Klara ma szalone przyjaciółki, które uznały, że najwyższa pora, by wzięła sprawy w swoje ręce, i wyciągnęły ją na babski dzień w SPA. Spektakularną metamorfozę wieńczy niespodzianka stulecia. A właściwie nawet kilku, bo po upadku na zajęciach z tańca na rurze, które są urodzinowym prezentem, Klara budzi się w… 1881 roku!

Po pierwszym szoku odkrywa, że ta zmiana ma swoje plusy. Klara jest traktowana jak dama, a niecodzienna sytuacja budzi w niej ukryte dotąd śmiałość i odwagę. Czas zaszaleć! Przystojny i czarujący Konstanty wydaje się idealnym kandydatem na namiętnego kochanka. Ale to, co miało być tylko chwilową przygodą, niespodziewanie przeradza się w prawdziwe uczucie. Droga do szczęścia nie jest jednak usłana różami: desperacko pragnąca wydać córkę za mąż pani matka pcha Klarę w ramiona dużo starszego wdowca, a wszechwładna baronowa niezbyt przychylnie patrzy na fascynację Konstantego, jej jedynego spadkobiercy, uboższą krewną. Zakochani nie zamierzają jednak dbać o konwenanse. Skandal wisi w powietrzu… Czy ich miłość to przetrwa? I czy odnajdą się w innym czasie?

Ciemność powoli ustępowała szarym rozmazanym cieniom, które w miarę upływu czasu zaczęły przybierać kształty stołu, krzeseł i dwóch wielkich, oprawionych w rzeźbione złote ramy portretów jakiejś nobliwej staruszki. Chuda, zasuszona kobieta prężyła się dumnie, groźnie wpatrując się w coś, co najwyraźniej nie znajdowało jej aprobaty. Pomarszczona niczym zwiotczały członek szyja, twarz z wielkim garbatym nosem wystawały z wysokiej, krochmalonej kryzy, która przy najmniejszym ruchu musiała boleśnie ocierać skórę i być piekielnym wyzwaniem dla praczek dbających o jej czystość.

Klara poruszyła się niepewnie, wsłuchując się w organizm, który na szczęście tylko lekkim bólem głowy sygnalizował, że coś jest nie tak. Zamrugała, usiłując przypomnieć sobie, gdzie jest. Żaden ze sprzętów nie pasował do wspomnień i nie sprawiał wrażenia, jakby gdzieś już go widziała. Nie rozpoznawała skrzyniowego łóżka ani wysokiego ciemnobrązowego wezgłowia, ani tym bardziej siwego starszego jegomościa spoglądającego z nadętą miną w stronę babci z kryzą, która niemal wypadała z ciężkiej rzeźbionej złotej ramy.

Poczuła, że jej serce niebezpiecznie przyspiesza i za chwilę zacznie panikować, gdy niespodziewanie w drzwiach stanęła Kaśka. Wyglądała, co prawda, inaczej niż zazwyczaj, ale Klara odetchnęła z ulgą na jej widok. Była zdecydowanie mniej wyjściowa, a jej twarz nie nosiła śladu choćby muśnięcia pudrem. Zamiast modnego jedwabnego ciuszka z najnowszej kolekcji jakiegoś wziętego projektanta miała na sobie brzydką szarą sukienkę z grubego płótna, która wisiała na niej jak znoszony habit.

– Panienka życzy sobie odsłonić okna?

Oszołomiona Klara spoglądała na nią niepewnie. W pierwszej chwili pomyślała, że ta maskarada to dalszy ciąg prezentu urodzinowego i teraz koleżanki zgrywają się jak w jakiejś kiepskiej sztuce teatralnej, żeby znowu nią wstrząsnąć i uświadomić jej, że jeśli się za siebie nie weźmie, ostatnia szansa na poznanie faceta minie bezpowrotnie. Potem jednak nabrała pewnych podejrzeń. Nawet dla wielkiej zgrywy Kacha nie zdecydowałaby się na włożenie okropnego worka pokutnego. Ale jak gdyby nigdy nic spróbowała się odnaleźć w sytuacji.

– Oszalałaś?

