Kiedy jesteśmy dziećmi czy nastolatkami i nasi rodzice robią coś co nam się nie podoba obiecujemy sobie, że my nigdy nie będziemy tak robić! Już my to dobrze zapamiętamy, bo jak można zapomnieć coś co tak bardzo boli lub złości. Często pojawiają się w naszych głowach wizje wielkiej miłości i cierpliwości do naszego przyszłego dziecka i przede wszystkim rozumienia tego co ono chce i co według nas w danej chwili, jest dla niego lepsze. Ileż to mamy pomysłów na to jakimi to będziemy idealnymi nie tylko rodzicami ale i żonami/ mężami, pracownikami itd… Jeśli do tego mamy w domu wysoko postawioną poprzeczkę i wymagane jest od nas, żeby wszystko było idealne i jak najlepsze, lub nasze otoczenie funkcjonuje w taki sposób, to pragnienie, a wręcz potrzeba bycia „idealnym” wzrasta. Na głębszym poziomie z którego nie zdajemy sobie sprawy, możemy zacząć dążyć do ideału i perfekcji aby w końcu stać się  wystarczającym… zasłużyć na miłość, akceptację. Nie bez znaczenia jest również sposób codziennej komunikacji w naszym otoczeniu. Im więcej imperatywów takich jak „powinieneś, powinnam, musisz, trzeba, należy” tym więcej presji i frustracji. Kiedy dorastamy w domu w którym imperatywy są podstawą komunikacji, bierzemy je potem ze sobą i stają się one głównym sposobem naszego wewnętrznego dialogu samego ze sobą, co powoduje jeszcze więcej presji, frustracji, złości i zawodu.

I tak sobie wędrujemy w świat i dorosłość z różnymi wizjami siebie, naszego życia, pracy, rodzicielstwa.. aż tu nagle rodzimy dzieci i zderzamy się ze ścianą kiedy nam to nie wychodzi, a frustracja, złość i smutek zaczynają wylewać się uszami i ranić naszych bliskich.

O co chodzi z tym idealnym rodzicem i jak przestać nim być?

Przede wszystkim odpowiedzmy sobie na pytanie jaki to jest według nas „idealny rodzic” i w jakim celu mamy nim być? Przyjrzyjmy się tej naszej wizji „idealnych matek i ojców” idealny tzn. jaki? Nigdy nie zmęczony? Zawsze zadowolony? Zawsze przy dziecku? Zapewniający nieustanne atrakcje? Podający zawsze idealnie zbilansowane, piękne i kolorowe posiłki obowiązkowo z ekologicznych warzyw na biodegradowalnych talerzach? Wydający pół swojej pensji na 10 różnych zajęć pozalekcyjnych? Kładący się spać ostatni, no bo „trzeba” posprzątać i wstający pierwszy no bo „muszę” zrobić śniadanie? Każdy może mieć inną i różnie szeroką definicję „idealnego” rodzica.

Pytanie nr 2 to „po co”? W jakim celu masz być idealnym rodzicem? Co się wtedy stanie? I co się nie stanie, kiedy idealny nie będziesz? I nie jest odpowiedzią na to pytanie „bo tak trzeba”… Z jakiego powodu trzeba? Bo co? Tutaj wracamy zarówno do komunikacji z sobą samym oraz do naszych przekonań o sobie samym. Czy jak będziesz idealnym rodzicem to w końcu zasłużysz na coś? W końcu nabierzesz wartości? Czy Twoje dziecko może Cię kochać tylko wtedy kiedy będziesz idealny? A może żyjąc w nurcie „powinności i muszości” przejęłaś/przejąłeś czyjeś wzorce? Czyjeś wyobrażenia? Czyjeś zasady? Czy ten idealny rodzic to jest w ogóle Twoja potrzeba? A może Twojej matki, ojca, znajomych, mediów..?

Kiedy już wiemy co pod tym naszym ideałem się kryje i w jakim celu mamy nim być, to popatrzmy na to z boku, czy to jest w ogóle realne? W większości przypadków nie. Czy takie same oczekiwania mamy do innych ludzi, czy one tyczą się tylko nas? Obydwie opcje nam nie służą i mają duży negatywny wpływ na nasze codziennie życie któremu warto się głębiej przyjrzeć. Jeśli trudno nam to zrobić samemu, warto skorzystać z pomocy terapeuty, który pomoże poodkrywać rządzące nami schematy i głębokie przekonania które kierują naszymi wyborami.

