W swoim wpisie na Facebooku Kasia napisała, że wizyta w wiosce Karen była dla niej trudnym doświadczeniem. Choć tysiące turystów traktują to miejsce jak atrakcję turystyczną, tak naprawdę mało kogo interesuje prawda o tym miejscu:

Nigdy nic mnie tak nie złamało jak dwa dni w wiosce Karen. Nie wiem, czy kiedyś wybaczę sobie zrobienie tych zdjęć i wcale nie chodzi tutaj o "długie szyje", bo przecież każda tradycja jest piękna tylko o to, dlaczego te wioski w ogóle istnieją. Wioski to obozy dla uchodźców, które są przerobione na atrakcję turystyczną. Są nazywane "ludzkim zoo" - pisała.

 

Rzucić wszystko i zostać stewardessą

Sandra Hajduk - Popińska: Kasiu, chcę zacząć od powodu, dla którego zostałaś stewardessą…

Kasia Saciuk: Zupełny przypadek! Nigdy nie była to praca moich marzeń, panicznie bałam się latać samolotem i każda podróż była okupiona wielkim stresem. Zanim trafiłam do lotnictwa, przez lata pracowałam w bankowości i logistyce.Typowa praca za biurkiem od 8 do 16. Nie spełniałam się zawodowo. Męczyła mnie rutyna, brak celu i pogoda w Polsce. Szukałam pracy głównie na południu Europy, bardzo chciałam się przeprowadzić do Portugalii. Znalazłam na jednym z portali ofertę pracy stewardessy w Arabii Saudyjskiej i z ciekawości, dla żartu aplikowałam. Kilka dni później dostałam tak zwany "golden call" czyli zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną, która odbywała się w Warszawie. Do dzisiaj pamiętam jak robiłam sobie włosy i makijaż w toalecie na dworcu centralnym żeby wyglądać jak człowiek po nieprzespanej nocy i kilku godzinach w pociągu. Zostałam przyjęta i strach przed lataniem przegrał z ciekawością. Wtedy Arabia była całkowicie zamknięta na turystykę. Byłam ciekawa jak to jest żyć w tak kontrowersyjnym, restrykcyjnym i odmiennym kulturowo kraju.Mieszkam tutaj prawie 5 lat i obserwowanie zmian społecznych jest bardzo ciekawe. Dzisiaj kobiety już nie muszą się całkowicie zasłaniać, mogą prowadzić samochody i podróżować same za granicę. Zostały otwarte kina, największy festiwal muzyki elektronicznej na świecie z takimi DJami jak Armin Van Buuren czy David Guetta odbywa się w Rijadzie. Kilka lat temu było to nie do pomyślenia.   
 

Zerkając na Twój profil na FB zauważyłam, że latasz chyba w dość "nieoczywiste" rejony. Ostatnio byłaś w Sudanie, a wcześniej w medialnie rozsławionej wiosce Karen. Skąd idea tych kierunków?

Moją bazą jest Dżudda, lotnisko to obsługuje głównie pasażerów pielgrzymujących do Mekki i Medyny. Dlatego też latamy głownie do krajów muzułmańskich. Takie loty są bardzo emocjonujące ponieważ dla muzułmanów pielgrzymka do Mekki to jedno z najważniejszych wydarzeń w życiu. Dla wielu z nich to jedyna podróż jaką odbywają i odkładają na jej sfinansowanie przez całe życie. Natomiast jeśli chodzi o moje prywatne podróże to lubię latać w nieoczywiste miejsca. Sudan to totalna fascynacja "W pustyni i w puszczy" z czasów dzieciństwa i marzenie ponucenia "Rzeki marzeń" w Afryce. Uwielbiam podróżować po Azji, wioska Karen była przystankiem w podróży solo po północnej Tajlandii.

Wioska Karen: mroczna prawda o kolorowej atrakcji turystycznej

A propos Karen. Napisałaś obszerny post dotyczący tego miejsca i niejako obalający mit "miłej, kolorowej wioski". Okazuje się, że to po prostu obóz dla uchodźców przerobiony na atrakcję turystyczną. Jak wyglądało Twoje spotkanie z tą rzeczywistością?

