"Poznał Halinę w Częstochowie pod koniec 1956 roku na jej pierwszym wieczorze autorskim w redakcji „Gazety Częstochowskiej”. Ona – debiutująca poetka poważnie chora na serce, on – przyszły student polonistyki, początkujący niewidomy literat. Młodszy od Poświatowskiej… o tydzień. Połączyło ich niecodzienne, trudne do określenia uczucie.", możemy przeczytać we wstępie do "Tylko mnie pogłaszcz". To nowa, oparta na intymnych listach miłosna opowieść o Halinie Poświatowskiej, jednej z najbardziej utalentowanych polskich poetek i Ireneuszu Morawskim artyście, z którym poczuła szczególną więź.

Rozmawiamy z Mariolą Pryzwan, autorką biografii Haliny Poświatowskiej i osobą, w której rękach znalazły się wszystkie skrywane listy Poświatowskiej i Morawskiego. "Tylko mnie pogłaszcz" wydano z okazji 50.rocznicy śmierci poetki.

Jest Pani autorką biografii wielu wybitnych polskich artystów, czy Halina Poświatowska zajmuje w niej jednak szczególne miejsce?

Tak, bo... była pierwsza. Od niej się wszystko zaczęło. Halina Poświatowska zmieniła bardzo dużo w moim życiu. Gdyby nie ona, nie zajęłabym się biografistyką i wędrówki śladami wybitnych artystów i literatów nie stałyby się moją największą pasją.

Ireneusz Morawski niewidomy poeta i subtelna Poświatowska - jaka to była miłość?

Trudna, także do nazwania. Tak naprawdę o miłości możemy mówić jedynie w przypadku Morawskiego. Ireneusz kochał Halinę, ale dla niej był tylko przyjacielem. Bardzo bliskim, to prawda, ale przyjacielem. „Jesteś drugą połową mojej duszy, takim lustrem, a może zwierciadłem, w którym dobrze się mojej duszy przeglądać”. Nie był jednak jej miłością.

fot. materiały prasowe

Które listy najbardziej utkwiły Pani w pamięci?

Te z pierwszego okresu ich korespondencji – sprzed wyjazdu Haliny Poświatowskiej na operację serca do Stanów Zjednoczonych. Obejmują okres od jesienni 1957 do lata 1958 roku. Ileż w nich wiary, nadziei… I miłości. Wtedy jeszcze Ireneusz nieśmiało wierzył, że ich drogi życiowe mogą się połączyć, że kiedyś będzie z Haliną. Pisze o Poświatowskiej niezwykle czule.

Czy Halina Poświatowska była skrajną, beznadziejną romantyczką?

Bywała nią, ale częściej była pragmatyczką. Grażyna Borkowska określiła poetkę jako „nierozważną i nieromantyczną”. Dużo w tym racji.

Czy ciężko było namówić żonę Ireneusza Morawskiego do wydania intymnych listów? On tego nie chciał, a Halina Poświatowska była przecież „tą drugą”.

Helena Morawska nie była zazdrosna o Halinę Poświatowską. Nie musiałam jej namawiać do wydania listów. To ona podjęła decyzję o ich publikacji.

Tak naprawdę to Helena była tą drugą. Kiedy dwa lata po śmierci Haliny została żoną Ireneusza, nie wiedziała o istnieniu Poświatowskiej. Po ślubie znajomi polecili jej „Opowieść dla przyjaciela”. Powiedziała potem mężowi kilka słów o Halinie, ale od razu wiedziała, że popełniła błąd. Nigdy więcej w ich udanym, trwającym 42 lata małżeństwie nie było tematu Haliny Poświatowskiej. Helena była wyrozumiała. Wiedziała, że Poświatowska to był inny etap życia jej męża.

Przez wszystkie lata Ireneusz nie wyrażał zgody na publikację listów do Haliny. Mówił, że to dawna historia, młodzieńcze uczucie. Miał wątpliwości, czy kogoś to zainteresuje. Do mnie także pisał, że prawdopodobnie ich publikacja nie znalazłaby czytelników, bo listy były zrozumiałe tylko dla nich. Prawdziwa przyczyna odmowy była bardziej prozaiczna, ale niezwykle szlachetna. Poznaliśmy ją dopiero po śmierci Morawskiego w 2011 roku. Ireneusz nie chciał tymi listami, w których dużo miłości i oddania, zranić swej żony.

