Odeta, co się teraz u Ciebie dzieje?

Co się dzieje? Hmm… Tak najprościej mogę powiedzieć, że zaczynam nowe życie.

Słyszałam, że wzięliście z Michałem rozwód.

Tak. Stało się to w czerwcu. Jestem teraz w sytuacji, kiedy wszystko jest dla mnie nowe. Dwa lata temu wjechałam w wielki zakręt i straci-łam wszystko. To były bardzo trudne dwa lata…

Co to znaczy, że wjechałaś w wielki zakręt? „Poślizgnęliście się” na dowcipie o Ukraince, a potem wszystko się posypało?

Ukrainki bardzo zmieniły nasze życie, ale nie one miały wpływ na nasze problemy prywatne i to, co było między nami. Zawsze byliśmy uważani za idealną parę, a prawda jest taka, że „co chatka, to zagadka”.

Pamiętam, jak opisywaliście wasz wspaniały ślub na statku… wyglądało na to, że naprawdę się kochacie.

Zobacz także:

Dzień naszego ślubu to był dzień mojego największego szczęścia. Czułam się, jakby rozstąpiło się przede mną niebo. Bardzo kochałam Michała. Kiedy go zobaczyłam pierwszy raz, wiedziałam, że jest mężczyzną, z którym chcę spędzić życie. Bywa przecież, że spotykasz mężczyznę i następuje jakieś metafizyczne trzęsienie ziemi. Tak było z nami. Od razu podjęliśmy decyzję, że bierzemy ślub.

A jednak nie udało się wam wypełnić przysięgi małżeńskiej, która mówi: „(...) i że cię nie opuszczę aż do śmierci”...

Staram się być słowna. Kiedy spotkaliśmy się lata temu, to obiecaliśmy sobie miłość, wierność – to wszystko, co obiecują sobie ludzie, którzy postanawiają ze sobą być. Ja tej przysięgi dotrzymałam.

Więc dlaczego się rozstaliście?

Dlaczego? Bo wszyscy dojrzewamy i jednak się zmieniamy. Kiedy postanowiliśmy założyć rodzinę, ja miałam 24 lata, Michał 29. Byliśmy bardzo młodymi ludźmi. Dzisiaj jesteśmy w zupełnie innym miejscu. Każdy z nas ma odmienną wizję, jak chce spędzać życie: gdzie, z kim i w jaki sposób. Przyjmuję to potulnie. Wydaje mi się też, że ten zakręt sprzed dwóch lat nauczył mnie olbrzymiej pokory, bo zobaczyłam świat w zupełnie innych barwach i musiałam się wielu rzeczy uczyć od nowa. Codziennie rano wstawałam z łóżka i zastanawiałam się, co jeszcze dziś mnie spotka, czy dostanę kolejny „strzał w kolano”. Mieliśmy z Michałem różne problemy, które nie wydostawały się na forum publiczne. Potem zostały jeszcze wzbogacone otoczką medialną pod tytułem „Ukrainki”.

Bardzo broniłaś Michała podczas medialnej nagonki na niego.    

Tak.

To się nazywa lojalność?

Zawsze wychodziłam z założenia, że skoro jesteśmy razem, to na dobre i na złe.

Mówi się, że aby się odbić, trzeba sięgnąć dna.

Dno jest brzydkim słowem. To był raczej tajfun, który zmiótł wszystko, co zbudowałam. I zostały tylko zgliszcza. Jestem bardzo wrażliwa, ale też bardzo pracowita. Jedyne, co mogłam robić, to tą pracowitością zabijać codziennie ból, który wtedy czułam.

 

Intensywna praca — typowy sposób ucieczki przed problemami.

Są kobiety, które wpadają w depresję, idą do lekarza albo biorą jakieś kolorowe pigułki. Teraz jest tego coraz więcej. Widzę, jak moje środowisko sobie w ten sposób pomaga. Coraz więcej moich przyjaciół i bliskich ma depresję. Ja w ogóle nie brałam tego pod uwagę. Zawsze wychodziłam z założenia, że praca jest najlepsza na wszystko. Nie tylko na kaca. (śmiech)

„Zamęczę się, ale dam radę”?

