Mój George Clooney ma na imię Tomek. Całkiem zwyczajnie i, choć trudno w to uwierzyć, on sam okazał się bardzo zwyczajny… Do dzisiaj bez żadnego kłopotu umiem cofnąć się myślami do czasów (i najchętniej właśnie tam bym została), kiedy był dla mnie bogiem. Zresztą nie tylko dla mnie, co jeszcze dodatkowo potęgowało moją fascynację. Za Tomkiem szalały wszystkie dziewczyny na uczelni – te z pierwszego i te z ostatniego roku także. Wyglądał jak z wybiegu dla modeli. Wysoki, szczupły, wysportowany, z idealnie wypielęgnowanym zarostem. Z burzą ciemnych włosów i błyskiem w oczach, który widać było z odległego końca korytarza. Można powiedzieć, że to tylko zewnętrzna powłoka. Więc dodam: inteligentny, błyskotliwy, sypiący odpowiednimi dowcipami w każdej sytuacji. Należeliśmy do tej samej studenckiej paczki, więc spędzałam z nim bardzo dużo czasu. Zakochałam się do szaleństwa. Bardzo długo była to jednak miłość wyłącznie platoniczna. Przez ponad trzy lata nawet nie przemknęła mi przez głowę myśl, aby wychodzić z tej miłosnej konspiracji, no bo jak miałby wyglądać taki duet? Ja – szara mysz, panna nikt i on – ucieleśnienie doskonałości, pan perfect. Przecież to mezalians! Nie ujawniałam więc swojej tajemnicy, ale każdego dnia po cichu marzyłam „o nas”. Wyobrażałam sobie życie z Tomkiem, czyli bajkę. Przez te trzy lata „udało mi się” stracić kontakt z przyjaciółkami, oddalić się od rodziny i znacząco obniżyć średnią na studiach. Bo liczył się tylko jeden cel – być z Tomkiem. W myślach obiecywałam Panu Bogu rozmaite rzeczy, byleby tylko spełnił moje największe marzenie. Zarzekałam się, patrząc w niebo, że już nigdy o nic więcej nie poproszę, bo już nic więcej nie będzie potrzebne mi do szczęścia.

O mojej obsesji – bo chyba tak trzeba nazwać to pragnienie – powiedziałam jedynie starszej siostrze. W rozmowach o Tomku, którymi zamęczałam ją przynajmniej raz dziennie, przechodziłyśmy różne etapy. Najpierw Iza po prostu mnie słuchała. Z czasem coraz częściej próbowała wytłumaczyć, że moje zachowanie wydaje się jej dziwne. Bo przecież Tomek kompletnie nie zwraca na mnie uwagi i w dodatku ma dziewczynę. W końcu bezradna stwierdziła: skoro nic innego mnie w życiu nie interesuje, powinnam wyznać Tomkowi, co czuję i zakończyć to stanie w rozkroku. „W prawo albo w lewo”, powiedziała któregoś dnia ostro i kategorycznie, aż mną wstrząsnęło. Zrozumiałam: muszę spróbować, bo inaczej spędzę życie w samotności, marząc o moim księciu. Zadanie ułatwił mi los, Tomek właśnie rozstał się z dziewczyną. Uznałam to za dobry znak. Na jednej z imprez, po wypiciu butelki wina, postanowiłam zawalczyć o szczęście. Rano obudziłam się w łóżku Tomka. Nie mogłam uwierzyć – zdarzył się cud!

Zuza: Spełniło się moje największe marzenie – zostałam żoną księcia z bajki

Okazało się, że Tomek wcale nie uważał mnie za szarą mysz. Przeciwnie, lubił mnie i był wręcz chętny, aby z lubienia przejść do bycia razem. Plułam sobie w brodę, że czekałam tak długo, skoro skoro moja przepiękna bajka mogła zacząć się już dawno. Ale to już nie było ważne. Liczyła się nasza lukrowana przyszłość. Wspólna! Długo chodziłam otumaniona. I długo nie orientowałam się, że otumaniona nie byłam wcale samym byciem z Tomkiem, ale tym, że spełniło się moje – jak wtedy myślałam nierealne – marzenie. Bo życie z Tomkiem, gdybym miała powiedzieć tak z ręką na sercu, nie jest sielanką… Do ideału, za który go uważałam, brakuje mu wiele. Ale przyznanie się do tego, nawet przed samą sobą, zajęło mi dużo czasu. Jego cechy, z którymi kompletnie sobie nie radzę, wcale nie były skrywane. Bałaganiarz, casanowa, narcyz – to wszystko było widać gołym okiem. Nie mogę powiedzieć, że się kamuflował. Nie kamuflował się. Po prostu byłam tak zakręcona na punkcie tego człowieka i marzenia o byciu z nim, że koncertowo to wszystko wypierałam. Wyolbrzymiałam zalety, a na wady zamykałam oczy. Nie jestem szczęśliwa w tym związku, ale do kogo miałabym mieć teraz pretensje? Przecież los był dla mnie bardzo łaskawy – dał mi to, o czym tak bardzo marzyłam. I teraz z tym darem losu muszę sobie jakoś radzić…

Lilka: Spełniło się moje największe marzenie – zamieszkałam w wyśnionym
domku pod miastem…