Kaśka zamarła w pół kroku i płochliwie spojrzała na leżącą w łóżku Klarę.

– Panienka wczoraj uderzyła się w głowę podczas tańca i to chyba…

– Pogięło cię? To, że nie mam faceta, co tak uwielbiasz mi wypominać, nie oznacza, że masz tytułować mnie panienką.

Kasia stała pośrodku pokoju z otwartą buzią i wytrzeszczonymi oczami krótkowidza łypała na leżącą w puchowej pościeli postać.

– Nie wiem, co panienka ma na myśli – powiedziała z rezerwą i cofnęła się o krok.

– Jeszcze raz nazwiesz mnie panienką, a przysięgam, że cię zdzielę.

– To jak mam się do panienki zwracać?

– Po imieniu, to chyba oczywiste. Co za głupie pytanie! I nie rozumiem, czemu ma służyć ta cała maskarada.

– Ale to się nie godzi. – Kaśka wyglądała na jeszcze bardziej wystraszoną.

– Odwaliło wam? Najwyższy czas zakończyć tę szopkę! Zrozumiałam przekaz i zacznę o siebie dbać, pilnie zabiorę się do poszukiwania życiowego partnera, a wy z łaski swojej dacie mi spokój i zajmiecie się swoimi sprawami.

– Ja mam dbać o panienkę.

Klara gwałtownie usiadła i przez chwilę przeganiała iskierki bólu, które zawirowały w jej potłuczonej głowie. Ze zmarszczonym złością czołem poprawiła stertę poduszek, żeby w końcu się na nich oprzeć i spojrzeć koleżance prosto w oczy. Przy okazji zauważyła wokół siebie mnóstwo babcinych koronek i falbanek, którymi obszyte były wszystkie poszewki.

– Bardzo dobrze. Skoro nie masz zamiaru wycofać się z tej zabawy, to przynieś mi, proszę, kawę. Może być latte macchiato, w ostateczności cappuccino. Pamiętaj tylko, że piję mleko sojowe, żadne inne.

Wyłupiaste oczy Kaśki robiły się coraz większe, osiągając wreszcie rozmiar kaczych jaj, jednak nie można było doszukać się w nich śladu zrozumienia. Najwyraźniej jej pracujący na najwyższych obrotach mózg nie był w stanie przetworzyć danych, połączyć faktów i właściwie zinterpretować tego, co się działo.

– Słucham?

– Nie słyszałaś? Przynieś mi gorącą, mocną kawę! Albo jeszcze lepiej: zbierajmy zabawki i wracajmy do domu. Szczerze mówiąc, jestem już tym wszystkim trochę znużona i zaczynacie mnie irytować.

Kaśka, jakby ją ktoś zaprogramował, powiedziała mechanicznie:

– Zaraz podam śniadanie.

– I kawę!

– Yyy.

Klara założyła ramiona na piersiach i z gradową miną przyglądała się nieszczęśnicy w paskudnej stylizacji, która albo tak dobrze grała idiotkę, albo nie wiedzieć kiedy po prostu się nią stała.

– Jakiś problem?

– W tym domu nie pije się kawy. – Kaśka podeszła do okna, zupełnie jakby liczyła na to, że zwiększając dystans, zrozumie, co Klara mówi i czego od niej oczekuje.

– A niby co?

– Zioła, mleko, kompot czasem pani każe ugotować.

– A kimże jest pani, jeśli łaska? – Klara ze złością postanowiła wejść w rolę.

– Pani matką.

– Moją matką? Moja matka pracuje w sklepie i nie jest żadną łaskawą panią.

– W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, co też panienka opowiada? – Kaśka cofnęła się o kolejny krok, niemal przewracając stojące za nią ciężkie dębowe krzesło.

– No jak to? – Klara zaczęła mieć wątpliwości i czuła, że jeszcze chwila i wpadnie w panikę, bo to wszystko, w czym właśnie uczestniczyła, coraz mniej wydawało się zwyczajnym zgrywem, a niepokojąco zdawało się rzeczywiste. – Powtarzam: moja matka pracuje w sklepie, jeździ do niego codziennie rano samochodem i po ośmiu godzinach harówy wraca do domu – dodała niepewnie.