„Opowieść dla przyjaciela” to była lektura, którą Poświatowska chciała dać prztyczka w nos Morawskiemu?

Nie przypuszczam. To był pewnego rodzaju rachunek sumienia Poświatowskiej. Rozliczenie z przeszłością. Poza tym chciała, żeby Ireneusz Morawski wiedział, jak bardzo był jej bliski.

Co wiadomo na pewno o życiu miłosnym poetki?

Miłości Haliny Poświatowskiej? Było ich kilka. Pierwszą był mąż Adolf Ryszard Poświatowski zwany przez Halinę i jej rodzinę Adasiem. Niespełna dwa lata po ślubie Poświatowski zmarł nagle na serce. Halina została wdową w wieku 21 lat. Nie mówiła o mężu i małżeństwie. To był temat tabu.

W sanatorium w Żegiestowie poznała Helmuta Gillnera. Niemca. Zakochała się. W Stanach Zjednoczonych obdarzyła uczuciem swego profesora etyki, poetę Josepha Margolisa. Ta miłość nie miała przyszłości, bowiem profesor miał żonę i troje dzieci. Trwało trochę nim Halina wyrzuciła tę miłość ze swego serca.

Po powrocie do kraju poznała młodszego od siebie bywalca Piwnicy pod Baranami Lubomira Zająca, którego nazywała Wilczkiem. To była toksyczna miłość. Kiedy ukradł ikonę z bieszczadzkiej cerkwi, Halina wzięła winę na siebie, by go chronić. Przez niego też, a właściwie dla niego, targnęła się na życie.

I ostatnia miłość poetki – Jan Adamski nazywany Przepiórą – krakowski aktor i literat. Halina chciała zostać jego żoną. Marzyła o ślubie w kościele Mariackim w Krakowie. Adamski ją także kochał. Niestety miał żonę, znaną poetkę Annę Świrszczyńską. Obiecywał Halinie, że rozstanie się z żoną. Nie zrobił tego. Rozwiódł się ze Świrszczyńską jakiś czas po śmierci Haliny.

Pani faktycznie przez dwadzieścia lat prowadziła korespondencję z Ireneuszem Morawskim? Czy dzięki niej lepiej zrozumiała Pani charakter uczucia między nim a Haśką?

Korespondowaliśmy przez 20 lat. Raz częściej, raz rzadziej. Dzięki temu łatwiej mi było zrozumieć pewne porównania i gry językowe Ireneusza. Znałam niektóre jego fascynacje i lektury.

Ireneusz nie opowiadał o swojej przyjaźni z Haliną, tym bardziej o miłości do niej. Oczywiście wiedziało kilkoro najbliższych przyjaciół, zwłaszcza tych, którzy czytali mu listy od Poświatowskiej.

Gdyby mogła Pani zadać teraz trzy pytania Halinie Poświatowskiej, o co by Pani zapytała?

Miałabym tylko jedno pytanie. Dlaczego zgodziła się na tę drugą operację serca przeprowadzoną 3 października 1967 roku? Była przecież bardzo inteligentna i musiała wiedzieć, że szanse są znikome. Wtedy w Polsce nie przeprowadzano tak skomplikowanych operacji kardiologicznych. Przecież mogła jeszcze żyć – oczywiście według zaleceń prof. Juliana Aleksandrowicza, ale mogła. Wiem, że chciała żyć, jak zwyczajna zdrowa kobieta – bez zakazów i ograniczeń. Dlaczego jednak chciała operacji, która najprawdopodobniej się nie uda?

Czego może oczekiwać czytelnik po „Tylko mnie pogłaszcz”?

Fantastycznej lektury. Wciągającej, mądrej, nie do końca prostej. Listy są zabawne, refleksyjne, przewrotne – na pewno oryginalne. Miejscami przepełnione goryczą i złośliwe, ale jedno jest pewne – są niepowtarzalne.

Ireneusz Morawski jako jedyny spośród wielbicieli Poświatowskiej nie wiedział jak wygląda Halina. Nie mógł więc kochać jej pięknych wielkich oczu, zgrabnej sylwetki, ciepłego uśmiechu… Nie mógł kochać jej za niebanalną urodę.

Z listów wyłania się piękny portret poetki malowany sercem zakochanego w niej chłopca. Sercem, nie oczami.

"Tylko mnie pogłaszcz" już do kupienia w księgarniach. Polecamy!