To Ania zainspirowała nazwę naszego nowego cyklu przybliżającego sylwetki osób LGBT. Zapytana, kiedy zdała sobie sprawę z odmiennej orientacji, odpowiedziała, że nie potrafi powiedzieć, że jest „innej” orientacji, bo bycie lesbijką jest integralną częścią jej osobowości. Potwierdziła nam też wagę tego, dlaczego ten cykl jest tak ważny. "Bo każdy coming out ma sens, pokazuje, że my też istniejemy", mówi Ania, która opowiada nam o wychowaniu w katolickiej rodzinie, o zaletach życia w wielkim mieście, obawach o przyszłość osób LGBT w Polsce i o wolności, jaką daję życie w zgodzie ze sobą.

Kiedy po raz pierwszy poczułaś, że jesteś odmiennej orientacji? Czy ta świadomość była dla Ciebie trudna?

ANIA: Pytanie o „odmienną” orientację narzuca pewną perspektywę. Sama nie mogę powiedzieć, że jestem „odmiennej” czy „innej” orientacji, bo bycie lesbijką to integralna część mojej osobowości już od wczesnej młodości, czyli od tego czasu, kiedy zadajemy sobie pierwsze pytania o tożsamość. Miałam jakieś 11 lat, kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że największą fascynację wzbudzają we mnie historie miłosne między dwiema kobietami – czy to w literaturze, czy to w filmie, czy nawet w muzyce. Tych wątków w kulturze poszukiwałam jako dziewczynka, a na pierwsze zakochanie przyszedł czas w 6 klasie podstawówki. Było to, oczywiście, platoniczne uczucie, a obiekt moich młodocianych westchnień nie miał o tym pojęcia, bo choć swoją „wielką miłość” uważałam za coś uskrzydlającego i bardzo poważnego, to miałam świadomość tego, jaki jest odbiór osób LGBT w społeczeństwie.

Komu po raz pierwszy się zwierzyłaś?

ANIA: Ponieważ jako dziecko zadawałam się raczej z chłopcami, pierwszą osobą, która dowiedziała się o mojej orientacji był mój kuzyn, któremu bardzo chciałam się zwierzyć ze swojego zakochania. Mieliśmy wtedy pewnie ze 13 lat. Przyjął to dobrze, naturalnie, jak to dzieci. Nie od razu wdrukowuje nam się homofobię.

Czyjej opinii bałaś się najbardziej?

ANIA: Najbardziej obawiałam się opinii najbliższej rodziny – rodziców, dziadków. Pochodzę z bardzo katolickiej rodziny.

Jak informację o Twojej orientacji przyjęli rodzina, znajomi?

ANIA: Ze znajomymi nie było problemu, bo outowałam się w bardzo młodym wieku. Koleżanki i koledzy nie zdążyli sobie jeszcze wyrobić zdania na temat osób, których nie znali. Z ich strony spotkałam się raczej z ciekawością i życzliwością, a potem z pomocą w kolejnych coming outach. Z rodziną nie było tak łatwo, bo to byli dorośli ludzie wychowani w katolickiej społeczności, gdzie dominuje pewien wyraźny schemat – najpierw małżeństwo, potem dzieci. Akceptacja homoseksualności wymaga wyjścia poza ten schemat, zdobycia się na przemodelowanie wyobrażenia o przyszłości swoich dzieci, wnuków. Zaakceptowania rzeczy nieakceptowalnych przez społeczność religijną. To był złożony proces, ale było warto. Dziś żyję swobodnie, bez obaw, że „coś” się wyda.

Czy zdarzyły ci się jakieś nieprzyjemne sytuacje - akty dyskryminacji, nietolerancji?

