GALA: Widzę, że wróciłaś do palenia.

EDYTA OLSZÓWKA: Odkąd zaczęłam próby „Wariatki”, gdzie na scenie zapalam papierosa. Tak mi się to spodobało, że pomyślałam: „Trudno, nie chcę być dłużej wrogiem samej siebie”. Wiem, że to trochę śmiesznie brzmi, w obliczu tego, że palę. Ale z drugiej strony znacznie więcej mnie kosztowało niepalenie. Moje ciało się buntowało, czegoś mi brakowało, wręcz tęskniłam za papierosem. Czułam, że jeszcze nie jestem gotowa na rzucenie, że to nie ten moment. No i strasznie się zajadałam. Przez ponad rok niepalenia przytyłam 18 kilogramów.

GALA: Nie podobałaś się sobie?

EDYTA OLSZÓWKA: Jak cały świat ci mówi, że źle wyglądasz, a jeszcze czytasz o tym w gazetach, to tobie też nie może być dobrze. Mimo silnej autosugestii typu „jestem, jaka jestem i chcę to akceptować”, w pewnym momencie nie dajesz rady. Sama widziałam, że nie jest dobrze. Zaczęłam wręcz puchnąć, miałam problemy z jelitami. Organizm przeżył ogromny szok. Bo przecież ja palę od piętnastego roku życia. Czyli 22 lata, z dwiema rocznymi przerwami.

GALA: Miesiąc temu skończyłaś 39 lat. Jak się z tym czujesz?

EDYTA OLSZÓWKA: Nie ma to dla mnie większego znaczenia. Chyba przestałam przywiązywać się do dat. Widzę oczywiście, że się starzeję...

GALA: Boisz się tego?

Zobacz także:

EDYTA OLSZÓWKA: Każdy człowiek się boi, a już szczególnie kobieta aktorka. Czasem myślę, że nie będę miała pracy, bo nie będzie na mnie zapotrzebowania. To strasznie przykre, że dzisiejszy świat domaga się bycia wiecznie pięknym i młodym. A my się temu poddajemy. Przerabiamy nasze ciała operacjami plastycznymi, katujemy się dietami. Nie akceptujemy siebie, zachodzących w nas zmian, tego, że życie mija. Starość wyrzuciliśmy, nie chcemy jej oglądać. Okrutne i głupie. Jan Paweł II napisał piękny wiersz, który kończy się słowami: „Przemijanie ma sens, ma sens, ma sens”. To „ma sens” jest trzykrotnie powtórzone.

GALA: A jaki ma sens dla Ciebie?

EDYTA OLSZÓWKA: Dla mnie życie wiąże się z magią, obecnością Kosmosu. Kiedy patrzę w niebo, to myślę, że tam dalej jest nieskończona ilość wszechświatów, że nic się nie kończy. Nie jesteśmy w stanie tego ogarnąć, wytłumaczyć. Nie wiemy, co jest po śmierci. Wierzę, że każdy z nas ma jakąś linię przeznaczenia. Że tylko na pewne rzeczy mamy wpływ. Na pewno na to, żeby być dobrym dla drugiego człowieka.

GALA: Kiedy rozmawiałyśmy pięć lat temu, powiedziałaś, że musisz uporządkować siebie, swoje emocje. Poczułaś wtedy, że doszłaś do ściany?

EDYTA OLSZÓWKA: Poczułam ścianę z przodu i z tyłu. Klaustrofobiczny rodzaj muru... Widzisz go tuż przed oczami, odwracasz głowę i też jest. A ty jesteś w mroku. Doszłam do tego, że podważyłam siebie...

GALA: Co przeszkadzało Ci w tamtej Edycie?

EDYTA OLSZÓWKA: Że jestem... Mnie w Edycie przeszkadzało, że jest... Chciałam zniknąć. Myślałam, że zajmuję na świecie miejsce komuś, kto potrafiłby piękniej żyć. Bardzo to smutne...

GALA: Jak przeszłaś przez ten mrok?

