Swoją najnowszą płytę zatytułowałeś „Ja tu zostaję”.

Łukasz Zagrobelny: Tytuł jest trochę przewrotny. Nie jest prosto wybrać dwa, trzy wyrazy, które określałyby zawartość całego albumu. „Ja tu zostaję” oznacza, że dobrze czuję się w stylistyce, w której zacząłem się poruszać.

Można to rozumieć też dosłownie. Chciałeś uciec, bo źle się czułeś w swojej karierze, skórze, w mieście?

Łukasz Zagrobelny: Bywało tak, kiedy 13 lat temu przyjechałem do Warszawy. Mieszkałem w wynajętym pokoju na poddaszu. Przez kilka pierwszych miesięcy czułem się samotny. Znałem tylko Elę Zapendowską. To był jedyny zaufany człowiek. Co prawda, nie przyjechałem z małej miejscowości, tylko z Wrocławia, ale z zupełnie innego środowiska. Pamiętam: magia stolicy i świadomość, że to miasto może okazać się miejscem, gdzie zacznę realizować marzenia. Trochę się tego bałem. Miałem chwile zwątpienia: a może spakować się i wrócić do ciepłego domu rodziców.

Jednak chęć znalezienia siebie w muzyce była zbyt silna.

Łukasz Zagrobelny: O, tak. Wiesz, ja rok przed przeprowadzką przyjeżdżałem do Eli na zajęcia. Najpierw 7, 8 godzin w pociągu, żeby przez godzinę poćwiczyć, a potem znów w pociąg, by jeszcze tego samego dnia wrócić do Wrocławia. Pamiętam, jak pewnego razu wysiadłem na dworcu o 3 w nocy i nie miałem pieniędzy na taksówkę. Kilkoma autobusami jechałem do domu, a ponieważ mieszkaliśmy na peryferiach miasta, na Żernikach, z przystanku do domu miałem piechotą jeszcze kilometr. Szedłem niemal ze łzami w oczach, mówiąc sobie: „Cholera, jeśli mi się to kiedyś nie zwróci…”.

Trochę jak Leszek z serialu „Daleko od szosy”.

Zobacz także:

Łukasz Zagrobelny: To jeden z moich ulubionych polskich filmów! Za każdym razem oglądam powtórki w telewizji. Mądra historia o realizowaniu marzeń, czasem, wydawać by się mogło, nierealnych, kiedy cały świat jest przeciwko nam. Wiesz, ale to jeżdżenie do Warszawy sprawiało mi radochę: mogę uczyć się u najsławniejszej nauczycielki emisji głosu, która pracowała z Edytą Górniak, z Józefowiczem. Bardzo mi pochlebiało, że ja też biorę u niej lekcje. I że one być może staną się furtką do kariery. I kiedy rok później znalazłem się w obsadzie „Miss Sajgon” w Teatrze Roma, przeprowadziłem się do Warszawy na dobre.

Od 15. roku życia jeździłeś na przeglądy wokalne. Zawaliłeś nawet liceum i szkołę muzyczną, ale potem zdałeś do klasy akordeonu.

Łukasz Zagrobelny: Trzeba było wybrać instrument, a skrzypce nie wchodziły w grę. Ojciec ich nie cierpiał, wybór padł na instrument klawiszowy. Mieszkaliśmy wtedy w 3-pokojowym mieszkaniu w 7 osób, łatwo nie było. Ja i rodzice mieliśmy jeden mały pokoik, pianino się nie mieściło. Wybrałem więc akordeon, który jest instrumentem małym i zgrabnym. Poza tym był jeszcze inny powód: jako dziecko miałem tzw. kurzą klatkę piersiową. Znajomy mamy doradził: gra na akordeonie pomoże skorygować tę wadę. I tak też się stało.

Już wtedy widziałeś siebie na szczycie? Mówiłeś sobie: „OK, to kwestia czasu”?

Łukasz Zagrobelny: Kiedyś z koleżanką w szkole podstawowej robiliśmy ze sobą wywiady. Ona też chciała śpiewać, ale została lekarzem. Żeby było sprawiedliwie, wymienialiśmy się rolami: dziennikarz – gwiazda. Chodziło głównie o to, jaki świat jest piękny, kiedy jest się sławnym i ma się górę pieniędzy (śmiech). Gdybym wtedy nie widział siebie na szczycie, gdyby nie było tego marzenia, to nic bym nie osiągnął. Pragnąłem śpiewać solo, nagrywać albumy. Nie ma nic gorszego niż ludzie bez marzeń, którzy żyją tylko po to, aby żyć. Wegetują. Coś takiego nigdy mnie nie interesowało.

Bliscy Cię wspierali?

