Siostry Bieluń. Ania i Ula z Kamienia Pomorskiego pod Szczecinem. Jedne z najmłodszych bizneswomen w Polsce. Przy minimalnej ilości środków stworzyły markę, która jest obecnie hitem na rynku eko kosmetyków.

Ministerstwo Dobrego Mydła ciągle się rozwija, oferując ręcznie robione mydła, pachnące kulki do kąpieli, peelingi, olejki i musy do ciała. Aktualnie projektują linię do pielęgnacji męskiej brody. Jak osiągnęły taki sukces i dlaczego sama pasja to nie wszystko?

Jesteś starsza od Uli, rządzisz w Ministerstwie?

Ania Bieluń: Chciałabym (śmiech) ale już na początku sprawiedliwie podzieliłyśmy się władzą. Ula ma bardzo ważną rolę - wytwarza i dostarcza. Zarówno produkcja jak i transport to przede wszystkim dyscyplina i taka właśnie zdyscyplinowana jest moja siostra. Ja zajmuję się wprowadzaniem nowych produktów, całym marketingiem, rzeczami, które wymagają masy spotkań i relacji. To jest podział dopasowany do tego, czego każda z nas potrzebuje. Nie wyobrażam sobie, żebyśmy miały się zamienić. 

W jaki sposób trafiłyście na kosmetyczną eko niszę?

Kiedy poszłam do liceum do Szczecina, zaczęłam się interesować naturalnymi kosmetykami. Miałam wtedy jakieś 15 lat, Ula pewnie osiem. Ja wsiąknęłam w ekoświat natychmiast i powoli zarażałam nim siostrę.

Kiedy w czasie studiów podjęłam pracę za pierwsze zarobione pieniądze kupowałam mydełka krojone z bloku. Wydawało mi się, że porządne, ekologiczne produkty. W międzyczasie zaczęłam czytać o tajnikach produkcji mydła, wertowałam książki i śledziłam strony internetowe, a najważniejsze – przyglądałam się składom na etykietach. Nagle się okazało, że mydło, które kupowałam z uporem maniaka jest zwyczajną kostką myjącą wytworzoną z taniego prefabrykatu. Wtedy pomyślałam: skoro trudno kupić uczciwie przygotowany produkt może zrobię takie kosmetyki sama? Wyszukałam zagraniczne tutoriale i wsiąkłam.

Otworzył mi się całkiem nowy świat, który bardzo polubiłam. Zapach, kolor, forma każde z nich to osobna historia, którą chłonęłam z wypiekami na twarzy. Moja siostra wkręciła się w temat, kiedy zaczęłam moje „dzieła” przywozić do domu. 

 

Zaczęła je testować?

Tak, dokładnie. Sięgnęła po nie, zwłaszcza, że jest atopikiem ze zdiagnozowanym atopowym zapaleniem skóry. Od długiego czasu cała moja rodzina była zaangażowana w poszukiwania kosmetyków, które by Uli nie szkodziły. Te zaczęły jej służyć. 

 

Ta praca wymaga podstaw chemii czy wyobraźni?

W zasadzie trzeba trochę policzyć. Istnieje kanwa naukowa – każdy olej inaczej się zmydla, czyli wymaga innej ilości wodorotlenku sodu. Do ułożenia dobrej receptury potrzebna jest nie tylko szeroka wiedza o składnikach, trzeba też bardzo dokładnie policzyć proporcje. Nie byłyśmy prymuskami z chemii ale ratują nas profesjonalne kalkulatory mydlarskie. 

Oczywiście na zaawansowanym poziomie pojawia się więcej nauki, ale naprawdę dużo się uczę z podręczników, po które kiedyś bym nie sięgnęła, a teraz „połykam” pozycję po pozycji.


Rozmawiamy  o wielkiej zajawce na eko, poszukiwaniach w sieci tutoriali, wertowaniu podręczników od chemii, ale na każdy biznes potrzebny jest kapitał. Przynajmniej na start. Skąd, mając 19 i 27 lat, go wzięłyście?

W zasadzie nie wiem jak nam się to udało, bo w ogóle nie miałyśmy pieniędzy. Sięgnęłyśmy po dotację na młody start up, wzięłyśmy udział w konkursie Urzędu Marszałkowskiego. Wydawało mi się, że 40 tysięcy, które zgarnęłyśmy to naprawdę mnóstwo pieniędzy. Lokal użyczyli nam rodzice, za co czynimy im wielkie chapeau bas, bo odjęło nam to gigantyczny koszt najmu. Czułyśmy, że zaczyna się nasza wielka przygoda. Zrobiłyśmy podstawowy remont, przyszła pani z Sanepidu z miarką i osądziła, że sufit umiejscowiony jest za nisko by w naszej pracowni odbywała się produkcja. Na szczęście nasz nowy lokal zwieńczony był podwieszanym sufitem ale zdjęcie go kosztowało kilkanaście tysięcy złotych.

