Być może to uczucie jest znane także tobie. Pragniesz miłości, ale bardzo się jej boisz. Jest dla ciebie szansą na zmianę, o której marzyłaś, a jednocześnie wielkim ryzykiem, że ktoś znowu zmiażdży ci serce. Właśnie tak czują się Olga i Maria – dziewczyny, które zgodziły się opowiedzieć o tym, co je spotkało, czego im brakuje. I dlaczego przed tym konsekwentnie uciekają.

Olga: Z lękiem przed bliskością jest jak z czujnikiem parkowania w samochodach: gdy zbliżam się do przeszkody, włącza się sygnał ostrzegawczy, a ja wciskam hamulec.

Nie uciekam dlatego, że to mnie bawi albo odpowiada mi taka „gra”. Uciekam, bo nikt nie nauczył mnie być z kimś blisko. Nieraz solidnie oberwałam po tyłku, uciekam więc na wszelki wypadek. I nie chcę bólu, łez, upokorzenia. Nigdy więcej. Dlatego się zaprogramowałam. To jest jak z czujnikiem parkowania w samochodach: gdy zbliżam się do przeszkody, włącza się sygnał ostrzegawczy, a ja wciskam hamulec. Z bliskością jest tak samo. Kiedy zaczynam się odkrywać, wyją syreny alarmowe. Robię więc w tył zwrot. Od zawsze byłam cholernie zakompleksiona, niepewna siebie, przekonana o własnej nieatrakcyjności. Do Warszawy przyjechałam wiele lat temu z Płocka i czułam się tu zagubioną, szarą myszką. Byłam też potwornie samotna. Postanowiłam nawet wrócić do rodzinnego domu, ale wówczas pojawił się on – mąż. Uczepiłam się go jak ostatniej deski ratunku. Na zasadzie: nikt mnie nie zechciał, a on jeden tak. Wierzyłam, że to będzie związek do końca życia, że już nigdy nie będę zmuszona do przechodzenia tą okropną drogą poznawania się, reklamowania. Nie znoszę wypełniania „kwestionariusza osobowego” – a tym jest dla mnie początek znajomości, to poznawanie się krok po kroku. Przejście od etapu prezentowania się od najlepszej strony do etapu codziennego wspólnego życia było więc bardzo trudne. Mam wrażenie, że te dwa etapy dzieli przepaść. Sądziłam, że je pokonaliśmy. Myliłam się. Jesteśmy po rozwodzie.

Nasze małżeństwo trwało prawie dziewięć lat. Byłam pewna, że jesteśmy z Tomkiem blisko, jest nam dobrze, a tymczasem po latach dowiedziałam się od niego, że żył w związku, którego nigdy nie chciał. Dlaczego więc udawał? Zwłaszcza że przecież skupiłam się na nim, zaniedbałam kontakty z innymi ludźmi, na czele z rodziną i przyjaciółmi. I nagle po takim czasie okazało się, że wszystko, w co wierzyłam, w co inwestowałam, jest nieprawdą.

Budowania bliskości ludzie pewnie uczą się w dzieciństwie, w domu. Nie wiem, jak to się dzieje. Czy uczymy się jej, obserwując zachowanie rodziców?

Moje małżeństwo na pewno miało ogromny wpływ na to, jak dzisiaj podchodzę do mężczyzn, wpłynęło również na to, że uciekam, ale to chyba niejedyna przyczyna. Wydaje mi się, że po prostu nie potrafię zbudować prawdziwie bliskiej relacji. Nie mam takiej z matką, ojcem ani z siostrą. Przyjaciółki? Są, ale nie jestem pewna, czy łączą nas bliskie więzi. Cały czas mam poczucie, że w stosunku do wszystkiego pozostaję w dystansie. Tak jak nie potrafię mówić po hiszpańsku, tak nie umiem być blisko. Bardzo tego pragnę, bardzo chciałabym się z kimś związać. Im jestem starsza, tym bardziej o tym marzę. I tym dalej od tego happy endu jestem. Mam sześcioletnią córkę i bardzo się o nią martwię. Wychowuje się w rozbitej rodzinie. Czytam właśnie książkę „Jak wychować szczęśliwe dziecko?”. Szukam odpowiedzi na to pytanie, bo boję się, żeby Julka nie była taka jak ja. Chciałabym, żeby nie bała się zaufać, podejść bliżej do drugiego człowieka. Bo to nie jest fajny los… Wyczytałam, że naukowcy przez kilkadziesiąt lat prowadzili badania, poszukując odpowiedzi na powyższe pytanie. Wysnuli tylko jeden wniosek: otóż nie wiadomo, co znaczy szczęście, ale wiadomo, że o poczuciu szczęścia decydują nasze relacje z innymi ludźmi, czyli relacje przyjacielskie oraz intymne. Nasze szczęście zależy od innych ludzi – nie sposób się nie zgodzić z tą prostą konstatacją. Naukowcy dodają jeszcze, że w nawiązywaniu więzi międzyludzkich niezbędna jest empatia. Podobno umiejętnie wychowując dziecko (poza nieliczną grupą, która posiada tzw. „gen nieszczęścia”), można spróbować popchnąć je w stronę szczęścia. Czyli, nie bójmy się tego powiedzieć, w ramiona innych ludzi. Empatia jest jedną z najważniejszych cech decydujących o naszym powodzeniu w kontaktach z ludźmi. Ja jej chyba nie mam.