ANIA: Oczywiście, że tak, ale staram się sobie tego nie przypominać. Myślę, że większość, jeśli nie wszystkie osoby niehetreoseksualne spotkały się z dyskryminacją czy agresją. Wolę wracać do tych miłych wspomnień. Miałam to szczęście, którego niestety może nie mieć młodzież dorastająca w dzisiejszych czasach, że mój okres nastoletni przypadał na czas, kiedy nie mówiono o „ideologii LGBT” czy o „tęczowej zarazie”. Z ust nauczycieli o homoseksualności nie usłyszałam nigdy niczego niezgodnego z wiedzą naukową, nie usłyszałam też żadnego negatywnego komentarza. Na balu gimnazjalnym zatańczyłam ze swoją ówczesną dziewczyną, która chodziła do innej szkoły, a działo się to na, co prawda, podwarszawskiej, ale jednak wsi. W liceum zgłosiłam paniom od WF-u, które przygotowywały nas do poloneza, że będę tańczyć z dziewczyną i zostało to potraktowane tak, jakbym podała imię i nazwisko chłopaka. Żadnego komentarza, po prostu normalność. Koniec końców tańczyłam z moim przyjacielem, bo dziewczyna rzuciła mnie przed samą studniówką.

Czy są jakieś określenia używane wobec osób LGBT, które bolą cię najbardziej?

ANIA: Kiedy byłam mała i zaczynałam zdawać sobie sprawę z tego, że jestem lesbijką, pojawiały się już głosy o prawnym usankcjonowaniu związków jednopłciowych, a w Sejmie została przedstawiona pierwsza ustawa o rejestrowanych związkach partnerskich autorstwa prof. Marii Szyszkowskiej. Nawet gdy została wrzucona do sejmowej „zamrażarki”, byłam pewna, że kiedy będę już pełnoletnia, czasy się zmienią – związki partnerskie staną się normą, a może wprowadzona zostanie też i równość małżeńska. Bardzo się myliłam. Dziś mam 29 lat, a klimat wokół praw osób LGBT zaczyna przypominać rosyjski, gdzie nie tylko pogłębia się dyskryminacja, ale też kneblowani są aktywiści chcący się temu przeciwstawiać. Dlatego najbardziej bolą mnie słowa i deklaracje polityków. To Państwo powinno zapewnić mniejszościom spokój i zabezpieczenie, bo jeśli istniałoby prawo chroniące osoby LGBT i zabezpieczające nasze interesy, to obelgi zwykłych Kowalskich mogłyby po nas, co najwyżej spływać.

ZOBACZ TEŻ: Policja użyła siły wobec protestujących aktywistów LGBT: "W cywilizowanym kraju nie groziłyby takie represje. W Rosji owszem"

Skoro rozmawiamy o negatywnych rzeczach, to dla równowagi porozmawiajmy też o pozytywnych – przytrafiła ci się też jakaś miła, zaskakująca reakcja?

ANIA: Na warszawskim Grochowie, w budynku, w którym kiedyś wynajmowałyśmy mieszkanie, sprzątaniem zajmowali się starsi Państwo mieszkający w pobliskiej kamienicy. Była to bardzo specyficzna para, ponieważ pani małżonka była osobą bardzo zazdrosną, a pan małżonek bardzo lubił rozmawiać z młodymi kobietami. Często zagadywał nas, pytając o „zdrówko”, czy o inne sprawy, byleby zamienić parę słów. Któregoś dnia pożyczył mojej dziewczynie „dobrego męża”, na co ona zdziwiona odpowiedziała, że ma już przecież dziewczynę. Pan sąsiad zamyślił się chwileczkę i po chwili wypalił: „Aaa, to wy razem jesteście! A to i lepiej, z chłopami to tylko problemy”. Od tej pory pan sąsiad zawsze pytał nas, co tam u „drugiej połóweczki”, a jego (już nie) zazdrosna małżonka zaczęła nam odpowiadać na „dzień dobry”.

Czy oficjalnie np. w pracy, wśród nowych znajomych, mówisz o sobie otwarcie? Z jakimi reakcjami się wtedy spotykasz?