Tak. „Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni”.

Ale po co?

Bo mam dziecko, bo jestem odpowiedzialna i ambitna. Lubię mieć satysfakcję.

Jesteś supermenką?

Byłam supermenką. A potem, jak rano się budziłam, i miałam ciśnienie 60 na 50, to wydawało mi się, że stygnę. (śmiech) I czułam, że już mnie w życiu nic fajnego nie spotka.

Kiedy przeżywaliście kryzys małżeński i medialną nagonkę, co było dla Ciebie najtrudniejsze?

Cierpienie moich rodziców. Mama bardzo przeżyła całą sprawę. Każde słowo przeczytane w internecie rodzice traktują serio. Bolało ich to strasznie, a tym samym mnie. Bo ja mogę przyjmować wszystkie kopnięcia, ale dlaczego oni?

Czy taka nagonka medialna sprawia, że nagle robi się wokół Ciebie pusto?

Telefon przestaje dzwonić, chociaż wcześniej dzwonił non stop. Co mi pomogło? Codzienność. Obowiązki. Cieszę się, że mam dziecko, i żałuję, że tylko jedno. Będąc matką, na szczęście ma się obowiązki, powód, żeby rano wstać z łóżka.

Teraz zaczynasz nowe życie bez Michała?

To nie jest życie bez Michała. Nie da się zerwać definitywnie z kimś, z kim się było ponad 12 lat. Ale pewne rzeczy się zmieniły. Po dwóch latach wracam do telewizji. Wiesz, to niesamowite, jak ja się bałam pierwszych zdjęć. Czułam się tak, jakbym szła na egzamin, zdawała maturę. Nie chodzi o to, że miałam długą przerwę, bo od dawna nie stawałam przed kamerą. Po prostu miałam uraz.

Nic dziwnego. Za nieudolne prowadzenie studia olimpijskiego oberwałaś w internecie niezłe cięgi…

To spowodowało, że bałam się w ogóle odzywać, bo wiem, że wszystko może się obrócić przeciwko mnie.

Ale teraz przerywasz milczenie.

Każda zła rzecz ma też swoją dobrą stronę. Ja już przestałam się bać. Dojrzałam. Złą rzeczą był też kryzys w małżeństwie. Kiedy żyje się tyle lat razem, to nie ma takiej możliwości, żeby obyło się bez kryzysów.

 

Były kłótnie z wystawianiem walizek za próg?

Nie raz. Klasyka. (śmiech) Kto by to   w ogóle liczył! Istna „Rodzina Soprano”. (śmiech) Oboje zawsze byliśmy wybuchowymi ludźmi. Ale na pewno nie to było powodem naszego rozstania.

A co było tym powodem?

Prawda jest taka, że ludzie zapominają o tym, co jest w życiu najważniejsze. Co masz na myśli? Byliście taką świetną parą… Rozmawiałam ostatnio z Sebastianem Karpielem-Bułecką. Powiedział: „Jak to jest możliwe, że wy nie jesteście razem? Dla mnie zawsze byliście idealną parą”. Spotkałam Sidneya Polaka i usłyszałam: „Odeta, my z moją żoną bierzemy z was przykład! Jak się kłócimy, to zawsze któreś z nas w końcu powie: „Patrz, a Figurscy tyle lat są razem i dają radę!”. Wielu znajomych przychodziło do mnie, by powiedzieć, że byliśmy dla nich związkiem prawie idealnym. Ale to nie była prawda o nas…

Afera z Ukrainkami nie pomogła Waszemu związkowi.

Ta sprawa teoretycznie powinna była nas poróżnić. Michał palnął coś głupiego, ja stanęłam w jego obronie, odbiło się to na mojej pracy... W efekcie oboje w ciągu tygodnia straciliśmy zatrudnienie. Ale prawda jest taka, że ta nagonka nas akurat wzmocniła. Kryzys w naszym życiu prywatnym trwał już wtedy od ponad roku, tylko nikt tego nie widział. Mieliśmy do wyboru: albo toniemy indywidualnie, albo próbujemy utrzymać się na wodzie razem. I to była bardzo dojrzała decyzja. Tyle że kolejny rok nie przyniósł żadnych efektów.