EDYTA OLSZÓWKA: Miałam chorą duszę. Musiałam trochę w niej pogrzebać. Zaczęłam ze sobą naprawdę być, nie uciekałam od tego, co czuję. Pozwalałam, żeby targały mną emocje i wsłuchiwałam się w nie. W złość, gniew, histerię. Pochyliłam się nad sobą i zaopiekowałam tą małą dziewczynką. Pomagała mi cisza.

GALA: Od lat jeździsz w dalekie zakątki świata: Chiny, Australia, RPA, Wenezuela. Podróże pomogły Ci zrozumieć siebie?

EDYTA OLSZÓWKA: Bardzo, nabrać dystansu do własnych problemów. Widziałam z bliska bezmiar cierpienia, niesprawiedliwości. W Chinach poznałam dzieci, które za miskę ryżu pracują jedenaście godzin dziennie. Opowiadałam ci o Beduinkach, które są jedną z czterech żon, nigdy nie będą mogły być z tym, kogo pokochają, są traktowane przedmiotowo. Na Sri Lance spotkałam kobiety, które oblewają sobie twarz i ciało kwasem. Straszliwie się oszpecają, żeby zdobyć pieniądze i móc utrzymać dzieci. Spojrzałam tym kobietom w oczy... Zobaczyłam tak wielką determinację, rozpacz... Zrobiło mi się wstyd. Jestem zdrowa, mogę spełniać swoje marzenia, mam pracę, którą kocham. Mocno poczułam, że życie jest chwilą, że tak szybko mija. Że wszystko mija. Dziś jesteśmy zdrowi, jutro chorzy. Dziś ktoś nas kocha, jutro od nas odchodzi. Nie ma w życiu niczego stałego. Jedyną stałą rzeczą jest zmiana.

GALA: Jaka jest ta nowa Edyta?

EDYTA OLSZÓWKA: Mam nadzieję, że dojrzalsza. Do wielu rzeczy podchodzę z większą pokorą, wyrozumiałością, akceptacją. Nauczyłam się kontrolować swoje emocje. Nie tłumię ich i nie projektuję na kogoś. Jeśli czuję złość, to płaczę, krzyczę, idę na długi spacer, robię porządek w piwnicy. Jestem lepsza dla siebie i też lepsza dla ludzi. Nauczyłam się celebrować piękne momenty. To, że pijemy teraz dobrą herbatę, palą się świece, możemy rozmawiać. Uszczęśliwia mnie dobre jedzenie, piękny widok. Że ktoś mi mówi: „Dobrze, że jesteś”, że dziecko się do mnie uśmiechnie. Szczęście to drobne, ulotne chwile. A życie chwilą jest najtrudniejsze.

 

GALA: Pięć lat temu zapytałam Cię, jak widzisz siebie za pięć lat. Jak myślisz, co odpowiedziałaś?

EDYTA OLSZÓWKA: ... Że mnie nie będzie?...

GALA: Aż tak źle nie było. Za pięć lat chciałaś być szczęśliwą kobietą i matką.

EDYTA OLSZÓWKA: Jest mi dobrze ze sobą, ale bronię się przed wielkimi niedefiniowalnymi pojęciami, typu „miłość”, „szczęście”. Bo co to znaczy „szczęśliwa”? Brzmi, jak wiecznie młoda i piękna. Bardzo to sztuczne, narzucone przez świat. Raz jestem szczęśliwa, raz nieszczęśliwa. Uśmiech i łzy są jak słońce i deszcz, jak dzień i noc.

GALA: Pięć lat temu mówiłaś, że wierzysz w bajkę z amerykańskiego filmu o szczęśliwej rodzinie.

EDYTA OLSZÓWKA: Dałam się wkręcić w reklamówkowo podane życie rodzinne. Mama, tata, dzieci, wszyscy ładni, zdrowi, radośni. Lodówka z serduszkami i pies. Zaczęłam idealizować. A to jest bardzo niebezpieczne. Nie dostrzegasz wielu dobrych rzeczy, które cię spotykają, tylko tęsknisz za jakimś wyobrażeniem. I żyjesz oczekiwaniami.

GALA: Pogodziłaś się z tym, że nie masz rodziny, dziecka? Nie boli Cię to?

