Dom w Laskach wygląda jak wielkie akwarium. W salonie pod szkłem Krzysztof Zanussi organizuje wieczory z muzyką, zaprasza ludzi na ciekawe rozmowy. Lew-Starowicz prowadzi dyskusję o seksie katolików, Hanna Gronkiewicz-Waltz o działalności publicznej. W ogrodzie reżyser urządza charytatywne pikniki, na które przychodzą tysiące osób. O trudnych związkach, silnych kobietach i zaufaniu rozmawiamy, siedząc pod obrazami przodków jego żony. On jest dumny, bo zna historię swojej włoskiej rodziny pięćset lat wstecz. Rodzinne korzenie jego żony Elżbiety Grocholskiej-Zanussi sięgają jeszcze dalej. Reżyser pokazuje też fragment CCzarnego słońca", którego premiera odbyła się w czerwcu we Włoszech. Zagrała w nim Valeria Golino, znana z "Zostawić Las Vegas". W Polsce film zobaczymy zimą.

Bohaterowie pana najnowszego filmu "Czarne słońce" przez pierwsze dwadzieścia minut chodzą nago.

KRZYSZTOF ZANUSSI: To para małżonków, która mówi z ekranu o niezwykłej sile miłości. Chciałem pokazać niecodzienne uczucie, anachroniczne w naszym zbanalizowanym świecie. Brak stroju wydaje się właściwy do tematu.

Po śmierci kochanka kobieta postanawia pomścić go na własną rękę. Co pana pociąga w tak mrocznej historii?

KRZYSZTOF ZANUSSI: Adresowałem swój film do bardzo zadowolonej z siebie społeczności zachodniej Europy. Szczególnie im mam powód uświadamiać, że życie nie składa się z samego spożycia. Także ból i tragizm w sytuacji, gdy każdy wybór jest zły, są zapisane w naszej egzystencji. Gdy nie widzimy dramatu, jesteśmy ślepi.

W pana życiu są mocne kobiety?

KRZYSZTOF ZANUSSI: Bardzo mocną kobietą była moja matka. I taka jest moja żona. Rządzi sobą i tym, co do niej należy.

Czyli panem?

KRZYSZTOF ZANUSSI:K.Z.: Mamy partnerski układ. Ale trudny. Spotkaliśmy się późno, wobec czego byliśmy już ukształtowani.

To zaleta czy wada?

KRZYSZTOF ZANUSSI: Myślę, że byłoby lepiej, gdybyśmy spotkali się wcześniej. Wcześniej nauczylibyśmy się siebie wzajemnie. A nie było nam łatwo się uczyć. Żona jest bardzo niezależnym człowiekiem, ja też nie zwykłem się liczyć z kimkolwiek. Robię, co uznaję za stosowne, a tu nagle pojawił się ktoś, kto stawia opór. Straszne odkrycie. Młodym ludziom, z którymi mam kontakt, powtarzam, że miłość to przede wszystkim ciężka praca. Nie żadne uczucia, żadne wzdychania. Człowiek wiąże się z drugim, jeżeli pomyślał o jego dobru. I postawił je przed swoim. To się świetnie mówi, ale wprowadzać w życie - to męka.

Pana żona zrezygnowała dla pana z malarstwa?

KRZYSZTOF ZANUSSI: Świadomie zdecydowała się podporządkować swoje życie mojej sztuce. Ale uprawia malarstwo religijne i cały czas ma zamówienia. Malowała pięciometrowe obrazy na beatyfikacje kilku polskich świętych. W naszym ogrodzie stało rusztowanie. Dzwoniąc z zagranicy, pytałem, co maluje. Nie daj Boże, żeby malowała włosy lub aureolę. To znaczyło, że stoi pięć metrów nad ziemią i jeżeli się zagapi, zrobi krok do tyłu, spadnie. Jechała na rowerze w koniec ogrodu, żeby zobaczyć, jak obraz wygląda z daleka. Gdy oglądaliśmy transmisje beatyfikacji z Rzymu, jej obrazy na tle murów świątyni były jak znaczki pocztowe.