– Co też panienka! Pani Ludwika nigdy za żadne skarby nie wsiadłaby do tej piekielnej maszyny. Nawet jak hrabia ją prosi, to odmawia.

Klara przymknęła oczy. Kim jest cholerna Ludwika? Jej matka to Janina z domu Kowalczyk, po mężu Skrobańska. Wszystko to coraz bardziej przypominało jej niezrozumiałą dla niej rzeczywistość sprzed jakichś mniej więcej stu pięćdziesięciu lat i niestety coraz mniej sprawiało wrażenie dowcipu i teatralnego przedstawienia. Czuła się oszołomiona i coraz bardziej wytrącona z równowagi.

– Kurde, czy ja jestem w jakiejś cholernej Godzinie pąsowej róży? O co tu chodzi?

– Słucham? – Kaśka najwyraźniej też była w szoku i niezdolna do wykonania choćby kroku, stała znowu pośrodku pokoju, chwytając powietrze otwartymi ze zdziwienia ustami.

– Nic, nic.

– To ja pani ziółek zaparzę.

– Jakie znowu zioła, do cholery?

– Tak się nie godzi mówić. Co by pani Ludwika powiedziała?

– O co ci chodzi?

– To słowo na ch…

– Cholera?

– Co panienka wygaduje… Z takich rzeczy trzeba się spowiadać.

– Nie pouczaj mnie. – Klara miała ochotę wrzeszczeć.

– Jakże bym śmiała. Tylko panienka jakoś tak inaczej dzisiaj gada – broniła się nieszczęsna kobieta, którą życie wcisnęło w rolę służącej.

– Idź już lepiej zaparzyć tę herbatkę owocową albo zioła, o których wspominałaś.

Co zaproponujesz?

– Bo ja wiem… Może coś na uspokojenie nerwów?

– Rób, co chcesz.

Kaśka najpierw podeszła do ciężkich dwudzielnych atłasowych zielonych zasłon i jednym silnym szarpnięciem rozsunęła je na prawą i lewą stronę. Pokój okazał się nadspodziewanie wysoki i tak duży, że bez problemu zmieściłoby się w nim całe mieszkanie Klary odziedziczone po babce wraz z klatką schodową i kawalerką sąsiada. Ogromny biały kaflowy piec zwieńczony spiczastą ażurową ceramiczną ozdobą prężył się w narożniku niczym cierpiący na nadwagę Sarmata. Dwa wysokie, szerokie okna z pozłacanymi drewnianymi ramami i mnóstwem szprosów, sięgające niemal od sufitu do podłogi, wpuszczały pierwsze wiosenne promienie słońca, które radośnie zalały pomieszczenie, zapowiadając przyjemny, ciepły dzień.

– Jaki mamy miesiąc, rok i dzień?

– Co panience… – Kaśka z ręką na klamce drzwi już miała je otworzyć, gdy kolejne pytanie Klary zatrzymało ją w pół kroku.

– Odpowiedz! – domagała się niecierpliwie Klara.

– Jeśli się nie mylę, to dzisiaj mamy dwudziesty trzeci czerwca tysiąc osiemset osiemdziesiątego pierwszego roku.

– A dzień tygodnia?

– Czwartek.

Klarę jakby walnięto obuchem. Tysiąc osiemset osiemdziesiąty pierwszy? Z zakamarków pamięci usiłowała przywołać usłyszane w szkole od nudnego, wyglądającego jak eksponat muzealny nauczyciela wiadomości, które wtedy przemknęły przez jej głowę, nie pozostawiając po sobie śladu. Stary belfer mówił cicho, nieznośnie rozwlekając słowa, i opowiadał stare dzieje tak nudno, że trudno byłoby znaleźć kogoś, kto zechciałby go słuchać. Klara sporo tych lekcji przeplotkowała z Elżbietą, która właśnie przeżywała swoją pierwszą tragiczną miłość. Tragizm polegał na tym, że pokochała jedynym silnym dziewiczym uczuciem, oczywiście z gatunku tych na całe życie, wysokiego i wysportowanego Macieja z równoległej klasy, podczas gdy on nie zwracał na nią uwagi i istniało duże prawdopodobieństwo, że nawet nie dostrzegł jej istnienia, a co dopiero romantycznego afektu.