Nie szukaliście pomocy u specjalistów?

Próbowaliśmy różnych rzeczy, ale się nie udało. Dla mnie i dla Michała rozstanie to olbrzymia porażka.

Czyli nie jesteś rozkapryszoną panną, która postanowiła porzucić faceta w momencie, kiedy stracił pracę?

Nie, zupełnie nie. (śmiech) Uważam, że będąc z kimś, jesteś mu winien lojalność i szczerość. 

A nie było Ci głupio za niego? Nie miałaś takiego poczucia, że mąż coś chlapnął, a potem Ty musiałaś wypić to piwo, którego on nawarzył?

Nie. Włączyłam wtedy bieg „stan kryzysowy”. Wtedy nie ma się czasu na wypominanie. Trzeba usiąść, zrobić tabelę „za” i „przeciw”. I przygotować plan awaryjny: jak żyć, żeby przeżyć, a nie jak kogoś pouczać albo zastanawiać się, co by było, gdyby...

Ale nadal nie rozumiem, co tak naprawdę było powodem Waszego wcześniejszego kryzysu. Dlaczego taka fajna miłość się kończy?

Ja też tego nie rozumiem. Nie wiem.

Nuda? Zdrada?

To jest trudne pytanie. Oboje z Michałem domyślamy się, dlaczego to się skończyło. Ale gdybyśmy naprawdę wiedzieli, dlaczego i gdybyśmy naprawdę mogli odpowiedzieć na pytanie, co spowodowało ten kryzys, to byśmy mu zaradzili.

Mówisz to wszystko bez żalu.

Tak, bo ja Michała w jakimś sensie rozumiem. Znamy się bardzo dobrze. Patrząc na niego, jestem w stanie powiedzieć, co za chwilę zrobi czy powie.

To może byliście ze sobą zbyt blisko?

Byliśmy połączeni taką wirtualną pępowiną, która powodowała, że wszystko robiliśmy razem. Można chyba powiedzieć, że tak bliski związek zabija osobowość, zabija indywidualność, charakter.

Michał był dla Ciebie za silny? 

Być może. Po rozstaniu początkowo byłam przerażona. Myślałam sobie: „Jestem znowu w tym samym momencie, w którym byłam 12 lat temu.  Co ja teraz zrobię?”. Ale dałam radę. Michał jest bardzo towarzyski. Cały czas podtrzymywał kontakty z różnymi ludźmi: z rodziną, przyjaciółmi,  bliższymi i dalszymi znajomymi. A ja zawsze byłam raczej… „kelnerką na bankiecie jego życia”. Tak jak każda kobieta, która chce dobrze prowadzić dom. Może nawet perfekcyjnie.  To określenie: kelnerka na bankiecie życia, moje przyjaciółki i bliskie mi koleżanki uznały za adekwatne.

 

Teraz jesteś już gospodynią na bankiecie swojego życia. Jak się z tym czujesz?

Uczciwie mówiąc, nie wiem. Nie wiem. Przez pierwsze tygodnie odczuwałam strach. Teraz jest lepiej. Jesteśmy na szczęście w dobrych stosunkach, choć było to dla nas trudne. Cały czas sobie pomagamy i wspieramy się, bo mamy wspólne dziecko, które jest dla nas najważniejsze. Spotkałam się ostatnio z moim dobrym kolegą i on mnie spytał: „Ty go chyba cały czas kochasz?”. Pytam: „Dlaczego tak sądzisz?”. A on na to: „Bo cały czas dobrze o nim mówisz”. Byłam zaskoczona takim wnioskiem. Przecież spędziłam z Michałem połowę mojego dorosłego życia. Mamy za sobą mnóstwo dobrych chwil, mnóstwo fajnych wyjazdów, zwiedziliśmy kawałek świata. Mamy wspaniałą córkę, która w połowie jest   podobna do mnie, w połowie do niego. Mam dużo sentymentu do tego, co było,  i dużo żalu, że nam się nie udało.

Na co trzeba uważać w związku? Co robić, żeby nie doprowadzić do rozstania osób, które naprawdę się kochały?