Ostatnie pytanie w tej części, to czy to wszystko co robię aby być idealnym rodzicem jest potrzebne mojemu dziecku? Czy ono dostaje w związku z tym dobro? Czy może w wyniku nadmiaru pracy się nie wysypiam i potem jestem agresywna/y bądź bierno agresywna/y? A może w pogoni za idealnym układem dnia, zajęć i siebie straciłam/em to czego moje dziecko potrzebuje naprawdę czyli mojej obecności? Mnie tak po prostu? A może wkładam go w jakieś kolejne ramy powinności i idealności? Czy moje dziecko czerpie dobro i szczęście z moich działań? Czy może przypadkiem, jest zupełnie odwrotnie… i w głowie pojawiają się myśli o niewdzięczności i poświęceniu. Jeśli tak, to może warto raz jeszcze przyjrzeć się temu całemu układowi od początku i sprawdzić czy to na pewno jest to czego i ja i moje dziecko potrzebujemy naprawdę.

Szczęśliwi, spokojni rodzice to szczęśliwe i spokojne dziecko

Niby zdanie wszystkim znane a jednak jakoś zapomniane. Tymczasem tak bardzo prawdziwe i ważne. Oczywiście nie znaczy ono, że mamy być szczęśliwi i spokojni zawsze i wszędzie i na wieść, że ukradli nam samochód klaskać w ręce i się cieszyć. Nie znaczy również, że nasze dzieci będą nieustanne spokojne i szczęśliwe. Przeżywanie wszystkich emocji jest bardzo ważne i potrzebne, a naszą rolą jako rodziców jest nauczenie dzieci jak to robić. Nie jak je chować, udeptywać głęboko pod ziemią, ale jak je przeżywać i sobie z nimi radzić. Spokój nie wynika z tego, że nie przeżywamy nigdy złości, smutku czy lęku, ale z tego, że dajemy sobie do tych emocji prawo i umiemy się nimi zaopiekować. W zdaniu z podtytułu chodzi o to, że jeżeli my jako rodzice nie potrafimy radzić sobie z emocjami, chowamy je, kumulujemy, i udajemy, że ich nie ma i w konsekwencji przeżywamy je cały czas i w końcu one z nas wychodzą w nieadekwatny sposób np. poprzez wybuch złości, lub biernej agresji, to dokładnie tego samego uczymy nasze dzieci. Jeśli chodzimy po domu i krzyczymy „cholera, co to za bałagan, a ja tyle się nasprzątałam wieczorem!” to dzieci odbierają, doświadczają i przejmują zarówno nasze emocje jak i reakcje. I za chwile Zosia będzie krzyczała na lalki, a Jaś rzucał samochodami.

W związku z tym tak ważne jest abyśmy dbali o odpoczynek, relaks, czas dla siebie. Nie tylko dla nas samych ale też dla dzieci, które doświadczając spokojnych i zrelaksowanych rodziców same będą spokojniejsze. Dodatkowo uczymy nasze dzieci bardzo ważnej rzeczy, a mianowicie dbania o siebie i tego, że każdy jest ważny i każdy zasługuje na czas dla siebie, to jest okej.

Kolejnym aspektem, które nasze dzieci mogą sobie z takiej postawy wziąć jest to, że skoro mama/tata mają do tego prawo i są wystarczająco dobrymi rodzicami nawet jak jadą na weekend do spa a mnie zostawiają u babci czy z opiekunką, to znaczy że ja też mam do tego prawo i jak będę dorosła\y to dam sobie prawo do urlopu w pracy, czy wyjścia do kina z przyjaciółmi zamiast robić drugi etat z nadgodzin, albo rezygnować z siebie dla dziecka.

Czy nasze życie Katarzyny miłośniczki wspinaczki i Mikołaja fana sklejania modeli może coś dać naszym dzieciom? Dlaczego warto pozostawić przestrzeń na swoje pasje i pozarodzicielskie aktywności?