Temat uchodźców w Tajlandii jest bardzo obszerny, żyje tam wiele grup etnicznych z Birmy, Chin i Laosu. Najbardziej znane są kobiety z grupy  Kayan(jedno z plemion Karen). Sławę, choć nie wiem czy bardziej może przekleństwo zapewniły im ich długie szyje. W kulturze tego plemienia długa szyja jest wyznacznikiem piękna kobiety, chociaż są też domysły że sama tradycja miała tak naprawdę je oszpecić żeby inni mężczyźni się nimi nie interesowali. Dziewczynkom w wieku 5 lat zakładane są na szyję metalowe obręcze i co około 2 lata dodawane nowe. Obręcze tak naprawdę nie wydłużają szyi tylko obniżają i deformują barki co daje złudzenie posiadania długiej szyi. Mitem też jest, że kobieta umiera, kiedy zdejmuje obręcze.   Przed moją podróżą do Tajlandii wiedziałam, że na pewno nie chce odwiedzić żadnych plemion bo jest to głównie interes Tajów, którzy pobierają opłaty za wstęp do wiosek, opłaty za organizowanie wycieczek. Wioski, do których wożeni są turyści zostały tak naprawdę stworzone pod potrzeby turystyki  i nie mają nic wspólnego z realiami życia w obozach położonych nieopodal. W rzeczywistości typowa wizyta w wiosce Karen wygląda tak , że busem przywożone są grupy ok 10-20 turystów którzy mają około pół godziny na kupienie pamiątek i zrobienie sobie zdjęcia z obręczami na szyi i są zapraszani ponownie do busa. Generalnie cała wizyta odbywa się w takim tempie żeby turysta nie miał szans zorientować się co się  naprawdę dzieje. Sama wioska zbudowana jest tak że, domy są poza zasięgiem wzroku. Turyści kierowani są na główny plac wioski, na którym są stragany i pudełko na datki. Wchodzisz, robisz zdjęcie, zostawiasz pieniądze, wychodzisz. Na Instagramie można znaleźć tysiące zdjęć białych turystek z obręczami na szyi,  siedzących obok kobiet z plemienia Kayan.

Będąc w Chiang Mai spotkałam dziewczynę która przekonała mnie że powinnam tam pojechać i zabrała mnie ze sobą do wioski. Opowiedziała mi o tragicznej sytuacji plemion  w czasie pandemii. Kobiety te nie mogą legalnie pracować, nie mogą nawet opuszczać wioski, nie mają dokumentów, ich jedynym źródłem utrzymania jest bardzo mała zapomoga od państwa i to co uda im się sprzedać na straganach. Jest to głównie biżuteria i chusty przez nich tkane. Gdy zaczęła się pandemia część mężczyzn wróciła do Birmy i nie mieli możliwości wrócenia do wiosek  ze względu na zamknięcie granic.  Na 2 lata wioski zostały odcięte od turystyki i środków do życia. Do dzisiaj biję się ze swoim sumieniem bo z jednej strony miałam dobrą intencję pomocy a z drugiej nakręciłam spirale przeciwko wolności tych ludzi.

Prawdziwe oblicze "wioski długich szyi"

A tamtejsze kobiety? Jakie są kiedy nie strzela do nich migawka aparatu, nie patrzy oko kamery?

Zacznijmy od tego jak się zachowują przed kamerami. Nie wiem jaka jest prawda, jest to tylko moja prywatna opinia ale zostały bardzo dobrze nauczone jak się zachowywać przy turystach. Bardzo chętnie dają się fotografować, pozują do zdjęć, każda stoi przy swoim straganie i się serdecznie uśmiecha. Nie nagabują do kupowania, bo tę działkę już zrobili przewodnicy w drodze do wioski. Podchodzą do turystek i proponują im założenie obręczy na szyję, są przy tym niezwykle taktowne. Gdy wychodzą turyści wracają do swoich codziennych obowiązków. W wiosce mieszkają całe rodziny, dzieciaki chodzą do szkoły, nastolatki marzą o studiach w Australii. Ci ludzie są niezwykle ciepli, człowiek po prostu ma ochotę ich mocno przytulić. Niesamowite jest to że w tak skrajnie ubogich warunkach, z taką historią ludobójstwa którego dokonano na nich w Birmie potrafią być tak życzliwi.