Gdybym to ja wiedziała... Dużo myśli kłębi mi się w głowie. Ludzie często traktują małżeństwo jak akt własności. Jak już coś posiadasz, i nie jest to własność na kredyt, to myślisz, że nikt ci tego nie zabierze. Powinno się raczej myśleć, że małżeństwo to branie kogoś w leasing. Bo inwestujesz, inwestujesz, ale cały czas ten ktoś nie jest twój. Korzystasz, czerpiesz z tego przyjemność, radość, uczysz się przy tym, rozwijasz, ale to nigdy nie jest twoje. Nie można postawić kropki nad i, zaklepać, odhaczyć na liście.

Michał nie oskarżał Cię o nic?

Jedynie o to, że przestałam mu robić pranie. (śmiech)

Nie mówił: „To twoja wina, że się rozstaliśmy, bo męczyłem się, było mi za ciasno, a ty tego nie widziałaś”?

Każde z nas ma w sobie dużo żalu, bo każde z nas gdzieś w tym wszystkim było nieszczęśliwe. Dwa lata temu zaczęłam inaczej patrzeć na świat. Okazało się, że mój wcale nie jest taki wąski, nie koncentruje się tylko na tym, co jest w domu, w pracy. Że jest nie tylko Michał i jego zdanie. Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że jest też inne życie, że można inaczej. Może nie lepiej, nie gorzej, ale inaczej. Uważam, że warto było podjąć ryzyko.

A co to jest to inne życie?

Wejście w sytuację nieznaną, bardzo stresującą. Daliśmy sobie prawo do szukania swego szczęścia. Każdy w końcu ma prawo do tego, żeby być szczęśliwym.

Mam wrażenie, że teraz jest fala rozstań.

Tak, „rynek wtórny”, „pierwsza lub druga przecena”, jak mawia mój kolega. (śmiech) My cały czas biegniemy, spędzamy po 8–12 godzin przy biurku. Ludzie pracują, bo mają kredyty we frankach i muszą je natychmiast spłacić. Wybiegają z roboty do domu, muszą koniecznie przebiec kilka lub kilkanaście kilometrów i zaznaczyć to na Facebooku. A potem jeszcze przeczytać książkę, bo przecież trzeba się pochwalić w towarzystwie, że się zna nowości. No i jeszcze seriale do 3.00. Wstają o 6.00 i zaczynają to samo. W tym wszystkim jeszcze gdzieś jest rodzina. Przy takim tempie jest coraz mniej czasu na zwykłe domowe życie.

Tak właśnie wyglądało Wasze życie?

(śmiech) Nigdy nie biegałam, bo tego nienawidzę. Z premedytacją w tym roku zrobiłam imprezę Pierwszy Ogólnopolski Dzień Spaceru.

Więc ludzie żyją w tym pędzie i nagle się orientują, że już papiery rozwodowe złożone...

I wtedy coś się zmienia. Pojawiają się inne priorytety. Czasami siebie wzajemnie nie obserwujemy, więc nie nadążamy za aktualnymi potrzebami partnera. A potem siadamy naprzeciwko siebie i okazuje się, że jesteśmy nieszczęśliwi. Ktoś powiedział, że małżeństwo to taki kontrakt, który trzeba co parę lat renegocjować. My byliśmy świetnie działającym przedsiębiorstwem. Ale prawdą jest też powiedzenie, że z kimś innym się bierze ślub, a z kim innym się człowiek rozwodzi.

Walczyłaś o niego?

Oboje o siebie walczyliśmy. Spotkania, terapia, rozmowy… Byłam zdolna do wszystkiego, walczyłam o niego dzień i noc. Chyba trochę w afekcie.

 

A czego Ci najbardziej żal?

Domu. Nie mówię o budynku, tylko o tym, co było w środku. Tego, że często siadaliśmy i marzyliśmy razem. Lubiliśmy to robić. To było super. Michał był facetem, który sprawiał, że ja o nic nie musiałam się martwić. Takim, który rozpieszczał. Ja zajmowałam się rodziną i miałam swoje przyjemności. Przy okazji była praca, która też dawała mi satysfakcję. Aż w końcu ja przestałam mu wystarczać. Myślę, że to jest najuczciwsza odpowiedź na pytanie, co się stało – ja już Michałowi nie wystarczałam.