ANIA: Mam to szczęście, że mieszkam w największym mieście Polski i prawie zawsze pracowałam w miejscach, gdzie nie tylko nie wypada obnosić się z homofobią, ale były też wprowadzone procedury antydyskryminacyjne. Sama też nie robię specjalnych coming outów, po prostu jestem sobą i kiedy rozmawiamy w pracy o życiu prywatnym, to nie udaję, że mam chłopaka, tylko mówię o swojej partnerce.

Czy uważasz, że osobom LGBT żyje się łatwiej w miastach, pracując w dużych korporacjach niż tym, żyjącym na prowincjach?

ANIA: Oczywiście, że tak. W większym mieście czy w korporacji raczej są już przetarte szlaki. Można założyć, że koleżanki i koledzy z pracy spotkali już kiedyś na swojej drodze osobę LGBT: czy to w pracy, czy wśród znajomych. W małych miejscowościach możesz być tą pierwszą lesbijką/pierwszym gejem i nie wiesz, z jaką reakcją mogłabyś się spotkać. Stąd też obawy przed coming outem i co za tym idzie – mniej ujawnionych osób w mniejszych miejscowościach i zakładach pracy.

Od 6 lat jesteś w związku. Czy w miejscach publicznych trzymacie się za ręce, okazujecie sobie czułości bez lęku o zaczepki?

ANIA: Trzymanie się za ręce w miejscach publicznych bez lęku o niefajne komentarze to byłby taki miły benefit, dodatek do znaczenie ważniejszych kwestii. Od 6 lat jestem w szczęśliwym związku, którego nie mogę sformalizować. Wielu moich znajomych w różnopłciowych parach przy takim stażu jest już kilka lat po ślubie. My też chciałybyśmy się pobrać, ale nie możemy. Jesteśmy jedynie po „ślubie hipotecznym” i cały czas zastanawiamy się, czy w razie śmierci jednej z nas tę drugą będzie nas stać na podatek od spadku, który dla III grupy podatkowej wynosi 20%(!). 20% od majątku, którego dorabiałyśmy się wspólnie. Państwo traktuje nas jak osoby zupełnie sobie obce, choć jesteśmy dla siebie najbliższą rodziną – w zdrowiu i w chorobie. Jeśli ktoś mówi, że większość naszych spraw jesteśmy w stanie zabezpieczyć notarialnie, to albo jest ignorantem, albo zwyczajnie kłamie. Nie ma takiego upoważnienia, które pozwoliło mi objąć partnerkę ubezpieczeniem zdrowotnym, tak jak mogą to robić małżonkowie. Żaden akt notarialny nie sprawi, że będę mogła podarować cokolwiek wartościowego mojej partnerce bez opłacenia horrendalnie wysokiego podatku, mimo że prowadzimy wspólne gospodarstwo domowe. Tak samo żaden dokument podpisany u notariusza nie zaliczy nas do I grupy spadkowej i nie zabezpieczy w 100% przed wypłatą zachowku. Dlatego życie par jednopłciowych w Polsce jest trudne, bo naznaczone dyskryminacją, której nie doświadczają osoby mogące zawrzeć związek małżeński.

Co myślisz o coming outach osób publicznych? Czy według Ciebie takie gesty są potrzebne, czy zgadzasz się z zarzutami, że to "niepotrzebna manifestacja"?

ANIA: Każdy coming out ma sens, bo pokazuje, że my też istniejemy, a wiadomo, że głos osób publicznych jest dużo bardziej słyszalny. Kiedy czytam, że „nie trzeba się z tym aż tak obnosić”, to zastanawiam się, co osoba powtarzająca takie zdania powiedziałaby przeciętnemu celebrycie czy politykowi, który mówi o partnerze/partnerce/małżonku płci przeciwnej albo który nosi obrączkę. Że to też obnoszenie się, manifestacja swojej heteroseksualności? Nie, to norma, bo każdy ma jakieś życie prywatne, z którego odsłania tyle, ile chce.

Czego w obecnej sytuacji politycznej i narastającej nagonki w kraju, boisz się najbardziej?