Te kobiety bardzo dobrze zdają sobie sprawę ze swojego położenia, podkreślają że ich jedyną szansą żeby móc edukować swoje dzieci i zapewnić im jakąkolwiek przyszłość są turyści i ich pieniądze.  Bardzo nie lubią i nie rozumieją dlaczego ludzie nazywają je żyrafami a wioskę ludzkim zoo bo to co robią to jest ich praca na utrzymanie rodziny. Nazywanie ich w taki sposób jest brakiem szacunku, nie do systemu ale do nich samych. One chcą żeby świat o nich usłyszał.

Mnie do tej pory to miejsce kojarzyło się z kobietami z długimi szyjami, które katują się metalowymi obręczami w imię subiektywnego piękna. Oczywiście to samo można powiedzieć o Europejkach zadających sobie różne formy bólu dla urody, nie chodzi mi o ocenę tego. Bardziej o to, czemu Twoim zdaniem nie mówi się o tym, że to przede wszystkim obóz dla uchodźców? Jak poznałaś historię tego miejsca?

A kto chciałby jeździć do obozów dla uchodźców? Gdyby reklama tego miejsca wyglądała tak : "Zabierzemy Cię do wioski gdzie mieszkają ludzie którzy uciekli przed wojną, żyją w ekstremalnej biedzie i w sumie nie mają żadnych praw ale za to mają ciekawe tradycje.100 dolarów i zobaczysz prawdziwe życie uchodźcy z którym nie bardzo wiemy co zrobić ale staramy się na nim zarobić" - kto chciałby to zobaczyć?

No i tu pojawia się klops. Biznes turystyczny oparty na plemionach górskich działa prężnie dzięki utrzymywaniu tej iluzji, że tam się nic złego nie podziało. Przecież patrzymy na piękne, uśmiechnięte kobiety. Ubrane w piękne tradycyjne stroje. Tylko że my widzimy 1% prawdy bo takich wiosek i plemion jak  Kayan jest dużo więcej tylko nie są aż tak dobrze znane. Dlatego uważam że, ta sława, to ich i błogosławieństwo i przekleństwo. Z drugiej strony konflikt w Birmie dalej trwa i Tajlandia czynnie udziela pomocy uchodźcom.

Wioska Karen: jak pomóc tubylcom?

Czy jest coś, co zwróciło tam szczególnie Twoją uwagę?

To co zwraca uwagę u wszystkich tzw. plemion górskich to ich niezwykłe przywiązanie do ich tradycji i tożsamości. Kobiety Kayan są bardzo dumne z tego kim są, są dumne z tych obręczy, strojów. Nawet nastolatki podkreślają, że ich kultura jest dla nich bardzo ważna, że nawet jeśli uda im się jakim cudem wyrwać z wiosek to zawsze będą dumne z tego kim są. To jest chyba taki wspólny mianownik dla grup etnicznych żyjących pod opresją, szacunek dla swojej własnej tożsamości. I coś co było dla mnie totalnym szokiem. Jako stewardessa nigdy nie miałam tak przepięknego makijażu i zdrowo wyglądającej cery jak one! Niesamowite jest to jak te kobiety o siebie dbają, niezależnie od wieku. Dbałość o kobiecość i taką tajemniczą sensualność jest u nich po prostu piękna. Nie da się tego opisać, one są po prostu wyjątkowe. Natomiast największą uwagę zwróciły pająki, nigdy nie widziałam pająka większego od mojej głowy. Generalnie również liczba insektów, szczególnie w porze deszczowej, jest porażająca.
  