Bliskość to znaczy, że mogę pokazać się komuś rano bez makijażu. Dla mnie to ekstremalne przeżycie. Mogę pokazać się mu zaryczana, kiedy wyglądam okropnie, a on popatrzy z czułością, a nie z obrzydzeniem.

Bliskość oznacza zrozumienie dla słabości, dla tego kogoś, kim się naprawdę jest. Moim zdaniem faceci dzisiaj chcą uśmiechniętej i niesprawiającej kłopotów laski. Ja taka nie jestem – żadna z nas taka nie jest – udawanie jest przecież bardzo męczące. W tym udawaniu na ogół długo nie trwam, ale próbuję. I wpadam w pułapkę. Poznaję faceta, który mnie interesuje, i od razu zakładam, że mu się nie spodobam. Jeśli jednak mu się spodobam, uważam, że muszę udawać kogoś, kim nie jestem. Nie chcę nikogo mieć blisko siebie, bo im bliżej podejdzie, tym szybciej się przekona, jaka jestem naprawdę. Gdy się przekona – odejdzie. Jest jeszcze jedna rzecz. Kiedy zaczyna mi na kimś zależeć, czekam na jego deklarację, ale nie czekam na nią w ciszy – jestem namolna, naciskam. O swoich uczuciach jednak milczę, moja deklaracja jest tylko w mojej głowie, on musi powiedzieć to najpierw. Nie powiem pierwsza, bo już mi się to zdarzało i ani razu nie skończyło się dla mnie dobrze. Jak czuje się kobieta, która mówi: „Zakochałam się”, i w odpowiedzi słyszy przeciągającą się w nieskończoność ciszę? Jak kompletna idiotka! To raz na zawsze ostudziło mój zapał.

Dzisiaj więc wybieram faceta, z którym do tej granicy bliskości w ogóle się nie zbliżam. Wchodzę w bezpieczne relacje, zagłuszające czas, tłumiące uczucie samotności. W powierzchownych relacjach człowiek nie musi się odsłaniać. Podczas randki śmieję się, opowiadam pierdoły, napiję się wina, pójdę z nim do łóżka. I tyle. Bez zaglądania sobie w duszę.

Boję się bliskości z jeszcze jednego powodu. Gdy raz na nią się zdecydowałam i przekroczyłam granicę bliskości, odezwała się we mnie chorobliwa skłonność do kompletnego rezygnowania z siebie. Wynosiłam tę drugą osobę (mojego męża) na piedestał, a sama znikałam. Wierzyłam, że tylko wtedy zacznie mnie cenić. Nie wzbogacałam więc siebie, całą energię ładując w partnera. Dla mnie ten czas był całkowicie stracony. Potem usłyszałam od byłego męża, zresztą zgodnie z prawdą: „Nie masz ambicji”. I poczułam się jak taki nędzny kąsek. Bliskość zatem kojarzy mi się z oddaniem siebie. Z zatraceniem. Choć dzisiaj już rozumiem, że to nie jest ta zdrowa bliskość. Dla mnie bycie blisko znaczyło uwiązanie się sobie wzajemnie na szyi i cały czas trzymanie za ręce. Toksyczna więź. Marzy mi się bliskość z oddechem, z zaufaniem. Tylko co z tego, że mam takie marzenia?

Maria: Nie boję się wilka, kiedy widzę go z daleka, kiedy on dopiero wychodzi z lasu i mogłabym jeszcze uciec. Zaczynam się bać, gdy tego wilka już głaszczę…

Pamiętam tamten poranek, jakby to było wczoraj, a przecież minęło już 6 lat. Jemy z Bartkiem śniadanie. Śmiejemy się głośno. Obiektywnie jest dobrze. Ale… Spoglądam na niego w pewnej chwili i już wiem: stało się, trzeba uciekać. Bo zbliżam się do tej cienkiej linii, za którą jest przepaść. Potem nie będzie odwrotu. Nie znoszę tego momentu i bardzo starannie próbuję go unikać. Uciekam bardzo wcześnie, uciekam przed miłością profilaktycznie. Według mnie lęk przed bliskością jest na tyle nieuświadomiony, że, niestety, kiedy zacznę już na dobre się bać, to znaczy, że będę już zbyt blisko. Czyli dowiem się po fakcie. Przychodzi mi do głowy takie porównanie, chyba trafne w mojej sytuacji: nie będę bała się wilka, kiedy z daleka zobaczę, że wystawia głowę z lasu, a ja będę mogła jeszcze uciec. Zacznę się bać, kiedy już tego wilka będę głaskała. A dalej scenariusz wygląda następująco: rozpoczyna się miotanie. Bo z jednej strony przecież nie chcę uciekać, a z drugiej strony w głowie słyszę powtarzany jak mantrę cytat z filmu „Forrest Gump”: „Run, Forrest, run!”.