Podliczając, po akcji remontowej, zostałyśmy z 200 złotymi na koncie, jednym garnkiem i blenderem, w białej pracowni. Pierwsze opaski na produkty wydrukowałyśmy w śmiesznej dziś mikroilości: 10 sztuk opasek na każde z mydeł, które Ula natychmiast ubrała i sprzedała.  Początkowo więc kasa ze sprzedaży szła na kupno składników. Teraz sprowadzamy shea z Ghany, certyfikowany olej palmowy z Indonezji i, hydrolaty z malutkich francuskich destylarni. 

Ile osób z Wami pracuje i jaką ilość produktów jesteście w stanie wytworzyć jednego dnia?

Hm, nie jestem w stanie powiedzieć, ile produktów dziennie wytwarzamy, ale z pewnością same byśmy nie dały rady. Wszystkie rzeczy mają krótki termin ważności, więc pracujemy trochę jak w piekarni, patrząc, czego akurat brakuje na półkach. W Kamieniu Pomorskim, w którym mieści się pracownia, działa moja siostra, Gosia i Paula na produkcji (kleją kule, konfekcjonują oleje), w Krakowie działa z kolei Asia z Iossi, która wytwarza dla nas masełka do ciała, przesyłki dla klientów szykuje z nami Andżela. Przy komputerze działam zaś ja w asyście Sylwii i Patrycji które pomagają również podczas targów na które regularnie jeździmy.

Pakowalnia to chyba ważne miejsce w Ministerstwie, ponieważ Waszych produktów nie kupimy stacjonarnie?

Można je dostać w jednym miejscu, na dole naszej pracowni w Kamieniu, ale faktycznie, głównie działamy przez sprzedaż internetową. Nie podajemy naszego towaru do nie naszych sklepów, same planujemy otworzyć mini sklepiki, może na początku przyszłego roku. Zależy nam na modelu producent-klient, na bliskiej relacji, możliwości rozmowy, akcji-reakcji. Tu znów muszę przytoczyć wizję piekarni – ciepły jeszcze wyrób trafia prosto do zainteresowanego. Tak pracujemy, rzeczy są dokładnie takie, jakie chcemy, bez kompromisów. Testujemy, dopóki nie osiągniemy odpowiedniego efektu. 

 

Można Was spotkać nie tylko w Kamieniu Pomorskim?

Tak, co tydzień na Targu Śniadaniowym na Żoliborzu w Warszawie. Patrycja, warszawianka z pochodzenia, sprzedaje tam nasze produkty. Zanim jednak zaczęła dla nas pracować, zdobywała wiedzę na temat produkcji i wartości marki w Kamieniu. Wie skąd pochodzą olejki, peelingi, mydła – to kluczowe, żeby sprzedawca wiedział co sprzedaje i potrafił o tym opowiedzieć. Nasz pierwszy mikro punkt stacjonarny też chciałybyśmy otworzyć w stolicy. 

Macie dobrze opracowaną strategię PR i biznesową. Od tego zaczęłyście projekt? Czy „wyszło w praniu”?

Bardzo szybko połapałyśmy się, że mamy niską tolerancję na chałę i niedoróbki. To było clue. Miałyśmy wiedzę produktową i wizję identyfikacji. Na początku zebrałyśmy pinboard o wszystkim, z opakowaniami, grafikami i rysunkami. Chciałyśmy trochę apteczną, dość prostą identyfikację, nie przysłaniającą produktów. Długo szukałyśmy, ale z pomocą Paris+Hendzel studio w końcu udało się stworzyć perełkę. 

Obecnie, w zasadzie możemy robić co chcemy, oczywiście w granicach biznesu. Musimy liczyć i przeliczać ryzyko błędu. Staramy się rozważnie go prowadzić i brać odpowiedzialność za drugiego człowieka,  za ludzi których zatrudniamy. Każdy z nich ma rodzinę, swoje zobowiązania. Nie mogę im powiedzieć pewnego dnia” drogie Panie: zamykam budkę”. Ta świadomość uczy pokory, ale też napędza do działania i przede wszystkim zmusza do tworzenia trzymającej się kupy strategii. 

Jak zaczęłyście sprzedawać?

Pierwsze mydło sprzedałyśmy dokładnie i oficjalnie 17. listopada dwa lata temu. Wypisałyśmy ręcznie kwitek i od tamtej pory Ministerstwo zrealizowało prawie 12 tysięcy zamówień klientów. Promujemy się głównie na Facebooku i Instagramie, na naszą korzyść działa też marketing szeptany. Nie kupujemy fanów i lajków, staramy się działać organicznie. Tata często przy kolacji pyta „to ile paczek dziś zapakowałyście dziewczyny?”. On nam bardzo kibicuje. 

 

Co tak naprawdę oferujecie klientom?

Produkty przygotowywane z sercem. Z dobrych surowców, bez ściemy i oszczędzania. Możliwość rozmowy i kontaktu, bo za Ministerstwem stoją ludzie z krwi i kości. Bezpieczeństwo. Pewnie,  że zdarzają nam się czasem wpadki ale staramy się szybko je naprawiać i potrafimy przepraszać. Wolimy wydać dodatkowy budżet na szybsze wysyłki niż reklamę w Google. 

Milo słyszeć, że ktoś ma takie biznesowe priorytety. Dziewczyny, trzymam za Was kciuki, powodzenia! 

Rozmawiała: Weronika Płocha