ANIA: Najbardziej boję się, że szczucie na osoby LGBT odsuwa nas o lata od równości małżeńskiej. Boję się, że nie dożyję dnia swojego ślubu.

Co myślisz o strefach wolnych od LGBT, słowach polityków takich jak te:, „że LGBT to nie ludzie, a ideologia” (Andrzej Duda), „cała Polska powinna być wolna od LGBT” (wiceminister Kowalski), „Ideologia LGBT pochodzi z tego samego korzenia, co narodowy socjalizm hitlerowski”(poseł Czarnek)?

ANIA: Samorządy przyjmujące dyskryminacyjne uchwały z jednej strony nie znają swoich kompetencji, z drugiej – nie spodziewały się finansowych konsekwencji ze strony Unii Europejskiej, która przez lata współfinansowała wiele gminnych/miejskich inwestycji. Radni, którzy poparli takie rozwiązania, to po prostu niekompetentni ludzie na niewłaściwych stanowiskach i takich przedstawicieli współczuję mieszkańcom gmin, miast i sejmików. Mam nadzieję, że jeśli nie poczucie przyzwoitości, to, chociaż pieniądze sprawią, że radni wycofają się z podjętych uchwał i zastanowią nad krzywdą, którą wyrządzają swoim sąsiadom.

ZOBACZ TEŻ: Komisarz UE: Polska poniesie konsekwencje finansowe za "strefy wolne od LGBT"

Jeśli chodzi o polityków ogólnokrajowych, którzy głoszą homofobiczne hasła, to jest to upadek polskiego parlamentaryzmu i wysokich urzędów, bo osoby reprezentujące cały naród nie wstydzą się i nie czują zażenowania z powodu szczucia na współobywateli. Najgorsze jest to, że z racji sprawowanych funkcji ogólnokrajowych osoby te mają możliwość częstego wypowiadania się w mediach głównego nurtu, a tych mediów znowuż słuchają ludzie, którzy idąc za przykładem, realizują ich „koncepcje” w praktyce, zaszczuwając młodzież LGBT i popychając dzieciaki do samobójstwa, bijąc osoby nieheteronormatywne na ulicy, czy stosując agresję słowną w Internecie. W Polsce przed zniewagą i przemocą pod względem prawnym są chronione osoby ze względu na wyznanie i bezwyznaniowość, przynależność narodową, etniczną i rasową. Gdyby artykuł 257 kk obejmował także osoby ze względu na orientację seksualną i tożsamość płciową, Czarnek, Kowalski, Duda i Jędraszewski mogliby stanąć przed sądem za swoje antyspołeczne wypowiedzi.

ZOBACZ TEŻ: Krajobraz po polsko-polskiej bitwie. Kto weźmie odpowiedzialność za tę machinę nienawiści?

Co dla Ciebie znaczy tęczowa flaga, która obecnie stała się przedmiotem sporu?

ANIA: Dla mnie tęczowa flaga to symbol równości, ale też walki o nią. Emancypacja nigdy nie przebiegała komfortowo i miło, bo ludzie rękami i nogami bronią się przed zmianami, nawet słusznymi. Kto dziś pamięta o tym, że czarnoskórzy amerykanie musieli sobie wywalczyć prawo do tego, by być traktowani jak ludzie? Że ginęli za siadanie w autobusie w miejscach dla nich nieprzeznaczonych? Czy mieści nam się w głowie, że mogły istnieć miejsca nieprzeznaczone dla kogoś, kto miał ciemny kolor skóry? Dziś nie, ale kiedyś właśnie to było normą. Za kilkadziesiąt lat młodsze pokolenie nie będzie mogło sobie wyobrazić czasów, w których ich koleżanka czy kolega nie mieliby takich samych praw jak wszyscy, a tęczowa flaga i w Polsce stanie się symbolem wygranej walki o równouprawnienie. Mam nadzieję, że szybciej niż później.