Pielęgnacja skóry po 30 roku życia 

Niedawno skończyłam 30 lat i obiecałam sobie, że porządnie wezmę się za pielęgnację skóry - w końcu „lepiej zapobiegać, niż leczyć”. Jest tylko jeden problem - testować kosmetyki lubię, ale paradoksalnie w codziennej pielęgnacji jestem wierna minimalizmowi i sprawdzonym (ktoś powie, że nudnym, w kontekście tego ile na rynku pojawia się nowości) składnikom, mojej świętej trójcy: witamina C, kwas hialuronowy i retinol. Kosmetyki drSkin Clinic na całe szczęście spełniają powyższe warunki (oprócz zawartości retinolu, ale o tym później), dlatego do ich testowania podeszłam ze szczerą ekscytacją. 

Skóra skórze nierówna, moja być może nie jest jeszcze pokryta wieloma zmarszczkami, ale utrata jędrności jest już niestety mocno widoczna, dodatkowo moje pory cały czas zapominają, że nie jestem już nastolatką i lubią od czasu do czasu fundować mi przetłuszczanie i wypryski. Przed testem, kosmetyki pomogła wybrać mi przemiła kosmetolożka drSkin Clinic - Ilona Kiraga, która wysłuchała moich „skórnych” opowieści i podesłała mi cztery, można powiedzieć skrojone na miarę produkty. 

4 kroki pielęgnacji skóry z  drSkin Clinic 

Kosmetyki, które otrzymałam, wzbudziły moje zaufanie niemal od razu - opakowania wyglądają nieco „aptecznie”, co mi akurat bardzo pasuje. Przejdźmy do konkretów, „rutyna” pielęgnacyjna składa się z czterech kroków: oczyszczanie, złuszczanie, nakładanie boostera oraz aplikacja nawilżającego kremu.

Oczywiście zaczynamy od demakijażu i oczyszczenia skóry i tu ku mojej uciesze testowałam masło, o którym zawsze marzyłam, ale bałam się spróbować ze względu na możliwość zapchania porów. Masło „Demakijaż i Oczyszczanie” ma puszystką konsystencję, zawiera emolienty i witaminę E - korzystanie z niego jest bardzo przyjemne i łączy w sobie elementy dwuetapowego oczyszczania (w składzie znajdziemy olejki owocowe). Kolejny plus to bezbolesny demakijaż oczu - od tarcia płynem micelarnym często piekły mnie powieki i zużywałam na to tony wacików. Tu wystarczy pomasować skórę i nawet tusz do rzęs szybko się rozpuszcza. Jednym słowem, pierwszy etap - miodzio! 

Drugi etap to złuszczanie obumarłego naskórka, mówiąc krótko - peeling. Regularnie wykonywany peeling jest bardzo ważny, szczególnie przy skórze z pierwszymi oznakami starzenia - jej trzeba po prostu pomóc w regeneracji i wymianie „starego na nowe”. Do tej pory nie robiłam tego regularnie, ze względu na stosowanie retinolu, który często mnie podrażniał, o scrubach, albo szczoteczkach, w przypadku mojej reaktywnej skóry nie ma mowy. Ilona zaproponowała peeling z polihydroksykwasami i kwasem migdałowym, który nakładam jak serum raz, do dwóch razy w tygodniu (dla mnie jeden raz jest akurat) i zmywam po około 20-25 minutach i już wiem, że z tym produktem będę zdradzać poczciwy retinol. Peeling nie szczypie i nie ściąga skóry, ale ma charakterystyczny, chemiczny zapach, taki sam jaki czułam chodząc na zabiegi z kwasami do kosmetyczki. Skóra po zmyciu jest lekko zaróżowiona, ale nie podrażniona - to raczej taki zdrowy, młodzieńczy rumieniec. 

Etap trzeci - rozjaśniający booster z witaminą C. I tu znów miłe zaskoczenie, bo lubię kiedy jest konkret - to produkt z dużym stężeniem witaminy C (15%), której nikomu nie trzeba przedstawiać, ale zrobię to dla przyzwoitości: to jeden z najlepszych antyoksydantów, tak zwany odkurzacz wolnych rodników, które przyczyniają się do niszczenia włókien kolagenowych w skórze, co w efekcie prowadzi do powstawania zmarszczek. Booster z witaminą C natychmiastowo rozświetla cerę i ujednolica jej koloryt i można nakładać go też pod oczy - dla mnie to ważne, bo odpada mi kolejny produkt „specjalnie-pod-oczy”. 

Etap czwarty: krem nawilżający, który zamknie wszystkie składniki aktywne w skórze i nie pozwoli im uciec wraz z wodą. W tej kwestii ufam tylko kwasowi hialuronowemu i szczęśliwie jest on głównym składnikiem intensywnie nawilżającego kremu drSkin Clinic. Krem zawiera też niacynamid, który wzmacnia naturalną barierę ochronną skóry i reguluje wydzielanie sebum (idealny dla mojej mieszanej cery). Jest lekki, szybko się wchłania, nie roluje podkładu (próbowałam też pod makijaż), nie zapycha porów i ma bardzo ładny zapach - trochę jak kosmetyki dla niemowląt.

Werdykt!

Jestem na tak. Pielęgnacja z drSkin Clinic całkowicie wpisuje się w hasło „less is more”, które od zawsze przyświeca mi w pielęgnacji. Konkretne, silnie działające składniki, możliwość dopasowania kolejnych etapów „rutyny” do swojego typu cery (przy pomocy specjalistów!) i widoczne efekty - skóra jest bardziej napięta i ma ładniejszy kolor, a „niespodzianki” pojawiają się zdecydowanie rzadziej.