Czy można jakoś realnie pomóc osobom tam przebywającym? I o czym trzeba pamiętać odwiedzając tego typu miejsca?

Bardzo ciężki temat, trudno jest znaleźć organizację międzynarodową która pomaga wybranym wioskom. Lokalni Tajowie też robią co mogą, do wiosek dostarczana jest żywność, agregaty prądotwórcze, woda pitna, środki higieny.  Można wesprzeć fundacje takie jak Burma Children Medical Fund. Można też …pojechać i zostać wolontariuszem. Warto jednak pamiętać żeby solidnie sprawdzać NGO które chcemy wesprzeć. Jeżeli zdecydujemy się na odwiedzenie wioski warto zasięgnąć informacji u miejscowej ludności. Naprawdę można ominąć korzystanie z agencji turystycznych. W  tym regionie praktycznie każdy Taj zna kogoś kto zna kogoś w wiosce i być może pomoże. To jest chyba najlepszy sposób żeby realnie pomóc, wtedy też możemy u źródła zapytać czego w wiosce najbardziej brakuje. Rozumiem też sytuacje kiedy ktoś jednak woli jechać na wycieczkę zorganizowaną. Musimy jednak pamiętać że, jesteśmy gośćmi w czyimś domu, nie śmiećmy, nie palmy (tam wszystko jest zbudowane z bambusa), nie śmiejmy się z nich, darujmy sobie komentarze typu "zoo", "żyrafy", "brud".. We wsiach mieszka wiele dzieciaków w każdym wieku także śmiało można zaopatrzyć się w artykuły szkolne, mazaki, kolorowanki, środki higieny osobistej, słodycze. Pamiętajmy że to ma być prezent i z takim gestem wręczamy upominki. Tam nikt nie żebrze, nie błaga o pomoc. To są bardzo dumni ludzie. Wybierając agencje turystyczną, negocjujmy cenę. Pieniądze które płacimy nie trafią do miejscowej ludności. Lepiej wydać je na rękodzieło. Jeśli zamierzamy kupić więcej rzeczy kupujemy oddzielnie każdą rzecz na innym straganie. Panie w większości mają ten sam asortyment. Są to głownie szale które robią na miejscu, biżuteria i drobne figurki. Jeśli chcemy zrobić komuś zdjęcie zapytajmy się o zgodę. Byłam świadkiem kiedy Pani Turystka dosłownie przykładała aparat do twarzy zapłakanego, przestraszonego dziecka które nie wiedziało co się dzieje. Szanujmy ich dom i kulturę. Za "centralnym placem" wioski znajdziemy też kobiety z  innych plemion. Również warto zainteresować się ich rękodziełem.

"Ibiza dla mózgu", czyli podróż, która zmienia życie

Skoro już "Cię mam" to chcę wypytać też o Twoje inne podróże: wybrałaś się na "Ibizę dla mózgu" - opowiesz o tym doświadczeniu?