Klara przymknęła na chwilę oczy i otrząsnęła się z nieprzyjemnych wspomnień, starając się odwrócić sposób rozumowania. Pomyślała o tym, że dziewczyny musiały się solidnie napracować nad scenografią i że musiała ona sporo kosztować. Stwierdziła, że był to jeden z najidiotyczniejszych wydatków, do którego ona sama nie dołożyłaby ani złotówki.

Rozejrzała się ponownie wokół niepewna, czy znajduje się w sypialni, czy w salonie. Sprzęty: łóżko, toaletka, trzy szerokie fotele, mały stolik kawowy i wielkie ciężkie biurko, mogły stanowić wyposażenie niejednego mieszkania, które jednak nie było w jej guście. Wszystko było zbyt ciężkie, zdobne i ciemne i nie sprawiało wrażenia wygodnego.

Usiłowała się dźwignąć z pierdyliona białych poduszek, w które się zapadła jak w miseczkę wypełnioną kisielem. Najwyraźniej powłoczki skrywały duże ilości pierza, bo zakręciło ją w nosie i po chwili zaczęła głośno psikać. Po serii kichnięć i smarknięć doszła do wniosku, że nie ma siły, która by ją skłoniła do ponownego położenia się w tym łóżku i przykrycia wielką, zbyt grubą i zbyt ciepłą pierzyną, w której zapewne w miarę upływu nocy i wiercenia się łóżkowego lokatora pierze przesuwało się w kierunku stóp, a sflaczała poszewka nie dawała ciepła. Klara

doskonale pamiętała, jak w dzieciństwie toczyła nieustanną walkę z pierzyną, gdy przyszło jej spać w domu babci.

Wreszcie usiadła przy wtórze nieprzyjemnego skrzypienia desek na skraju łóżka i oparła bose stopy na zimnym dębowym parkiecie. Jednocześnie zaplątała się w zwój białego sztywnego materiału, który po krótkiej analizie okazał się długą batystową koszulą nocną, obszytą koronką tak delikatną, że nie ulegało wątpliwości, iż musiała być misterną ręczną robotą.

Paznokcie jej stóp, podobnie jak dłoni, były nadal krwistoczerwone, a końcówki sięgających ramion włosów jaśniejsze, niż zapamiętała. Przypomniała sobie o koloryzacji i wizycie w salonie i z roztargnieniem przesunęła dłonią po gładkiej wydepilowanej łydce. Uśmiechnęła się do siebie i odetchnęła z ulgą – nie zwariowała. Ma namacalny dowód tego, co się działo wcześniej, i wystarczy tylko wydostać się ze scenografii pokoju, żeby wrócić do rzeczywistości.

Ale zaczęła panikować, że jeśli rzeczywiście jest czwartek, to powinna od kilku godzin być w pracy. Bilans sam się nie zrobi i szefowa jak zwykle będzie gderać i narzekać, że wszystkiego musi sama dopilnowywać.

Uszczypnęła się w prawe udo i po raz pierwszy w życiu ucieszyła się, że poczuła ból. Potrząsnęła głową i stado igiełek ponownie wbiło się w jej mózg, co już nie było przyjemne, ale w przewrotny sposób niejako przywracało ją do normalności i teraźniejszości.

Kaśka nadal nie wyszła i ciągle krzątała się przy oknach, poprawiając fałdy zasłon i zerkając spod oka na Klarę. Właśnie wkładała ciężki materiał w metalowe ślimaki przymocowanych do ściany uchwytów. Zasłony były zakurzone i szorstkie, a przede wszystkim tak grube, że gdyby nie dziura po cygarze, wypalona przypadkiem w

ubiegłym roku przez samego hrabiego Skrobańskiego, po zaciągnięciu całkiem zasłaniałyby pomieszczenie.