Muszę jakoś ten cały mętlik po swojemu, czyli pozornie, uporządkować. Mam na to niezawodny patent. Zaczynam wyolbrzymiać cechy tego mężczyzny – których w ogóle w nim nie ma albo są niemal w śladowych ilościach. Oczywiście chodzi o cechy, których w potencjalnym partnerze nie umiałabym zaakceptować. Szukam dziury w całym, bo chcę sobie tę ucieczkę zracjonalizować. To jedno. Ale ten lęk jeszcze w inny sposób wypacza postrzeganie rzeczywistości. Im bardziej mi na kimś zależy, tym bardziej widzę, że jemu na mnie nie zależy wcale. Zaczyna się więc czepianie, robienie wyrzutów, rodzi się konflikt. Dociekanie, kto oszukuje bardziej, a kto mniej. I od tego momentu do zakończenia znajomości jest już bardzo niedaleko. Bo jeśli sądzę, że mnie zależy, że ja jestem blisko, a temu komuś ani nie zależy, ani nie jest ze mną blisko, czuję się przecież wykorzystana. Czuję się ofiarą i wtedy „spokojnie” myślę: „Niech spada”. Tak jest łatwiej – bo to ja zostałam porzucona. Znowu. Mam więc wodę na swój młyn.

Bliskość wymusza wpuszczenie kogoś w sferę intymną. Pozwala mu zobaczyć nas bez maski. Odsłaniamy się, a wtedy każdy jego cios to prawdziwy nokaut.

Im bardziej czuję się zaangażowana, tym bardziej oczekuję wzajemności. To nie jest dziwne. Ale oczekuję, że zaangażowanie tej drugiej strony będzie dokładnie takie jak moje. Z mojej bajki.

Jasne, każdemu marzy się odnalezienie we wszechświecie swojej drugiej, ulepionej z tej samej gliny połówki, ale słyszałam też taką mądrość: Nie oceniaj innych według siebie. To jest wielka mądrość. Ja jednak z uporem maniaka spodziewam się, oczekuję, marzę, aby ta druga osoba reagowała dokładnie tak samo jak ja. Jeśli tego nie robi, przestaję rozumować racjonalnie i odbieram to jako brak zaangażowania. Nie wiem, ile razy myślałam: „Gdybym naprawdę była zaangażowana, na pewno nie zachowałabym się tak jak on, na pewno bym tego nie powiedziała”. Tracę dystans. Być może przez to nie dostrzegam, że osoba na swój sposób okazuje uczucie, bliskość. Ale ja to neguję. Kiedyś przeczytałam bardzo mądre zdanie, przytaczam z pamięci: „To, że ktoś nie kocha ciebie tak jak byś chciała, żeby cię kochał, wcale nie znaczy, że cię nie kocha najbardziej jak potrafi”. Ładne. Mam jednak problem, żeby się z tym pogodzić. I na pewno nie chcę być tą pierwszą, która powie: „Zależy mi”. Jeśli od niego tego nie słyszę, czuję się rozczarowana, porzucona.

Uciekam, bo przecież trudno kochać kogoś, kto mnie skrzywdził! Wiem, jak to brzmi, ale to wszystko jest idealnie opracowane, działa jak naoliwiona maszyna tylko po to, abym nie musiała się odkryć, zbliżyć do drugiego człowieka. Tam w bliskości czyhają przecież na mnie same pułapki. Wilk odgryzie mi rękę…

Bliskości więc unikam, bo trudno mi przed sobą przyznać się do słabości, której rodzajem jest – według mnie – miłość. Muszę pozwolić, aby ktoś wszedł w moją sferę intymną, autentyczność. Żeby zobaczył mnie bez maski. Odsłaniam się, a wtedy jego cios to prawdziwy nokaut. Jeśli pokażę każdą rysę, to może ona zostać wykorzystana przeciwko mnie. I nie będę już umiała się bronić. Nie będę miała czym.

Nigdy nie zdarzyło mi się odsłonić w stu procentach. Wiem dobrze, przed jakim typem człowieka byłabym do tego skłonna. I z rozmysłem nigdy kogoś takiego nie wybieram.

Zaufania do ludzi i świata uczymy się w dzieciństwie. W pewnym sensie zostajemy zaprogramowani w rodzinnym domu. Oczywiście kolejne doświadczenia mogą to weryfikować. W moim przypadku nauka z domu nie poszła w las… Nie ufam ludziom. Wybierałam zawsze mężczyzn, przy których moje otwarcie się nie było możliwe, bo miałam pewność, że związek z góry skazany jest na niepowodzenie. Z premedytacją wybieram niewłaściwych facetów – to bezpieczne. Ta metoda się sprawdza. Jeśli zaś spotykam kogoś, przy kim mogłabym wypłynąć na szerokie wody, na wszelki wypadek go omijam. Gdyby ktoś facetowi, którego naprawdę bardzo kochałam, powiedział o moim uczuciu, byłby zszokowany. Wolę czuć się zrozpaczona, niż się zbliżyć i odkryć. Wolę uciec.