Twoje dzieciństwo to we wspomnieniach raczej sielska arkadia czy tzw. „wieś zabita dechami”?

Pochodzę z małej miejscowości Karnice, w pięknym parku krajobrazowym w Dolinie Baryczy. Trudno ją nawet znaleźć na mapie. W moich czasach nie było tam nawet asfaltu, żadnego sklepu, tylko 20 domów, małe środowisko, do szkoły chodziłam na piechotę do wioski obok. Urodziłam się tam i wychowałam jako córka rolników – najstarsza z czwórki rodzeństwa. Trzy siostry i młodszy brat. Całe moje dzieciństwo jak dziecko na wsi pracowałam z rodzicami w gospodarstwie.

Lubiłaś to czy marzyłaś, że jak tylko dorośniesz, to szybko stąd uciekniesz?

Zależy. Praca w polu jest fajna, pod warunkiem, że nie musisz tego robić 30 dni z rzędu łącznie z weekendami, od rana do wieczora. Tak naprawdę nie miałam wakacji. To były lata 80., od 6 rano zbieraliśmy ogórki, potem je kisiliśmy – do wieczora było co robić. Nie miałam wyjścia. Zimą było trochę lepiej – mniej pracy w gospodarstwie, więc dni spędzaliśmy na sankach, łyżwach. Każdy moment, który mogłam spędzić z książką, to był dla mnie odpoczynek. W gospodarstwie nie ma miejsca na nudę i to od rodziców zależy, czy zostawią dziecku miejsce na naukę. Ja miałam to szczęście, że moja edukacja była dla rodziców priorytetem.

Widziałaś różnicę w traktowaniu ciebie, sióstr, a brata?

Ja się urodziłam jako jedna z trzech córek. Mój tata ma brata, któremu urodziło się 4 synów – 4 młodych mężczyzn na gospodarstwie to skarb dla gospodarza. Trzy kobiety trzeba wykarmić, wydać za mąż i to sam problem. Jedna przecież wystarczy, żeby coś ugotować, uprać (śmiech). Jak wspominam, ile pracy wykonywałyśmy z siostrami na równi z dorosłymi, w czasie, gdy mój brat z wielkimi honorami… jechał traktorem. On tam po prostu tylko siedział w traktorze! 

Zobacz także:

Rozmawiamy w kontekście wsi, ale to nie tylko problem prowincji. 

Zdecydowanie! My i nasza praca jest w ogóle niewidzialna, bo same nawet jej nie doceniamy. Dziś np. przyszła do mnie sąsiadka i pyta: „Ty dzisiaj siedzisz w domu?”. No tak, ale nikt nie widzi, że umyłam okna, wstawiłam pranie, a to wszystko pomiędzy kolejnymi mailami i telefonami. „A twój mąż tyra?”, dołożyła w tym samym zdaniu.

To my kobiety tyle od siebie wymagamy i od innych kobiet.

My to sobie przekazujemy w genach – dziewczyny dostają lalki, chłopaki auta. Autem się bawisz, a lalką opiekujesz – my jesteśmy tresowane od najmłodszych lat do tego, by spełniać swoje społeczne role, by dbać o kogoś, nie o siebie.

Skąd w tobie taki duch buntowniczki?

Nasza mama miała w sobie dużą siłę, którą nam przekazywała i taką niezgodę na to, by umniejszać pracę kobiet. Miała twardy orzech do zgryzienia, bo tata pewnie skrycie marzył o synach. Naszemu bratu było więc trochę łatwiej, ale mamy to szczęście, że nie wyrósł na egocentryka, a miał do tego pełne możliwości. Zapędy do rządzenia mam raczej ja (śmiech).

Jak udało ci się spełnić marzenia? 

