"Rzuć to i jedź, czyli Polki na krańcach świata"

"Rzuć to i jedź, czyli Polki na krańcach świata" to pozycja, której nie może zabraknąć na Waszej wiosennej liście lektur! Niezwykłe kobiety, egzotyczne miejsca i piękne zdjęcia. Tak w skrócie można opisać wywiady z Polkami, które zdecydowały się na życiową rewolucję i przeprowadziły w najodleglejsze zakątki świata. Tylko na kobieta.pl przez najbliższy miesiąc, co niedzielę, będziecie mieli okazję przedpremierowo przeczytać fragmenty "Rzuć to i jedź, czyli Polki na krańcach świata". Dziś przenosimy się do Nepalu.

"Rzuć to i jedź, czyli Polki na krańcach świata": Katarzyna Bednarska

O swoim ślubie, egzotycznej kulturze i życiu w Nepalu opowiada Katarzyna Bednarska. Pełen wywiad z Kasią i innymi bohaterkami znajdziecie w "Rzuć to i jedź, czyli Polki na krańcach świata", która jest już dostępna w przedsprzedaży na empik.com.

Wstrząs wtórny

„Gdzie właściwie jest ten Nepal?” – zdarzało jej się jeśli nie słyszeć, to widzieć w nieobecnym spojrzeniu pod zmarszczonymi brwiami. 25 kwietnia 2015 roku nikt nie miał już wątpliwości. O Nepalu usłyszał cały świat. Najpierw sąsiednie Indie, Bangladesz i Pakistan, bo tu też zadrżała ziemia. O godzinie 11.56 czasu lokalnego w nepalskim dystrykcie Lamjung nastąpiło trzęsienie ziemi o magnitudzie 7,8 w wyniku którego śmierć poniosło prawie 9 tysięcy osób, a ponad 23 tysiące zostało rannych.

Gdzie byłaś w czasie trzęsienia ziemi?

W Polsce. Kiedy dowiedziałam się, co się wydarzyło, zamarłam. Musiałam sprawdzić, czy Rajeshowi nic się nie stało, ale połączenie internetowe zostało zerwane, więc nie miałam z nim żadnego kontaktu. Zamartwiałam się, czy jest bezpieczny. Na szczęście okazało się, że jego rodzina nie ucierpiała. Ale sytuacja w regionie Katmandu była dramatyczna. Rajesh natychmiast zaangażował się w pomoc ofiarom, pracując dla różnych organizacji pomocowych. Jeździł do górskich wiosek i wydobywał spod gruzów to, co dało się uratować, woził materiały budowlane, pomagał stawiać tymczasowe schronienia. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że mam do czynienia z dobrym człowiekiem, przy którym mogę czuć się bezpieczna.

I z którym chcesz spędzić życie. Nieważne gdzie?

Trzęsienie ziemi było jak przebudzenie. Wkrótce potem podjęliśmy decyzję o ślubie. W czasie dwóch lat naszej znajomości jeszcze dwa razy pojechałam do Nepalu, Rajesh też dwa razy był w Polsce. W czasie tych odwiedzin zrozumiałam, że jego przeprowadzka do Warszawy byłaby dla nas bardzo trudna, przede wszystkim dlatego, że Polska nie jest krajem anglojęzycznym. Codzienne funkcjonowanie, czynności takie jak korzystanie z samoobsługowej kasy w sklepie czy odbiór paczki z paczkomatu byłyby dla niego wyzwaniem, nie wspominając o znalezieniu dobrej pracy. W Nepalu Rajesh zdążył rozwinąć własną działalność: wynajmuje apartamenty turystom, jest właścicielem sklepu z misami tybetańskimi, pracuje jako przewodnik wycieczek. W Polsce musiałby zacząć wszystko od zera, w mało przyjaznych dla cudzoziemca warunkach. Uznałam, że to mnie łatwiej będzie przenieść się do Nepalu. Zwłaszcza że podczas moich podróży zakochałam się w tym kraju. Nie w dezorganizacji, kiepskich drogach, braku wody i przerwach w dostawie energii, ale w ludziach – silnych, łagodnych, kochających i pomocnych. Zachwyciły mnie ich wartości, podejście do świata. Nie chciałam dłużej żyć na warunkach, jakie dyktuje Europa.

Nie bałaś się kolejnej porażki?

Nepal wydawał się idealnym miejscem, żeby zmienić moje życie tak, jak chciałam: funkcjonować spokojniej, pracować z poczuciem sensu i misji, pomagać innym. Dostrzegłam też duży potencjał w lokalnej gospodarce. Pomyślałam, że to świetny moment, żeby zacząć w Nepalu własną działalność. Zamiast w Europie mierzyć się z ogromną konkurencją i ciągle udowadniać, że jestem coś warta, mogłam wnieść moje doświadczenie i kompetencje na młody rynek, na którym byłyby bardzo cenne. Po wielu dniach przemyśleń postanowiłam przeprowadzić się do Katmandu. To nie była łatwa decyzja, ale nie nielogiczna.