Tylko on zapomniał Ci o tym powiedzieć?

(śmiech) Tak, zapomniał mi o tym powiedzieć. Wiesz, wstawałam do pracy o 4, czasami pracowałam do 22, w ciągu dnia mogłam mieć małą drzemkę. Jak wracałam, byłam bardzo zmęczona, więc przy okazji bardzo zła. (śmiech)

Teraz masz nowe życie. Czujesz, jakbyś narodziła się na nowo?

Tak! Ja teraz wszystko muszę zacząć od zera. Wszędzie zero, także na koncie bankowym. Ale czy mi się uda? Czy mam w sobie tyle odwagi, czy jestem na tyle silna? To się okaże.

Kto Ci pomógł, gdy było bardzo źle? Rodzice?

Moja siostra. Jest lekarzem weterynarii. U niej wszystko jest albo czarne, albo białe. Jest bezwzględna w ocenach, nikogo nie oszczędza. Mówi prosto z mostu, co myśli. Dlatego ma mało przyjaciół, ale za to kilku prawdziwych. Myślę, że to właśnie ona najbardziej mi pomogła. Mnóstwo ludzi nie chciało się zgodzić z moją decyzją. Żyjemy w takim kraju, w którym, gdy kobieta mówi mężczyźnie: „Odejdź, chcę zmienić swoje życie”, to naraża się na  oburzenie środowiska. Straszna jest ta presja, przekonanie, że kobieta nie może odejść od męża, może tylko rozpaczać po jego odejściu.

Jest w tym, co mówisz, dużo odwagi.

Uważasz, że jestem odważna? Wiesz, ja nie umiem płakać i to mnie najbardziej męczy, bo w takich chwilach chciałabym się rozkleić. Wypłakać, oczyścić i powiedzieć: „Uff, idę dalej”.

Nie uroniłaś ani jednej łzy po tym małżeństwie?

Nie uroniłam. To jest straszne, bardzo mi tego brakuje. Ale może jeszcze nie przyszedł na to czas? A może cały czas nie wierzę jeszcze w to, co się stało. 

Jak Sonia, Wasza córka, przeżyła to rozstanie?

Najgorszy moment był wtedy, kiedy wróciła ze szkoły i powiedziała: „Mamo, chłopcy z szóstej klasy pytali mnie, czy moja mama jest blondynką, czy brunetką. Powiedziałam im, że blondynką. A oni na to, że w internecie piszą inaczej”. I jeszcze jej powiedzieli: „Ha, ha, to nie wchodź do internetu, bo dowiesz się, co to są problemy życiowe”. I Sonia spytała mnie: „Mamo, właściwie co to są te problemy życiowe?”.

I co jej odpowiedziałaś? 

Oblał mnie zimny pot. Dzieci zadają trudne pytania zwykle w najgorszych momentach. Kiedy na przykład wylewa ci zmywarka. (śmiech) Ale trzeba liczyć się z tym, że one słyszą i widzą wszystko.

Dobrze zareagowała na wieść o rozwodzie?

Nie można na taką informację dobrze zareagować. Jedyne, co pozostaje nam, rodzicom, to mówienie prawdy. I przekonywanie, że przyszłość wcale nie musi być taka zła. Że po prostu będzie inna.

Wkroczyłyście razem w inną rzeczywistość.

Tak. Po czasie smutku nastał czas nowych rozwiązań.

I wtedy pojawił się Darek?

To nie tak. Darka znam od lat. Na pewno nie przyczynił się do zmian w moim życiu, do rozwodu. Po prostu nadeszła wiosna i tyle… Moja przyjaciółka Ola akurat przyjechała z Los Angeles, gdzie mieszka na stałe. Rozmawiałyśmy o życiu, opowiadała mi o tym, co zrobiła ostatnio, i bardzo mnie to zapaliło do działania. Kiedy wyjechała, w pierwszej kolejności przeszłam na dietę. Schudłam 12 kg, musiałam wymienić całą garderobę. Zaczęłam patrzeć na siebie inaczej i ludzie też patrzyli na mnie inaczej. Te 12 kg to był ten ciężar, który nosiłam na sobie i psychicznie, i fizycznie. Potem zaczęłam myśleć o nowych projektach, zaczęłam inaczej rozmawiać z ludźmi, przestałam być chłodna.