Wiele lat ukrywaliście swoje małżeństwo?

KRZYSZTOF ZANUSSI: Wzięliśmy ślub kościelny dużo wcześniej, niż ogłosiliśmy to publicznie. A cywilny dopiero za rządów pana Mazowieckiego. Chodziło nam o to, żeby nikt nie szantażował nas przy wydawaniu paszportów. Żebyśmy mogli razem podróżować. Dlatego nawet w samolocie siadaliśmy osobno.

Niezła konspiracja.

KRZYSZTOF ZANUSSI: W naszym wieku - byliśmy po czterdziestce - to było żenujące. Ludzie nie wiedzieli, że mieszkamy razem.

Jakie cechy charakteru odziedziczył pan po rodzicach?

KRZYSZTOF ZANUSSI: Po matce trochę wytrwałości. Ojciec był gwałtowny i porywczy. Przez kontrast nauczyłem się opanowania, bo widziałem, że źle na tym wychodził. Był inżynierem budownictwa. Wygonił z budowy rosyjskich specjalistów. "Pachoły tępe - wołał ze śródziemnomorskim temperamentem - nie będziecie mnie pouczać, jak się kładzie beton". I zamknęli go na dwa tygodnie.

To przez niego stale nosi pan krawat?

KRZYSZTOF ZANUSSI: Zastanawiam się, dlaczego jestem takim sztywniakiem, zwłaszcza że żona tego nie znosi. Przypuszczam, że zaczęło się to w szkole średniej. Byłem dryblasem, a mowy nie było, by kupić dziecku nowe ubranie, bo była nędza. Donaszałem ubrania ojca i wyglądałem jak strach na wróble.

Trudne dla nastolatka.

KRZYSZTOF ZANUSSI: Było mi ciężko, robiłem miny przed matką. Matka powiedziała, że jak będę się wstydził tego, że nie mam bogatych rodziców, to ona będzie się wstydzić mnie. Przeżyliśmy wojnę, cudem się uratowaliśmy. Powiedziałem sobie: "Dobrze, wyglądam jak strach na wróble i nic wam do tego". I zwyciężyłem. Przestano to zauważać, przestałem pamiętać, że jestem śmiesznie ubrany. Tym garniturem broniłem się przed światem. To mi zostało, bezpieczniej się czuję, jak mam pod szyją krawat.

Pamięta pan biedę?

KRZYSZTOF ZANUSSI: Żyłem w napięciu, żeby nie ulec degradacji. Niedawno bardzo rzeczowo rozmawialiśmy o nędzy z Sophią Loren. Mówiła, że jest różnica w przeżywaniu ubóstwa. Inaczej odbiera je człowiek, który nigdy nie zaznał zamożności. A inaczej ten, który pamięta dobrobyt. Ona przez całe dzieciństwo nie mogła najeść się do syta. Wiecznym marzeniem był talerz pełen makaronu. "A teraz - śmiała się - jem z panem rybę. Mam 72 lata, sławę i pełne konto. I dalej nie mogę zjeść pełnego talerza makaronu, bo ludzie upodobali sobie we mnie zadbaną figurę".

Zaprasza pan do siebie ludzi z całego świata. Dlaczego?

KRZYSZTOF ZANUSSI: W latach studenckich przejechałem całą Europę autostopem. Wiele osób mi pomogło, spotkałem się z ogromną życzliwością. Mam w sobie poczucie zobowiązania. Dlatego, gdy teraz spotykam młodych Ukraińców albo Kazachów, zapraszam ich do siebie. Wiem, że jeżeli wyślę im zaproszenie, to ich zmobilizuje do wyjazdu.

Gdzie pan ich poznaje?