Uczyłam się bardzo dobrze, bo lekcje zwalniały mnie z dodatkowych obowiązków. Nauka była dla mnie oknem na świat. Byłam perfekcjonistką – dziś z perspektywy 42-latki uważam, że za bardzo, za dużo, bez sensu. Pamiętam, że mój tata wziął mnie kiedyś na pole i chcąc dodać mi otuchy, powiedział: „Emilka, nie musisz się martwić maturą. Ty w ogóle nie musisz jej zdać. Patrz, ile mamy ziemi, ile zasiałem ogórków!”. On to robił w dobrej wierze, ale mi to dało takiego kopa. Zdałam maturę celująco. Dostałam się na oblegane uczelnie. Wybrałam Akademię Ekonomiczną we Wrocławiu, byłam tam jedną z najlepszych studentek, wygrywałam wiele konkursów. Nagle znalazłam się w mieście.

I jak się tam czułaś?

Świetnie – tyle ludzi, wystawy imprezy, czysto, ładnie, nie trzeba grabić samemu liści (śmiech). W mojej wsi jedynym powiewem wielkiego świata był listonosz, który przynosił i odbierał listy, a ja pisałam gdzie się dało. To były jeszcze czasy bez internetu, a w naszej wiosce nie było za wiele dzieci. Po studiach dostałam się do super hiper korporacji audytowej. Wyprowadziłam się do Warszawy, gdzie mieszkałam przez 8 lat. Moja kariera rozwijała się błyskawicznie. 

To co było nie tak?

Zdałam sobie sprawę, mieszkając na tej al. Jana Pawła II w Warszawie, z widokiem na kolejny blok, że oglądam zachody słońca przesmykiem między blokami, że szukam wszędzie wolnego horyzontu. Gdy wyjeżdżałam poza miasto, nie mogłam się nacieszyć drzewami, nieruchomymi punktami. Czułam się jak zamknięty wróbel w klatce. „Kto wymyślił bloki?”, pytałam męża. Zaczęłam tęsknić za tym uczuciem, gdy otwierasz drzwi i dotykasz gołą stopą trawy. Zrozumiałam wtedy, czego potrzebuję, żeby odpoczywać – niebieskiego nieba, zieleni trawy i ptaków, słońca. Na Dolnym Śląsku prawie zawsze świeci słońce.

Jak poznaliście się z mężem?

Poznałam się z mężem w 2003 r., na etapie kwalifikacyjnym do pracy marzeń. 2 tys. kandydatów – 8 miejsc. W tej 8 znalazłam się ja i Jarek – tak się poznaliśmy. Okazało się, że Jarek pochodzi ze wsi pod Lublinem. Wyrósł w sadach jabłkowych. Całe dzieciństwo biegali po drzewach z braćmi. Dla mnie to było coś niesamowitego! Ja jestem przedumna z tego skąd pochodzę. To ważne, by łamać stereotypy, które pokutują „ty wieśniaku”, „ale wiocha”. To jest coś, co opowiadam młodzieży na warsztatach, które prowadzę – zobaczcie, możecie wszystko, skoro ja z Karnic, gdzie nie dojeżdżał autobus, nie było asfaltu, dostałam się do jednej z najlepszych firm na świecie. To praca fizyczna w polu nauczyła nas wytrwałości – tego, że trzeba ciężko pracować, by zyskać efekty. Kontakt z naturą daje też taką przestrzeń w głowie. Oto byłam w dużej firmie – marzeniu młodych finansistów, miałam propozycje pracy w Kopenhadze. Mogłam wszystko. Z tych Karnic wbiegłam na wysoką górę, rozejrzałam się i stwierdziłam…, że wolę wrócić do mojej Doliny Baryczy. 

I nadal tej decyzji nie żałujesz?

Nie, ja czuję się spełniona. Jak mieszkaliśmy jeszcze w Warszawie, moja 2-letnia córeczka zapytała mnie, kiedy pójdziemy do zoo, bo ona chce zobaczyć krowę i jak to możliwe, że truskawki wyrastają na półce w markecie? Pomyślałam: „co my robimy, jakie oni mają dzieciństwo?”. I pierwsze, co zrobiłam, to rozwiesiłam wszędzie ogłoszenia, że szukamy ogródka działkowego. Dalej po tylu latach przyjeżdżamy do stolicy, odwiedzić 92-letniego pana Jeremiasza na jego działce. Nasze dzieci znają Warszawę z takiej strony. Nasza działka to było Eldorado – wszystko rosło nam jak szalone. Cały wszechświat dawał nam znaki – my się urządzaliśmy rolniczo w centrum stolicy! 