Łukasz Zagrobelny: Mama, moja najwierniejsza fanka. Od 7 lat mieszka w Stanach, widzimy się 2, 3 razy w roku, ale przez internet ma więcej newsów na mój temat, niż sam jestem w stanie znaleźć. Wie, jak było na koncercie, kiedy mam następny, co napisali w gazecie, ile mam wejść na YouTube. Nigdy mi nie powiedziała: „Daj sobie spokój, nie jedź do tej Warszawy”. To ona znalazła mi mieszkanie, pomagała finansowo.

Pamiętam Ciebie z „Idola”. Byłeś bardzo butny, można nawet powiedzieć, że bezczelny…

Łukasz Zagrobelny: I teraz mi tej pewności siebie brakuje (śmiech). Ale buty już nie!

…bo występowałeś już wtedy w Romie, śpiewałeś chórki u Kukulskiej. I odpadłeś.

Łukasz Zagrobelny: Dostałem jedną ze swoich pierwszych głównych ról. I woda sodowa uderzyła mi do głowy. „Skoro dostaję owacje na stojąco w teatrze, to wygrana w »Idolu« będzie formalnością”. Ale do teatru ludzie nie przychodzili na mnie, tylko na spektakl i odebrano mnie jako bufona. Teraz taka sytuacja by się nie zdarzyła, lecz dobrze, że to się stało wtedy. Odebrałem bardzo ważną lekcję. Przez trzy tygodnie chodziłem jak struty. Uważam, że zimny prysznic potrzebny jest każdemu.

Po drugiej płycie wpadłeś w depresję, chodziłeś na psychoterapię.

Łukasz Zagrobelny: Ale to już za mną. I nie chciałbym wracać do tego tematu. Sam sobie się dziwię, że w przypływie szczerości przyznałem się kiedyś do tego…

Bo jesteś introwertykiem?

Łukasz Zagrobelny: Nie jestem wylewny, nie lubię o sobie opowiadać. Jestem zodiakalnym Rakiem, mam skorupę, czasem twardą. Trzeba wiedzieć, którymi drzwiami do mnie wejść. I nie urazić, bo wydaje mi się, że jestem bardzo wrażliwy. Rak tak ma, a ja mam razy tysiąc (śmiech).

Ale powiedz chociaż, co w Tobie ten trudny okres zmienił?

Łukasz Zagrobelny: Zrozumiałem, że na górze tylko się bywa, bo fala, która nas wznosi, zaczyna się w pewnym momencie łamać. I że zawód, nawet najpiękniejszy, to nie wyłącznie pasmo sukcesów. Ale gdy zaczynałem śpiewać, machałem na to ręką: „Tak się tylko mówi”.

Jak się więc, Panie Raku, odnajdujesz w branży, na scenie?

Łukasz Zagrobelny: Mam dość trudny charakter, jeśli chodzi o współżycie z ludźmi. Lubię czasem być wyłącznie sam ze sobą. Dlatego przyjaciół mam tylu, że można na palcach jednej ręki policzyć, ale naprawdę oddanych. Na siłę przyjaźni nie szukam. Ci, co mnie otaczają, absolutnie mi wystarczają. Lubią moje zalety i akceptują wady.

Powiedziałeś: „Muzyka to moja jedyna wielka miłość”. Brzmi, jakbyś przeżył zawód miłosny, jakby zranili Cię ludzie…

Łukasz Zagrobelny: Na własnej skórze odczułem koleżeńską zawiść. Im większe sukcesy zacząłem odnosić, tym więcej wokół mnie było „życzliwych”. Pojawiły się głosy: „Nie potrafi śpiewać, on nie ma talentu, pewnie ma znajomości, bo to niemożliwe, by człowiek znikąd dostawał role w musicalach, nagrywał płyty”. Ja wiem, jak jest – okazuje się, że można robić karierę bez układów. Jest takie powiedzenie, które często cytuje moja menedżerka: „Miarą twojego sukcesu jest liczba twoich wrogów”. To prawda. Teraz totalnie mi wisi, co o mnie mówią. Muzyka nigdy mnie nie zawiodła. I mam nadzieję, że się na mnie nie obrazi. Bo zdarzyła mi się rzecz niebywała: marzenie z lat dziecięcych stało się moją pracą. Może to dziwne, ale ja w siebie wątpię. Tak jak ci powiedziałem: dawna pewność siebie uleciała.

