciem drzwi. Wtedy czuje się spokojna. Ostatnio zadzwonił do mnie znajomy: „Mam do ciebie prośbę, w mojej firmie nie dzieje się najlepiej, pracownicy pozwalają sobie na zbyt dużo. Potrzebny jest ktoś, kto w kilku żołnierskich słowach przemówi im do rozsądku, postawi do pionu. Nie jestem najlepszy w te klocki, pomyślałem o tobie – zrobisz to doskonale”. Przyznam, że ten telefon wywołał pewną refleksję… Facet lubi się wykazać. Im więcej umiem, mogę i chcę zrobić sama, tym bardziej on musiałby się postarać. To nie jest skomplikowane. I w sumie też zrozumiałe. Niewielu się chce. Miałabym dzwonić i prosić o pomoc w skręceniu stolika z IKEI, który mogę skręcić sama, tak? A on wtedy poczułby się niezbędny. Znam te rady: „Daj się sobą zaopiekować”. Jest jeszcze jeden problem – silne kobiety często doskonale radzą sobie zawodowo. Powiem szczerze to, o czym myśli wiele dziewczyn, ale nie brzmi to poprawnie i specjalnie czule, więc milczą – życie z mężczyzną, który zarabia „minimalną krajową”, nie jest szczytem naszych marzeń. I nie chodzi tu jedynie o stan konta, ale o życiową zaradność. Jej brak u mężczyzny skutecznie mnie odstrasza. Mężczyzna ma być twardy, ogarnięty, zdecydowany. Sama czuję się silna i tak to działa, że szukam dla tej mojej siły… partnera. Kogoś, kto z tą siłą da sobie radę. Nigdy nie lubiłam w sobie oznak słabości, dlatego skutecznie je zwalczałam i zwalczam. Mężczyźnie stawiam poprzeczkę w tym samym miejscu, co sobie samej. To chyba jest fair?