OK, ty byłaś wniebowzięta – a twój mąż?

Ja bym sama nie dała rady przekonać go do zmiany trybu życia, bo rzeczywiście miał głęboko wszczepioną wizję życia i sukcesu w stolicy. Pierwszy raz pomyślałam o zmianie stylu życia, gdy w ramach audytu jeździłam po różnych firmach i w raportach trafialiśmy na 1-osobowe firmy, które zarabiały miliony, np. na przepakowywaniu kaszy czy ryżu. Powiedziałam wtedy do męża: „my się czujemy jak wilki z Wall street, a tak naprawdę jesteśmy trybikami”. To mnie męczyło. Mój mąż został kierownikiem – w ogóle go nie było w domu, na nic nie miał czasu, był cały czas skupiony na pracy. Robiliśmy dalej kursy, szkolenia, certyfikaty – ja z dzieckiem na rękach. Kiedy moja teściowa zapytała mnie po latach, co tak naprawdę robiłam w tej firmie, żartuję, że podlewałam kwiatki i pan manager Jarek tak mnie poznał. Do głowy im nie przychodzi, że ja z głębokiej wsi dostałam się takim sposobem do pracy jak ich syn i mamy identyczne kwalifikacje. Gdyby nie fakt, że mam macicę i to ja rodzę dzieci, to ja mogłabym być tam panią dyrektor. Jarek oczywiście dostał awans, który wiązał się z większą liczbą obowiązków i niczym więcej, poza aneksem: „przecież jest kryzys, więc musisz zrozumieć. Poza tym rodzi ci się trzecie dziecko, więc musisz być odpowiedzialny”. To był super prezent!

Słucham?

Inaczej nigdy nie zdecydowalibyśmy się wziąć sprawy w swoje ręce. Zbuntowaliśmy się. Wywalczyliśmy też roczną odprawę, bo każda nadgodzina mojego męża w pracy, to była moja nadgodzina z dziećmi w domu. W tamtym czasie do sukcesów mogłam zaliczyć tylko rozpakowanie na raz pralki i zmywarki. Nazwę „urlop macierzyński” wymyślił chyba jakiś facet, bo kobieta, która wie, jak wygląda opieka nad dzieckiem, w życiu nie użyłaby w tym kontekście słowa „urlop”. Już samo nazewnictwo powoduje, że deprecjonuje się pracę kobiet w domu. 

Jesteś feministką z krwi i kości!

Dla wielu jestem skandalistką, która burzy ich standardy. I uwaga, urodziłam 3 córki – wszystkie silne, waleczne, mądre – wojowniczki. Moja mała Maja, gdy słyszy: „jaka ty jesteś śliczna”, odpowiada od razu: „przede wszystkim jestem bardzo mądra”. Ja opowiadam o swojej historii, po to, żeby kobiety znalazły w sobie moc. Bo my robimy mnóstwo pracy takiej, w której jesteśmy niewidzialne. Druga sprawa to nastrój młodzieży ze wsi, która jest przepełniona lękiem, stresem -oni czują się gorsi, pretendują do tego miasta, a czują się tam obco.

Jak wpadliście na pomysł waszego biznesu, Kiszonek Sznajderów?

W którymś momencie przeprowadziliśmy się na Dolny Śląsk do Wrocławia. Poszłam do pierwszego warzywniaka, jaki miałam pod nosem jak typowa „matka świadoma”, „matka-wariatka”. Idę i pytam o niesiarkowaną żurawinę, soczewicę na wagę - panie szeroko otwierały oczy, a mi zależało na lokalnych produktach. Ja nie patrzę na metki – jeśli dla mnie ma coś metkę eko, a jechało przez pół świata, to nie jest eko. Wtedy spotkałam wspaniałego właściciela, który poczęstował mnie kiszoną kapustą, po którą podobno ustawiały się tam kolejki. Spróbowałam i wiedziałam w sekundę, że to kapusta… z gospodarstwa moich rodziców, tylko niestety z inną metką. Wtedy we mnie obudziła się ta Sznajderka, która całe dzieciństwo spędziła w polu. Postanowiłam zawalczyć o dziedzictwo naszych trzech pokoleń. Zerwaliśmy umowę z nieuczciwym dystrybutorem. Ku mojej uciesze Jarek rzucił pracę w korporacji, a na pożegnanie rzucił: „będę teraz wozić kapustę kiszoną”. Wyobrażasz sobie ich miny?