O chatce pod miastem marzyłam od dzieciństwa. Z rodzicami zawsze mieszkałam w blokach. Uwielbiałam wakacje u dziadków, a jeszcze bardziej niż na samym spotkaniu z dziadkami zależało mi na ich… ogródku. Śniadanie na tarasie, hamak wiszący między drzewami, śpiewające ptaki i ten zapach powietrza za miastem. Gdyby można było kupić perfumy pachnące tym powietrzem, nie używałabym żadnych innych, niezależnie od ich ceny. Kiedy kończyły się wakacje, a tata pakował mnie do samochodu, zapłakana i obrażona mówiłam do niego: „Zobaczysz, jak będę duża, będę mieć swój dom”. Nie znosiłam bloku w mieście, ale nie było wyjścia. Rodzice pracowali w samym centrum, ja chodziłam tam do szkoły, potem studiowałam. Aż w końcu dostałam pracę w korporacji. I po wyprowadzce od rodziców z bólem zamieszkałam… oczywiście także w centrum. Ale marzenie nie odeszło, raczej nasilało się z czasem i z coraz większym zmęczeniem miejskim i korporacyjnym zgiełkiem. Może dziwnie to zabrzmi, ale nie później niż podczas trzeciej randki z mężczyzną zaczynałam niby luźną rozmowę o stosunku do „domku pod miastem”. Kiedy Rafał, mój obecny mąż, powiedział z uśmiechem, że marzy o wyprowadzce z bloku, odetchnęłam z ulgą. Zakochiwałam się w Rafale coraz mocniej i w zasadzie potrzebowałam jeszcze tej jednej cennej informacji – że on też marzy o małym, białym podmiejskim azylu. Kupiliśmy więc taki mały biały domek. A nasze życie dość szybko zamieniło się w koszmar.

Cudownie jest zjeść śniadanie na tarasie, tylko że w naszym klimacie jest to luksus, na który rzadko możemy sobie pozwolić. Ponadto na krzewy, które posadzili nasi jedyni sąsiedzi w okolicy, nasza córka okazała się uczulona. Nawet kiedy uda mi się wybrać z kawą na taras, natychmiast wzrokiem szukam niedociągnięć w pielęgnacji ogrodu. Już samo skoszenie trawy to nie lada wyczyn. A co dopiero zimowa walka ze śniegiem! Kiedy Rafał wyjeżdża w delegację, a w tym czasie nasze odludzie zasypie biały puch, bywa że nie możemy z córką wydostać się do cywilizacji. Nasze życie towarzyskie i kulturalne wraz z wyprowadzeniem się do podmiejskiego raju skurczyło się do kilku wypadów w roku. Gdy dotrzemy po pracy i po szkole na naszą przepiękną wieś, nikomu już nie chce się tarabanić wieczorem do miasta, bo kiedy wracamy, już jest wieczór! Przyjaciele nie odwiedzają nas zbyt często. Każdy chętnie w weekend napiłby się wina, ale koszt taksówki do nas i od nas to równowartość premierowego przedstawienia w teatrze i dobrej kolacji w porządnej restauracji. Poza tym taksówka nie zawsze do nas w ogóle dociera… Planowane spotkania przy grillu o zachodzie słońca odbywamy więc sami ze sobą. Chciałam domku pod miastem i mam domek pod miastem! To najlepszy przykład, jak marzenia potrafią przerodzić się w bardzo kiepskie scenariusze.

Ewa: Spełniło się moje największe marzenie – jestem stewardesą,  świat stoi przede mną otworem…

Być w ciągłym ruchu, zwiedzać świat. O niczym więcej nie marzyłam. Już w szkole podstawowej podczas długich przerw odgrywałam na środku korytarza scenki ewakuacji samolotu i kierowałam ruchem. Praca stewardesy wydawała się fascynująca, ale przede wszystkim była drogą do wymarzonego celu – do podróżowania.Budzić się i zasypiać codziennie pod inną szerokością geograficzną – moja wizja szczęścia. Kiedy tylko było to już możliwe, stanęłam na rzęsach, aby zacząć pracę, która utoruje mi drogę do raju. Testy, egzaminy, badania lekarskie, szkolenia – to wszystko nic, bo już niedługo miałam „frunąć”. I fruwam tak już ponad dziewięć lat. Widok walizki, zarówno pustej do zapakowania, jak i tej pełnej do rozpakowania, przyprawia mnie o mdłości. W ciągu trzech miesięcy byłam w 19 krajach. Głównie w portach lotniczych! A nawet jeśli mogłam zobaczyć coś więcej, nie zawsze miałam siłę.

Ciągłe zmiany klimatu i stref czasowych sprawiają, że potrafię bezradna stanąć przed lustrem w hotelowej łazience i zastanawiać się, którym kremem powinnam posmarować twarz – tym na dzień czy tym na noc? Na miejscu co prawda jest wieczór, ale tam, skąd przyleciałam – wczesne popołudnie. Widziałam wodospady, kaniony, Wielki Mur Chiński, piratów, piramidy, kangury, Statuę Wolności… I nie wiem, jak zaplanować sobie urlop. Na myśl o pakowaniu się i kolejnym hotelu w ogóle tracę ochotę na wakacje. Trzysta nocy w roku spędzam w obcym łóżku i trudno dzielić entuzjazm moich przyjaciół, kiedy przybywamy na lotnisko i zaczynamy wakacyjną podróż. Bo ja podróżowania mam serdecznie dosyć! Podobnie jak bycia w ciągłym ruchu. Tak, pamiętam, to było moje największe marzenie. Pięknie mi je los spełnił. Mam, czego chciałam.