Kokietujesz? Wydałeś trzecią płytę, złotą. „Forbes” w konkursie Profesjonaliści 2012 przyznał Ci nagrodę w kategorii „Aktor musicalowy”. We wrześniu grasz koncert z orkiestrą symfoniczną w studiu koncertowym im. Witolda Lutosławskiego – to nagroda, którą dostałeś od Polskiego Radia na tegorocznym festiwalu w Opolu…

Łukasz Zagrobelny: No i teraz znajdź do mnie klucz, żebym jeszcze bardziej w siebie uwierzył (śmiech). Zawsze mam do siebie jakieś ale. Uczę się, by samego siebie dowartościować, uwierzyć w swoje mocne strony, potencjał, być przekonanym, że to, co robię, jest dobre. Ale mam z tym problemy. Zamiast cie- szyć się np., że moja płyta bardzo się podoba, ja szukam dziury w całym. Tak jest zawsze w muzyce. Lecz już w sprawach domowych jestem leniem. Wypełniona zmywarka może stać dwa dni. Nie wychodzę z domu, bo mi się nie chce. Ale gdy mam toporek nad głową, zbieram się w sobie.

Zaśpiewałeś na płycie„Czarodzieje uśmiechu 3”. Pieniądze z jej sprzedaży przeznaczone są na wsparcie akcji „NIE nowotworom u dzieci”, którą organizuje Fundacja Ronalda McDonalda.

Łukasz Zagrobelny: Majka Jeżowska co roku namawia wokalistów, by zaśpiewali duety z dziećmi. Zwróciła się i do mnie, ale ciągle przeszkodą były terminy. W końcu udało się i nagrałem „Reggae pasikonika” z bardzo zdolną dziewczynką Alą. Cieszę się z tej współpracy, tym bardziej że kilka razy w roku odwiedzam dzieci na oddziałach onkologicznych. Widziałem 5-, 7-latki po amputacjach, podłączone do aparatury. Matki siedzące przy dzieciach chorych na białaczkę, które mogą wkrótce umrzeć… Wizyta na tych oddziałach jest jak terapia wstrząsowa. Nasze problemy to nic przy dramatach tych dzieci i ich rodzin.

Pamiętasz swoją pierwszą wizytę w szpitalu?

Łukasz Zagrobelny: Bardzo dobrze. Patrzyłem na dzieci z wyrokiem śmierci, potem wsiadłem do samochodu i nie mogłem ruszyć z miejsca. Byłem totalnie wstrząśnięty tym, co zobaczyłem. Jeśli mogę im jakoś pomóc, np. w takiej akcji, nie waham się ani sekundy. Uważam, że to mój obowiązek.

Masz dyplom dyrygenta chóru. Zrobiłeś z tego użytek?

Łukasz Zagrobelny: Nie. Po 37 latach życia okazuje się, że wiele rzeczy robiłem niepotrzebnie. Akademia miała zaspokoić moją próżność, zwieńczyć moje wykształcenie muzyczne, 13 lat spędzonych w szkole muzycznej I i II stopnia. Bym miał namacalny dowód, że jestem magistrem sztuki. Po 10 latach od zrobienia dyplomu nawet nie odebrałem go. Na moim koncercie dyplomowym pierwszy i ostatni raz dyrygowałem orkiestrą. Zapomniałem prawie wszystkiego, czego się na tych studiach nauczyłem. Nie dyryguję ani nie uczę dzieci. Nie miałbym cierpliwości. Czasem to mnie powinien ktoś okiełznać. Mnie np. fascynuje Gordon Ramsey.

Ten kuchenny dyktator?!

Łukasz Zagrobelny: Imponują mi ludzie, którzy mają coś do powiedzenia. Są dla mnie autorytetami. Mądrzejsi ode mnie, o silnych charakterach. Tacy ludzie mnie inspirują i przyciągają.

O czym marzysz jako dojrzały facet? W ogóle czujesz się dojrzały?

Łukasz Zagrobelny: Nieee, ja jestem trochę Piotrusiem Panem. Chciałbym jak najdłużej uprawiać ten zawód, nie nagrywać złych płyt, nie wypalić się. Nie chciałbym, by się okazało, że muzyka już nie sprawia mi frajdy, że nie myślę o piosenkach, o scenie. I banał: chciałbym mieć mieszkanie nad Morzem Śródziemnym. Jako antidotum na jesienną pogodę w Polsce. Zakochuję się w zapachach, miejscach. Uwielbiam Grecję, bo dla mnie ona pachnie. Tam zapach morza zmieszany jest z zapachem ziół, oliwek i gorąca. I to jedzenie… Kocham wodę, kocham pływać. Nie wiem, jak można spędzać wakacje w górach, skoro tam nie ma wody.

Wierzysz w intuicję? Co ona podpowiada Ci teraz?

Łukasz Zagrobelny: Zależy od dnia (śmiech). Bo czasem swoją przyszłość widzę totalnie czarno. Ale nauczyłem się myśleć pozytywnie. Jeśli bardzo intensywnie o czymś myślimy, bez żadnych wątpliwości, to się udaje. Przecież mnie już to się zdarzyło! Swoje śpiewanie, drogę artystyczną tak mocno ułożyłem w głowie jako dzieciak, że nie mogło być inaczej!