W ogóle dziś rolnicy muszą dostosować się do nowych warunków – nie dość, że sami wymyślają strategię marketingową swoich produktów, opakowania, to jeszcze pojawiają się takie wirtualne targowiska jak np. lokalnyrolnik.pl, który dostarcza świeże lokalne dobra od rolników pod same drzwi klienta, w każdym miejscu w Polsce. 

Bardzo mi się te zmiany podobają. Przede wszystkim ta zmiana świadomości, że to, co jemy ma wpływ na nasze zdrowie, że częściej powinniśmy odwiedzać warzywniaki, niż apteki. Że takim sposobem jak dostawy pod same drzwi jak np. dzięki Lokalnemu Rolnikowi, jesteśmy w stanie mieć zdrowe, lokalne produkty na wyciągnięcie ręki. Otwieramy nasze gospodarstwo, pokazujemy jak wygląda. Wrzucamy relacje na social media, bo ludzie nie chcą ściemy – chcą dziś prawdy i szczerości. A tak samo jak nie zawsze jest u mnie porządek w domu, tak samo nie jest na polu. Są chwasty, ale to tylko dowód, że nie używamy glifosatu. Mamy wpływ na całą produkcję od ziarenka, po słoik. Na etykiecie jest mój numer telefonu – każda informacja jest dla mnie cenna.

Poza tym idziecie za trendami żywieniowymi: nie zatrzymałaś się tylko na kiszonej kapuście. To twoje pomysły? 

Trochę moje, a trochę męża – okazało się, że on po tym świecie finansów, Excela, świetnie odnajduje się w temacie łączenia składników, smaków. To on wymyślił nasze autorskie kimchi z polskiej kapusty czy carpaccio z buraka. Kisimy tylko to, co przyniesiemy z własnego pola. Współpracujemy też z lokalnymi gospodarstwami. Po życiu w Warszawie doświadczanie wiejskiego barteru i życia w małej społeczności jest dla mnie czymś tak cudownym. Mamy też festiwal ogórkorwania (następna data to 20 sierpnia 2022) – szczere pole, koncerty, zabawa, namioty z lokalnym jedzeniem, ogórkowy samolot ze stewardami, ogórkowe spa. Za pierwszym razem przyjechało 100 osób, na ostatnim było już …2 tysiące! 

Czy na polskiej wsi jest miejsce na feminizm?

Od dzieciństwa wołano na mnie czarownica – i wiesz co, jak ktoś nazywa mnie tupeciarą, wiedźmą, to biorę to za komplement. Na pewno kiedyś płonęłam na stosie! A ja widzę tę energię pań z kół gospodyń i to, jaką mają wiedzę, jak chętnie chcą się nią dzielić. One chcą wyjść do ludzi. Co więcej akurat w naszych Karnicach i kilku okolicznych wioskach od lat sołtyskami są kobiety, a ich córki, kolejne pokolenia - są w radzie gminy, czy starostwie. Kobiety zaczęły brać sprawy w swoje ręce. Jak prowadzę szkolenia dla młodzieży często tłumaczę dziewczynom: „Popatrzcie na chłopców – oni się rodzą i są już od urodzenia idealni. A wy patrzycie na siebie i ciągle macie o coś do siebie pretensje – nie takie oczy, nos, biodra. A wy jesteście doskonałe, idealne! Nie dajcie się zwieść Instagramowi, okładkom. Wszędzie brakuje kobiet na decydujących stanowiskach – w rządzie, w firmach. Za mało jest prezesek – mam nadzieję, że kiedyś któraś z was nią będzie”. Mam wrażenie, ze jestem pierwsza osobą, która im to mówi. I tak sobie kisimy kapustę, kroimy jabłka i rozmawiamy o poważnych rzeczach.