 

No i przyszła miłość...

Darek to jest człowiek, który też jest doświadczony życiem, związkami. Fanie jest spędzać czas z kimś, kto ma dystans do życia.

A nie bałaś się nowej relacji?

Rozwiodłam się miesiąc temu. Michał i tak już od dawna nie mieszkał w domu. Miałam więc trochę czasu na to,

aby ochłonąć. Czyli nie zraziłaś się do mężczyzn?

Nie! Uważam, że mężczyźni to gamonie, ale są potrzebni. (śmiech)

Jesteście jak „mężczyzna po przejściach, kobieta z przeszłością”.

Tak. Ale nie chcę w tym wypadku niczego planować, niczego oczekiwać. Co będzie, to będzie.

Miałaś taki moment, kiedy pomyślałaś, że już nigdy nie będziesz szczęśliwa?

Raczej stawiałam sobie pytanie: „Czy ja jeszcze kiedykolwiek będę szczęśliwa?”. Jednak cały czas wierzę, że jutro będzie piękny dzień. Życie jest układanką, szukasz elementów, które gdzieś zostały porozrzucane. Czasami trzeba je odwrócić i przede wszystkim dopasować. Jednego dnia moje życie się zmieniło, wszystko wywróciło się do góry nogami. Tego dnia rozwiodłam się i wróciłam na antenę Jedynki. Niesamowite, prawda?

A poszliście potem z Michałem na drinka?

Nie, każdy pojechał do pracy. (śmiech) Okropne, co? Michał miał program w Polsacie, ja zdjęcia związane z programem w TVP1. Z Darkiem też nigdzie nie poszłam...

Co, poza dojrzałością, dał Ci Darek?

Nikt, poza mną samą, nie jest w stanie dać mi w tej chwili poczucia stabilności i bezpieczeństwa. Chyba muszę i chcę udowodnić, że sama sobie poradzę, że odbuduję jakoś własny świat. Z Darkiem, który z wykształcenia jest realizatorem i operatorem, razem pracujemy, w ogóle robimy razem dużo rzeczy. Tak było też wcześniej. Mamy też mnóstwo różnych projektów, które nie do końca są telewizyjno-serialowe, robimy kilka większych i mniejszych rzeczy.

Wierzysz jeszcze w miłość? Że coś się jeszcze wydarzy?

Bardzo bym chciała być szczęśliwa, bardzo bym chciała kochać i być kochaną. I żeby moja córka wierzyła w miłość. I żeby to wszystko było uczciwe.

A rodzina?

Tata mnie wczoraj pytał, jak się czuję. Odpowiedziałam, że nie wiem, bo naprawdę nie wiem. Całe życie do przodu pchała mnie ciekawość. Jestem ciekawa świata, ciekawa ludzi, nowych projektów, nowych doświadczeń. Bardziej nieufna niż kiedyś, mniej naiwna, może trochę bardziej zamknięta w niektórych relacjach przyjacielskich. Chyba jestem zupełnie inną kobietą.

Spotykam kobietę bez winy, bez żalu, która uczciwie mówi…

Nie! Nie jestem bez winy! Ponoszę winę za wiele sytuacji. Rozpad małżeństwa nigdy nie następuje z powodu jednej osoby, ale obojga. Powiedziałam Michałowi: „Możemy przerzucać się argumentami, kto zepsuł ten związek, ale tak naprawdę zrobiliśmy to oboje. Po prostu. I niech tak to zostanie, bo nie ma sensu się licytować: ty to, a ty tamto”… W tej chwili to nie ma już najmniejszego znaczenia. Dla każdego normalnego człowieka rozwód jest porażką. Dla każdego, kto szczerze kochał, kto inwestował uczucia, to musi być klęska. Ale z tak trudnego doświadczenia, jakim jest  rozwód, można wyciągnąć wnioski. Kolega napisał mi wczoraj: „New life, new luck”. Tego się trzymam