Klara z zaciekawieniem przyglądała się rozgrywającej się przed nią scenie, zastanawiając się, kiedy ta farsa wreszcie

się skończy, choć uczciwie musiała przyznać, że Kaśka w swojej nowej roli była całkiem przekonująca. Świat zmienił się w jednej chwili jak za dotknięciem różdżki złej matki chrzestnej, która w pojawieniu się małej chrześnicy widziała zagrożenie dla własnej dotychczas niezachwianej pozycji.

Poruszyła głową i jęknęła. Nowa fala bólu rozlała się po czaszce i znowu pobudziła małe szare plamki, które przemknęły pod powiekami. Mimo to Klara zagryzła dolną wargę i ponownie się rozejrzała. Odkryła wsunięty tuż za nogę łóżka pękaty porcelanowy nocnik ozdobiony absurdalnie pąkami maleńkich różyczek.

– Też coś – syknęła, ciesząc się, że dziewczyny nie przeszły samych siebie i naczynie jest puste. Równocześnie uświadomiła sobie, że jej pęcherz jest pełen i za chwilę zacznie się gwałtownie domagać wizyty w toalecie.

– Co panienka mówiła? – Kaśka przyglądała się jej z bezpiecznej odległości i choć miała minę, jakby za chwilę miała stąd uciec z wrzaskiem i rwąc włosy z głowy, poczucie obowiązku wzięło górę i zmusiło ją do pozostania.

– Nic, nic. Możesz mi powiedzieć, co to jest? – Wskazała na naczynie.

Służąca, to znaczy odgrywająca ją przyjaciółka, patrzyła na nią jak na idiotkę.

– Nocnik.

– A po co tu stoi?

– A gdzie ma stać? – odpowiedziała Kasia niemal obrażona. – Mam przestawić?

– Nie, pytam, po cholerę ktoś go tu przyniósł.

– A niby gdzie indziej? W innym miejscu się nie godzi.

– Sądzisz, że aż tak się trzepnęłam w łeb, że trzeba za mną z nocnikiem latać?

– Zawsze tu stoi. – Kaśka była coraz bardziej przerażona. – Ale jak panience przeszkadza, to go przestawię gdzie indziej.

– Niby gdzie?

– A bo ja wiem? Niech panienka powie.

Rozmowa o nocniku, niestety, zdopingowała pęcherz, sprawiając, że Klara naprawdę pilnie musiała znaleźć się w łazience.

– Daj spokój, sama pójdę do toalety.

Kaśka znowu cofnęła się o krok i teraz była już niemal pewna, że córka hrabiny Skrobańskiej zwariowała. A ona nie miała zamiaru służyć u wariatki. Zaczęła się pocić na myśl, że będzie musiała wymówić służbę i poszukać nowego domu, co w tych czasach mogło nie być bynajmniej proste, zwłaszcza jeśli nie dostanie referencji.

– Ale to się nie godzi…

– Iść do klopa?

– Przecie nie będzie panienka za potrzebą po ogrodzie gonić.

– Co w ciebie wstąpiło? Mówię o pójściu do toalety, nie o spacerze po ogrodzie!

Klara się niecierpliwiła i irytowała, podobnie zresztą jak coraz bardziej bezradna i zbita z pantałyku Katarzyna.

– Panienko! Ja tam nic nie wiem i to nie moja sprawa, niech se panienka z panią starszą, to znaczy z hrabiną, ustala co i jak, a mnie niech w to nie miesza. Ja robię swoje, nic więcej, nic mniej, i kłopotów nie chcę.

Teraz dla odmiany to Klara solidnie się wystraszyła i ponownie pomyślała, że to wszystko może być prawdą, głupią, dziwną, ale prawdą, i że, nie daj Boże, może utknąć w tym zacofanym świecie na zawsze. Co się, do cholery, dzieje? Mignęła jej jeszcze myśl i złudna nadzieja, że to sen, ale po kolejnym uszczypnięciu w nogę była już przekonana, że to jednak realność. Może Kaśka faktycznie nie udaje? Przecież żadna siła nie zmusiłaby jej, dziewczyny z górnej półki, do wcielenia się w rolę pokojówki z nocnikiem i ekskrementami w tle.