EDYTA OLSZÓWKA: Zaakceptowałam to. I nie czuję się źle. Widocznie taka jest moja droga. U nas ciągle jest nakaz społeczny posiadania rodziny, dzieci. Ludzie często mnie pytali: „A kiedy mąż, a czy jest nowy narzeczony? A dziecko? A masz przecież tyle lat”. Tak się tego nasłuchałam, że zaczęłam myśleć: „Coś ze mną jest nie tak”. Czułam się jak wybrakowany towar, nikomu niepotrzebny. Nie spełniałam oczekiwań społecznych! (śmiech).

GALA: Zaakceptowałaś swoje życie. Ale... tęsknisz za miłością?

EDYTA OLSZÓWKA: Jest we mnie dużo tęsknot, marzeń o dobrym związku. Tylko nie mam na to żadnego wpływu. Miłość przychodzi do nas z nieba. Myślę, że boimy się kochać. Bo boimy się odrzucenia. Dlatego asekurujemy się, nie otwieramy się do końca przed drugim człowiekiem. Boimy się mu zaufać.

GALA: Może bezpieczniej być samemu?

EDYTA OLSZÓWKA: Nie jest źle. Ale na pewno czegoś brak. A może zawsze nam czegoś brak? Obserwuję dużo związków, w których ludzie są tylko dlatego, żeby nie być samemu. Ja tak nie potrafię. Jeżeli dane mi będzie jeszcze kiedyś przeżyć miłość, zbudować partnerski związek to fantastycznie. Jeżeli nie, też będzie dobrze.

GALA: Powiedziałaś mi niedawno, że wkurza Cię, że nikogo nie obchodzi, że się spełniasz zawodowo, tylko dlaczego jesteś sama.

EDYTA OLSZÓWKA: Albo czy mam dobre buty i trendy sukienkę. Taki jest ten świat. Zaczęłam to traktować z przymrużeniem oka i dystansem. Przyjęłam, że ocena mnie jest nieodłączną częścią tego zawodu.

GALA: Teraz jesteś fantastycznie oceniana. Możesz przeczytać: „Niezwykła me- tamorfoza Edyty”.

EDYTA OLSZÓWKA: Nie wpadam z tego powodu w euforię. Patrzę na tę Edytę, która jest w mediach, jak na zupełnie osobny twór. Też chętnie podpatruję, co tam u niej (śmiech).

GALA: Zauważyłam, że zaczęłaś częściej bywać. Więcej Cię w rubrykach towarzyskich.

EDYTA OLSZÓWKA: Cały czas mam przed tłumem sporo lęku. Bywam głównie na premierach teatralnych i filmowych. Zrozumiałam, że od czasu do czasu muszę bywać. Moi mistrzowie ze szkoły teatralnej mówili, że świat poszedł w dziwnym kierunku. Nie jest ważne, czy jesteś dobrym aktorem, ważne jest bycie celebrytą. Bo za tym idzie praca. Tak się porobiło, że ktoś widziany w gazetach, występujący w programach telewizyjnych, jest. W moim prawdziwym życiu raczej się chowam. Realizuję się w pracy, a nie w bywaniu. Niedługo będziemy musiały kończyć, bo dzisiaj gram „Wariatkę”.

GALA: Lubisz Marinę, bohaterkę sztuki?

EDYTA OLSZÓWKA: Bardzo. Kocha i chciałaby, żeby ta miłość się urzeczywistniła. Jest targana przez różne emocje i uczucia. Nie chce ich ukrywać, przez to jest uznana za nienormalną. Taki jest zresztą rosyjski tytuł sztuki. Wiele kobiet przychodzi do mnie po spektaklu i mówi: „To było o mnie, ja taka jestem”. Marina bardzo chce mieć dziecko. To taki zabieg, żeby być z mężczyzną, którego kocha. Zaczepia go na przystanku autobusowym i próbuje przekonać, żeby się z nią przespał. Chce mu nawet zapłacić. Myśli, że może on ją pokocha.

GALA: W serialu „Przepis na życie” grasz zupełnie inną kobietę. Przebojową, pewną siebie.