Będąc młodą lekarką

Wiązałaś z Nepalem plany zawodowe. Jednym z nich była praca psychologa.

Kiedy przeprowadziłam się do Nepalu, byłam jeszcze w trakcie studiów psychologicznych na SWPS. Do dyplomu potrzebowałam praktyk, dlatego zgłosiłam się do szpitala KMC Hospital w Katmandu. Praktyki w szpitalu szybko uświadomiły mi, że to nierealne, bym mogła utrzymać się z pracy psychologa. W Nepalu za wizytę pacjenta dostaje się równowartość od pięciu do dziesięciu złotych. Przede wszystkim jednak nie czuję się na siłach, by stawić czoła problemom, z jakimi zmagają się tutejsi ludzie. Zrozumiałam, że nasze europejskie problemy w porównaniu z problemami Nepalczyków są błahe. Mobbing, wypalenie zawodowe czy problem ze zbuntowanym nastolatkiem przypominają wołanie o pomoc z powodu złamanego paznokcia. W Nepalu ludzie mierzą się z sytuacjami granicznymi: skrajną biedą, bezdomnością, brakiem środków na wychowanie niepełnosprawnych dzieci. Po trzęsieniu ziemi wiele rodzin nadal nie wyszło na prostą. Stracili domy, firmy, dorobek całego życia. Wysokie bezrobocie popchnęło wielu mężczyzn w uzależnienie od alkoholu i narkotyków. Taki mąż jest dla kobiety dodatkowym ciężarem, cały koszt utrzymania domu i wykształcenia dzieci spada na nią, a przeciętna nepalska pensja to dwieście dolarów. Nepalki z trudem wiążą koniec z końcem, czują, że nic już je nie czeka. Wiele z nich przypłaca to zdrowiem. Zapadają na depresję, nerwicę lub schizofrenię. Niektóre targają się na swoje życie. To apel do społeczeństwa: przestańcie traktować nas jak przedmioty.

Praca psychologa odpadła. Miałaś jakieś inne opcje?

Wymyśliłam, że otworzę firmę umożliwiającą Nepalczykom studiowanie w Polsce. Chciałam też otworzyć pierwszą w Nepalu szkołę rodzenia. Tutaj ciąża i poród to pewnego rodzaju tabu. Ciężarne kobiety ukrywają swój stan pod sari, szybko rezygnują z aktywności zawodowej, a po porodzie znikają z przestrzeni publicznej, bo nie mają miejsc, gdzie mogłyby spacerować z wózkiem, podgrzać butelkę czy skorzystać z przewijaka. W Katmandu brakuje parków, na ulicach panują niesamowity hałas i skwar, poza tym wiele rodzin nie ma samochodu, tylko skuter, którym trudno bezpiecznie przewieźć niemowlę. Jedynym sensownym miejscem wydaje się centrum handlowe, ale tu płaczący maluch nie byłby mile widziany. Nie wspominając o karmieniu piersią, bo w Nepalu nagość jest niedopuszczalna, o czym przekonałam się w czasie przygotowań do wesela. Choć otaczały mnie same kobiety, kiedy rozpięłam biustonosz, opuściły oczy i zawstydzone zasłaniały mnie kawałkami materiału.

Tu na poród w publicznym szpitalu i znieczulenie mogą sobie pozwolić tylko najbogatsi, płacący w dolarach, czyli przedstawiciele wyższych kast. Pozostałe porody odbywają się w domach. Nie prowadzi się badań prenatalnych, a jedyną formą dbania o nienarodzone dziecko są masaże i zabiegi pielęgnacyjne, jakim poddają się przyszłe mamy. Brakuje dostępu do wiedzy, wykwalifikowanego personelu i sprzętu.

Od razu po przeprowadzce przystąpiłaś do działania?

Tak. Miałam ogromny entuzjazm, pomysły i źródła ich finansowania. Opracowałam szczegółowy biznesplan i zabrałam się do pracy i... zderzyłam się ze ścianą. Nie przypuszczałam, że prowadzenie biznesu w Nepalu będzie takie trudne. Formalności i biurokracja są niemal nie do przejścia, zwłaszcza dla cudzoziemców. Działalność należy prowadzić pod cudzym nazwiskiem, bo musi być zarejestrowana na Nepalczyka. Nie można więc działać na własną rękę, trzeba znaleźć wiarygodnego współpracownika. Przepisy zabraniają zatrudniania cudzoziemców. A w Nepalu nie jest łatwo znaleźć pracownika pracującego w standardach europejskich.

Więcej przeczytacie w książce:

Magdalena Żelazowska, "Rzuć to i jedź, czyli Polki na krańcach świata", wydawnictwo National Geographic

Książkę możecie kupić w przedsprzedaży na empik.com.