Może dać bardzo dużo! Przede wszystkim wolność, możliwość wyboru, przekonanie, że mogę robić w życiu to co dla mnie ważne, a nie to co ktoś mi narzuci. Poszerza świat, uczy kreatywności, zaangażowania i po raz kolejny dbania o siebie, szacunku do siebie i budowania swojego świata w zgodzie ze mną. A w takim świecie może być miejsce na wszystko i na miłość i na dzieci i na pracę i na hobby czy pasję. Dbanie o różne sfery naszego życia uczy też dzieci radzenia sobie w życiu, pokazuje, że można pogodzić ze sobą różne sprawy, a czasem jeśli to koniecznie to z czegoś zrezygnować. Pokazuje, że to są nasze wybory i to my mamy wpływ na to co w naszym życiu się dzieje. Jeżeli jesteśmy rodzicem który wyrzeka się siebie w imię dziecka, rezygnuje ze wszystkiego, życia towarzyskiego, pasji, relaksu to staje się w końcu głęboko nieszczęśliwym, sfrustrowanym człowiekiem oczekującym wdzięczności za swoje poświęcenie, często uderzającym bierną agresją lub fochami, z poczuciem krzywdy, braku wdzięczności czy wykorzystania. I taki też obraz relacji przekazuje dziecku. Jeśli kocham kogoś to mam się dla niego poświęcać, nie dbać o siebie, rezygnować z siebie dla niego - czyli żyć z wiecznie przekroczonymi granicami i niezadbanymi potrzebami, co generuje olbrzymią złość. Czy taki właśnie obraz chcemy przekazać naszym dzieciom?

Ideały wokół nas

Presja na bycie idealnym może pochodzić nie tylko ze środka ale i z zewnątrz. Gdzie się nie obejrzymy tam cała masa idealnych matek, kobiet, mężów, dzieci, psów…. Z reklam uśmiechają się do nas idealnie czyste garnki, plamy po trawie i błocie spierają się idealnie w zimnej wodzie, panowie wiedzą doskonale czego potrzeba kobietom i są na to w każdej chwili gotowi, a kobiety są wiecznie młode zadbane, szczupłe i szczęśliwe. Dzieci po zjedzeniu mlecznego batona są najukochańsze na świecie, nigdy nie płaczą, jak są chore bez problemu łykają syropek i za sekundę zasypiają grzecznie w łóżku…. Ta wszechobecna presja bycia jakimś konkretnym i do tego najlepszym z najlepszych powoduje, że miesza nam się społecznie w głowach i nawet jeśli na poziomie świadomym wiemy, że to tylko reklamy czy instagram, to podświadomie na coś to pada i zaczynamy ślepy wyścig ku niedoścignionym ideałom. Kiedyś człowiek mógł zajrzeć co najwyżej do ogródka sąsiadów, w którym było tak samo zielono jak w jego, dzisiaj porównujemy się z całym światem, do tego często wykreowanym i nieprawdziwym. Efekty tego niestety widać w gabinetach psychoterapeutycznych na co dzień. Ma to olbrzymi wpływ na nasze całe życie, również na rodzicielstwo. Idealna ciąża, potem idealny poród, potem selfie w parku z pięknym wózkiem i z idealną figurą, potem modne ładne dziecko które równie idealnie wychodzi na zdjęciach, a do tego jak dostanie mleczną kanapkę to będzie idealnie szczęśliwe. My w tym wszystkim w idealnie urządzonym i posprzątanym domu z idealnym dwudaniowym obiadem, po drodze jeszcze super kreatywna i ważna praca a na dobranoc fitness popity proteinowym wegańskim shakiem w ekologicznej kawiarence… O ile wiadomo, że super jeśli się ruszamy, zdrowo odżywiamy, mamy zadowalającą pracę i nie ma nic złego w wegańskich produktach, to czy w takiej kombinacji wszystkiego idealnego naraz jest jeszcze miejsce na normalne życie i nas samych? Na czas z dzieckiem na kanapie, na spacer po parku, na łaskotki, gilgotki i zbieranie jesiennych liści?

Nie ma ludzi ani rodziców idealnych, i dobrze! To by była dopiero presja! Nasze dzieci potrzebują nas i naszego czasu. Nic im się nie stanie jak czasem zjedzą na obiad pizze i zostaną na weekend u babci ale za to potem pójdą na spacer z uśmiechniętymi rodzicami cieszącymi się każdą wspólną chwilą. Każdy popełnia błędy, każdy czasem się potyka i nie o to chodzi, żeby się nie potykać, a żeby się podnosić i dawać prawo do tych błędów, tego samego ucząc nasze dzieci. Każdy z nas zasługuje na miłość i każdy z nas jest wystarczający, każdy z nas ma prawo do odpoczynku, relaksu i zadbania o siebie. Rodzic to przewodnik, prowadzący młodego człowieka przez początek jego życia i układający mu wiele podstawowych i trwałych klocków z którymi on potem idzie dalej w świat. Pokażmy mu, że nie musi być idealny, że jest dobry taki jaki jest. Tak samo jak my.