"Ibiza dla mózgu" to był cel mojej podróży do Tajlandii! Na zakończenie mojej przygody spędziłam 10 dni na odosobnieniu medytacyjnym w Pa Pae w okolicach Chiang Mai. Totalnie magiczne miejsce, prowadzone przez wspaniałych Mnichów.  Prowadzą oni medytacje w nurcie dhammakaya czyli tak zwanej medytacji Middle Way. Nie będę się tutaj rozpisywała o samej technice medytacji bo było to moje pierwsze odosobnienie i nie mam wystarczającej wiedzy. Centrum medytacji jest położone obok malutkiej wioski w sercu dżungli. W kilkunastu bambusowych domkach mieszkają Mnisi, kursanci i Tajowie którzy przyjeżdżają tam pomedytować. Cały teren został dostosowany do grupowych i indywidualnych medytacji, wielkie huśtawki, domki na drzewach, punkty widokowe, sale medytacji. Jest także kuchnia polowa, stołówka i biblioteka. Dzień rozpoczyna się ok 5 rano od intonowania w języku Pali i porannej medytacji. Potem dzieje się magia! Towarzyszyliśmy Mnichom podczas zbierania porannej jałmużny po okolicznych wsiach. Mnisi mogą spożywać tylko takie produkty które zostały im podarowane. Nie mogą kupić sobie jedzenia. Następnie wszyscy razem zasiadaliśmy do śniadania przegotowywanego z darów, kolejna medytacja i lunch ok 11:00, który jest ostatnim posiłkiem dnia. Zależnie od dnia spędzaliśmy od 3 do 6 godzin na medytacji. Piękno tego miejsca polega na tym że po prostu żyje się tam z mnichami i jak mnich. Po medytacjach był czas na obowiązki i tutaj pojawia się pełna gama tego co można robić żyjąc na tajskiej wsi . Naprawialiśmy szkody wyrządzone przez deszcz, zbieraliśmy ananasy, kąpaliśmy psy, szorowaliśmy podłogi ,budowaliśmy nową świątynie a biedni Mnisi musieli w tym czasie odpowiadać na nasze mniej i bardziej życiowe pytania o sens istnienia i techniki medytacji. Jedynym drobnym minusem mieszkania w dżungli jest fakt posiadania dosyć licznej grupy sąsiadów w postaci węży, jaszczurek, pająków i całej gamy cudownego robactwa.W zasadzie nikt tam do końca nie wiedział co jest jadowite. Motto tego miejsca jest takie że jak chcesz, to możesz ale nic nie musisz. Nie musisz nawet deklarować na ile chcesz zostać, po prostu jak poczujesz że chcesz, to wyjeżdżasz. Jak masz ochotę cały dzień leżeć i gapić się na drzewa to możesz, no bo do medytacji przecież nie można się zmuszać. I nagle gdy nikt nic nie musi…Ty i 15 innych osób z całego świata(dyrektorów, pisarzy, zbłąkanych backpackersów , ludzi którzy nie wiedzą co tam robią)  o 4 rano w strugach  deszczu idzie przez dżungle w białych ubraniach po kolana ubrudzonych  w błocie, z jedną latarką żeby wspólnie pomedytować. Kosmos! Medytacja zmieniła moje życie, nie wyobrażam sobie dnia bez medytacji. Nabrałam spokoju i  miłości do siebie. Nauczyłam się słuchać swojego ciała i je bardziej doceniać, świadomie oddychać, świadomie odbierać swoje zmysły. Przebaczyłam sobie wszystkie bolesne wydarzenia w życiu i w końcu umiem żyć tu i teraz.  Bardzo gorąco polecam rozpoczęcie przygody z medytacją, ze strony Pa Pae meditation retreat  można ściągnąć materiały. Jeden z mnichów prowadzi również swój kanał na Youtube: Nick Keomahavong.

 Czy kiedykolwiek żałowałaś, że wybrałaś ten zawód? Jakie są jego mroczne strony?

Nie. Lotnictwo to piękna przygoda. Kopalnia niezapomnianych wspomnień i przyjaźni zawieranych na lata. Wiem też, że powoli chciałabym zamknąć ten rozdział życia i spróbować czegoś nowego bazując na moim doświadczeniu.  Latam już prawie 5 lat, a od 4 jako szefowa pokładu. To praca wygląda na lekką i przyjemną ale to jest czasem ciężka fizycznie orka, nie każdy ma na to zdrowie. Nasze grafiki są bardzo napięte, pracujemy po 12-14 godzin. Często do zmęczenia dochodzi frustracja pasażerów wyładowywana na załodze a my czasem naprawdę jesteśmy na granicy odejścia od zmysłów. Pasażerowie nie do końca rozumieją że opóźnienia, awaryjne lądowania, to nie jest widzimisię załogi.Trzeba umieć się od tego odciąć i ruszyć dalej z uśmiechem. Nie znam stewardessy, która nigdy nie płakała w pokładowej toalecie i obiecywała sobie że jutro rezygnuje. Lotnictwo to nie tylko praca ale też styl życia. To trochę tak jak z toksyczna miłością.