KRZYSZTOF ZANUSSI: Jeżdżę po świecie, uczę studentów, czasem mam publiczne spotkania czy wykłady. Jeżeli ktoś z publiczności zada mi ciekawe pytanie, bardzo często daję wizytówkę. I mówię: "Do mnie można przyjechać. Jeżeli pan uwierzy, to pan przyjedzie". Przyjeżdżają po dwóch, trzech. Mam księgę z wpisami po chińsku, kazachsku, w językach hinduskich. Żona gotuje im jedzenie, ci ludzie uczestniczą w naszym życiu. Często nie wiedzą, co się robi za granicą. Wtedy organizuję im życie albo proponuję zabawę swego autorstwa: program walizka. Mówię: "Jest pan moim bagażem". Walizka daje się prowadzić. Robię to szczególnie po to, żeby ludzie przezwyciężyli głupią nieśmiałość.

Głupią?

KRZYSZTOF ZANUSSI: To wstrętna ludzka cecha, tępię nieśmiałość także w sobie. Nieśmiałość to ukryta pyszałkowatość. Jeżeli człowiek nie myśli o sobie, ma zadanie do wykonania, to nie jest nieśmiały. Wychodzi na estradę i mówi: "Zbieram pieniądze dla Darfuru". Nie musi dobrze wypaść. Jeżeli człowiek jest w dąsach, zaczyna się zastanawiać, co inni o nim pomyślą. Pyszałkowatość nie ma nic wspólnego ze skromnością. Człowiek skromny nie bywa nieśmiały.

Pan jest skromny czy pyszałkowaty?

KRZYSZTOF ZANUSSI: Chciałbym być skromny, pyszałkowaty już jestem. To przykre wyznanie. Walczę o to wściekle.

Żona pomaga w walce?

KRZYSZTOF ZANUSSI: O tak, potrafi mnie przeczołgać, jak mnie na czymś przyłapie. Elżbieta jest silnym społecznikiem. Różnica między nami jest taka, że ja jestem jedynakiem, a żona miała dziewięcioro rodzeństwa. Też przeszła przez wojnę, powstanie. Starsza siostra była sanitariuszką, bracia poranieni, ojciec dowódca odcinka w powstaniu, skądinąd adiutant Piłsudskiego. Jeszcze wcześniej rodzina Elżbiety utraciła wszystkie dobra w czasie rewolucji rosyjskiej. To wszystko daje wychowanie o większym stopniu uspołecznienia niż moje.

Pan nadrabia, organizując pikniki dobroczynne.

KRZYSZTOF ZANUSSI: Tak, walczę ze sobą, staram się działać społecznie.

O walce mówi pan z uśmiechem.

KRZYSZTOF ZANUSSI: Bo dobrze mi się wiedzie. Dane jest mi 68 lat, zdrowie, dziękować Bogu, dopiero zaczyna się psuć. Dokonałem czegoś w życiu, poznałem ogromną część świata. Wiele mi się też nie udało. Ale, realistycznie patrząc, muszę się uważać za szczęśliwca.

Od lat żyje pan bardzo intensywnie. Czy to sposób, żeby od czegoś uciec?

KRZYSZTOF ZANUSSI: Cały czas uciekam przed ostatecznością. Mocno boję się śmierci. Może to wyniosłem z dzieciństwa, kiedy byłem świadkiem okropieństw. Dzisiejszy świat - jak śpiewał Marek Grechuta - bardzo sobie dokazuje. A każde liźnięcie narkotyku, alkoholu, jakieś rozsypanie się wewnętrzne jest niebezpieczne. Strasznie łatwo o przewrotkę. Łatwo wybrać zły zawód, źle się pobrać, wdać się w jakiś toksyczny związek. I potem przychodzi przegrane życie.

Pan nie popełnia błędów?

KRZYSZTOF ZANUSSI: Muszę się pogodzić, że je robię. Ale nigdy sobie na nie nie pozwalam. Bardzo łatwo się rozwalić w życiu.

Nie ma pan zaufania do siebie?

KRZYSZTOF ZANUSSI: Nie. Ja w człowieka nie wierzę. Wydaje mi się, że wierzę w Boga, w człowieka w żadnym wypadku. A już najmniej w siebie.