EDYTA OLSZÓWKA: I bardzo się z tego cieszę. Nareszcie inna postać. Nie jestem gwałcona, zabijana, nie przeżywam traumy. W poprzednim serialu płakałam, bo zdradzał mnie mąż, umierało dziecko, zostawiał mnie następny ukochany, popełniałam samobójstwo. Często byłam wypełniona nieszczęściem moich bohaterek. Teraz mam szansę na oddech. Pola z „Przepisu na życie” traktuje mężczyzn bardzo instrumentalnie. Ma za sobą dwa nieszczęśliwe małżeństwa, jeden z mężów kazał jej podwiązywać jajniki, żeby nie mogła mieć dzieci. To jest zresztą nowe zjawisko, o którym w ogóle się nie mówi. Bo u nas nie jest poprawne politycznie, że ktoś nie chce mieć dzieci. Pola po nieudanym związku postanowiła dobrze bawić się w życiu. Jest niezależna. Od nikogo i niczego.

GALA: Czego zazdrościsz innym kobietom?

 

EDYTA OLSZÓWKA: Nikomu niczego nie chciałabym zazdrościć. Na pewno nie cofnęłabym czasu, nie chciałabym się z nikim zamienić na życia. Jestem na dobrej drodze do pogodzenia się ze sobą. Powiedzenia sobie: „Idź, dokąd masz iść”. Mistrzowie buddyjscy mówią, że dwadzieścia razy upadasz, a dwudziesty pierwszy wstajesz.

GALA: A jest coś w Twoim życiu, czego żałujesz?

EDYTA OLSZÓWKA: Nie. Na pewno zmarnowałam trochę czasu. Pewnie mogłam się bardziej rozwinąć duchowo, więcej książek przeczytać. Być mądrzejszym, lepszym człowiekiem, bardziej pomagać ludziom. Może za bardzo byłam zajęta sobą. Mój zawód jest strasznie egotyczny, wymaga silnego skupienia na sobie. Pewnie po drodze kogoś dotknęłam. Ale też komuś przyniosłam szczęście. Dużo rzeczy zrobiłam, których się wstydzę. Ale taka jest moja droga, moja prawda.

GALA: Powiedziałabyś, czego się wstydzisz?

EDYTA OLSZÓWKA: To za bardzo intymne. W końcu wywiad, nawet najbardziej szczery, to nie konfesjonał. Myślę, że rzeczy złe, które nam się przydarzają, też są wielką szansą. Na zmianę, przebudzenie. Każdy dzień kończę osobistym rachunkiem sumienia. Zastanawiam się, czy była jedna dobra rzecz, którą zrobiłam. Jeśli tak, jest mi lżej. A jeśli zrobiłam coś złego, nie wypieram się tego. Samą siebie proszę o wybaczenie.

GALA: Masz o coś pretensje do losu?

EDYTA OLSZÓWKA: Miałam jedną. Że jestem... Marzę, żeby już nigdy tego nie podważać.

GALA: Masz bardzo ciepły, klimatyczny dom. Lubisz tu wracać po wieczornym spektaklu?

EDYTA OLSZÓWKA: Bardzo. To taki mój azyl. Nic mi tu nie grozi, czuję się bezpiecznie.

GALA: Dużo tu aniołów. Stoją na parapecie, stole, nawet wiszą na ścianach.

EDYTA OLSZÓWKA: Może w poprzednim życiu byłam w jakimś klasztorze (śmiech). Lubię też kadzidła i świeczki. Wszędzie je stawiam i zapalam.

GALA: Lubisz też kolor czerwony.

EDYTA OLSZÓWKA: Na sobie nie do końca lubię. Ale jest czerwona lodówka, czerwona kanapa, fotel. Czerwony ma mocną energię.

GALA: Nie widzę żadnych zdjęć.

EDYTA OLSZÓWKA: Nawet nie mam aparatu. W czasie podróży w ogóle nie robię zdjęć. Nie mam też zdjęć w komórce.

GALA: A wiesz, że u Piotra (Machalicy – przyp. red.) stoi Twoje zdjęcie?

EDYTA OLSZÓWKA: Wiem, to bardzo miłe. Jesteśmy w przyjaźni. To jedna z najbliższych mi osób. Mam nadzieję, że nie ma żalu, że jego zdjęcie u mnie nie stoi (śmiech). Ale nigdy nie stało. Mam wszystko w sercu. Zamykam oczy i widzę.