Traumatyczny poród we wrocławskim szpitalu

Co jakiś czas media przytaczają historie kobiet, których porody dalekie były od porodu zgodnego ze standardami porodowymi. Niestety rzeczywistość kobiet rodzących w Polsce daleka jest od praw kobiet spisanych na papierze.

Niedawno opisywałyśmy wstrząsającą historię porodu Sylwii Biały w szpitalu w Lublinie, która postanowiła nagłośnić sprawę, żeby zwrócić uwagę na fakt, jakie rzeczy dzieją się na polskich porodówkach.

Po ostatniej publikacji we wrocławskiej "Gazecie Wyborczej", rzecznik praw pacjenta postanowił zająć się sprawą porodu pani Agnieszki w szpitalu przy Borowskiej we Wrocławiu. Sprawa tego koszmarnego porodu toczy się już siedem lat. Pani Agnieszka dzisiaj tak wspomina tamten czas: "To był najbardziej traumatyczny dzień mojego życia. Mimo że urodził się mój syn, którego kocham najbardziej na świecie".

Synek pani Agnieszki urodził się w maju 2012 roku i dano mu tylko 1 punktem w skali Apgar. Szanse na przeżycie były bardzo małe.

Co wydarzyło się na porodówce we Wrocławiu?

W artykule zatytułowanym "Koszmarny poród 'Lekarze zamiast zrobić cesarkę, próbowali dziecko ze mnie siłą wypchnąć. Przez to miało 1 pkt", opisano poród pani Agnieszki, która do szpitala przy Borowskiej we Wrocławiu trafiła kilka dni po terminie.

11 maja nad ranem kobiecie odeszły wody płodowe, które były podbarwione krwią. Pani Agnieszka urodziła syna dopiero po ponad 12 godzinach.

Chłopiec nie oddychał i był siny, zeznał później w prokuraturze ojciec dziecka: "Dziecko się nie ruszało. Ze trzy razy pytałem, dlaczego, a oni stali i patrzyli". 

Lekarze nie dawali mu zbyt dużych szans na przeżycie. Mówili, że jego stan jest ciężki i jak chcemy, to możemy go chrzcić – wspomina pani Agnieszka.

Sprawa porodu pani Agnieszki toczy się już siedem lat. Z akt sądowych wynika, że noworodek był niedotleniony, miał niewydolność oddechową i krwiaki. W pierwszych minutach życia pracowało mu tylko serce. 

Lekarka stanęła przed sądem

Lekarka, która w tym dniu pełniła dyżur w grudniu stanęła przed sądem. Zdaniem prokuratury to na niej spoczywał obowiązek opieki nad rodzącą i zarzuca jej, że "w sytuacji zaburzeń tętna płodu i słabego postępu porodu, przy słabym parciu pacjentki, błędnie zinterpretowała zapis KTG, który był nieprawidłowy, i zbyt późno zdecydowała o skróceniu porodu - bo nie podjęła decyzji o wykonaniu cięcia cesarskiego. Skutkiem czego naraziła małoletniego Aleksandra na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężki uszczerbek na zdrowiu".

Prokuratura wytknęła lekarce jeszcze jeden błąd. Chodzi o to, że lekarka nie użyła kleszczy położniczych, tylko zastosowała chwyt Kristellera, zabroniony przez Polskie Towarzystwo Ginekologiczne. Chwyt ten polega na mocnym ugniataniu brzucha rodzącej, co powoduje wzrost ciśnienia w macicy i dziecko zamiast powoli przechodzić przez kanał rodny, jest "wyciskane".

Naciskali mocno na mój brzuch. Jakby próbowali to dziecko ze mnie wypchnąć. To był najbardziej traumatyczny dzień mojego życia - wspomina pani Agnieszka.

Lekarka zeznała, że wykonała tylko ucisk dłonią na dno macicy, by wzmocnić siłę skurczu. 

Zeznając w prokuraturze szef ginekologii wrocławskiego szpitala prof. Mariusz Zimmer tłumaczył, że metoda Kristllera w klinice przy Borowskiej jest zakazana, jednak sam ucisk na dno macicy jest dopuszczalny i stosowany.

Po publikacji w gazecie, sprawą postanowił zająć się rzecznik praw pacjenta.