Przez całe życie nosiłam w sobie pragnienie wyprawy na Syberię. Gdy byłam mała, słuchałam opowieści swoich dziadków – Janki i Staszka – o wilkach mieszkających w tajdze, syberyjskich poziomkach, o rozstaniu, rozpaczy i sile miłości. Dziadkowie mieszkali na Wileńszczyźnie, która po wojnie znalazła się w ZSRR. W 1951 roku Staszka zesłali za partyzantkę do gułagu w Kazachstanie, a jego żonę i dziecko – jako „wrogów ludu” – na Syberię. Wiedziałam, że gdy dorosnę, odnajdę miejsca z ich opowiadań. Nie miałam pojęcia, że spotkam kobietę, która odkryje przede mną moje przeznaczenie – mówi Małgorzata Szumska, autorka książki „Zielona sukienka”

– Pojechałam zwiedzać świat, a okazało się, że była to wyprawa po miłość – uśmiecha się Julia Raczko, która rodzinny Milanówek zamieniła na Australię. Jasne, że tego nie planowała!

GDY RUSZYŁAM ŚLADAMI DZIADKÓW, ODNALAZŁAM SIEBIE

Dziecko, nie jedź sama – prosi Małgorzatę babcia Janka. Ma 84 lata, mieszka w Jeleniej Górze, siedem lat temu pochowała męża, więc teraz jej całym światem jest wnuczka. – Babciu, ale ja muszę sama. To moja osobista podróż – mówi Małgorzata, wówczas studentka szkoły teatralnej. Zamyka oczy i widzi Mokruszę, wioskę, w której na zesłaniu żyła jej babcia.

– W takim razie weź ze sobą to zdjęcie. – Babcia wkłada jej do torby fotografię zrobioną na Syberii w 1954 roku. Przedstawia Jankę oraz jej dwie młodsze siostry. Janka ma zapleciony wokół głowy warkocz, ładne pantofelki i sukienkę. – Zdjęcie jest czarno-białe, ale wiem, że sukienka jest zielona. Znam ją dobrze z opowieści babci – zapewnia Małgorzata, niespokojny duch. Na drugim roku wzięła urlop dziekański i zaczęła podróżować: USA, Wietnam, Indie, Chiny.

– To były uniki przed dorosłością. Nie wiedziałam, czego chcę. Byłam rozedrgana. Pomyślałam, że znajdę spokój, gdy ruszę śladami rodzinnej historii – przyznaje. Wyprawę zaczyna w miejscu urodzenia dziadków. Jedzie więc na Wileńszczyznę, stamtąd do Moskwy i koleją transsyberyjską do Kańska. – Poczułam się na Syberii prawie jak w domu. Zapach tajgi po burzy wydał mi się znajomy. I wcale nie straszny, może dlatego, że babcia nigdy nie mówiła o zesłaniu tonem grozy. Wolała opowiadać, jak zbierała poziomki w lesie albo jak za pazuchą przemycała kromkę chleba dla kilkuletniego syna, gdy była salową w szpitalu w Mokruszy – wspomina wnuczka.

W tym szpitalu pracowała też Szura. I choć wszyscy jej mówili, że Polaki to gorsi ludzie i nie warto z nimi się przyjaźnić, Szura polubiła dziewczynę z Polski. Kiedyś jej wyznała: „Janka, dobrze, że cię zesłali! Inaczej nigdy bym cię przecież nie poznała”. – Właśnie z Szurą wiąże się najbardziej wzruszający moment mojej wyprawy. Odnalazłam ją! Starsza, schorowana kobieta na wózku inwalidzkim. Gdy usłyszała, że jestem wnuczką Janki, jej oczy zaszły łzami. „Zachodzicie, zachodzicie! Nada wypić samogon! Dawaj, za spotkanie”. – Zaprosiła mnie do domu i gościła przez dwa dni. Opowiadała o Jance, że piękna była, miła i spokojna. Wszyscy chłopcy za nią się oglądali, ale ona chciała tylko swojego Staszka i czekała, aż wróci z Kazachstanu. „Potem ja zawsze dumała, co u niej, czy żyje? A ona mi ciebie przysłała! Wot, maładiec!” – uściskała mnie na pożegnanie.

–Natychmiast wysłałam do babci wiadomość: „znalazłam twoją przyjaciółkę!” – opowiada Małgorzata. – Jeszcze tego samego wieczoru babcia zadzwoniła do Szury, ale zapomniała o różnicy czasu i wyciągnęła ją z łóżka w środku nocy. Nic to. Gdy się usłyszały, popłakały się ze szczęścia. Po sześćdziesięciu latach znów mogły ze sobą porozmawiać.

Dzwoniłyśmy do Szury co miesiąc. Babcia ukradkiem wyciągała z szuflady sto złotych na rachunek, a ja wystukiwałam w komórce syberyjski numer i połączenie Jelenia Góra–Syberia trwało i trwało. Któregoś dnia babcia powiedziała: „Musisz znów jechać na Syberię”. Dowiedziała się, że przyjaciółka zmarła. Babcia chciała, żebym położyła kwiaty na jej grobie. Oczywiście spełniłam tę prośbę – mówi Małgorzata i dodaje, że podczas drugiej podróży na Syberię miała dziwny sen. Śniła, że jedzie kolejką górską, tor się urywa, a wagonik spada do wody. Małgorzata wypływa i wspina się na drzewo, które otula ją gałęziami.

– Traf chciał, że nieznajoma, u której nocowałam na Syberii, umiała odczytywać znaczenie snów: „Woda to oczyszczenie. Zmyjesz z siebie maskę. Drzewo – to świat, gałęzie – to ludzie. Potrzebujesz podróży i ludzi. Twoim domem jest świat. Żyj wszędzie. To twoje przeznaczenie” – usłyszałam. I wszystko stało się jasne! Zrozumiałam, dlaczego tak ciągnie mnie w drogę, i że to może być dla mnie dobre – przyznaje Małgorzata Szumska.

Pół roku później już była na Filipinach, pomagała w odbudowie kraju zniszczonego przez tajfun. Wzięła ze sobą pacynki, grała spektakle dla dzieci, żeby choć na chwilę zapomniały o traumie. – Tam spotkałam wróżkę, która powiedziała, że przez całe życie będę pomagać innym. Tego chcę!

W SAMOTNEJ PODRÓŻY DOOKOŁA ŚWIATA SPOTKAŁAM MIŁOŚĆ, KTÓREJ NIE SZUKAŁAM

Rok 2012, Julia Raczko – z wykształcenia psycholog mediów – pracuje jako producent i reżyser programów telewizyjnych. Ma 27 lat, jej kariera pędzi jak szalona, a życie toczy się miło. Ma fajnych przyjaciół, niezłe perspektywy, ale jednocześnie czuje, że coś w życiu musi zmienić. Może potrzebuje nowych inspiracji? Może szukała dziury w całym? Sama nie wie. Po prostu czuje, że pora złapać oddech. Sprzedaje ukochane auto, wyciąga oszczędności i kupuje bilet lotniczy na podróż dookoła świata.

– Pierwszy raz zamiast wczasów all inclusive wybieram samotną wyprawę z plecakiem – mówi Julia. Sporządza listę krajów, które chce zobaczyć: Tajlandia, Malezja, Indonezja, Polinezja Francuska, Australia, Nowa Zelandia, Peru, Chile, Kuba i Meksyk. Przed wyjazdem zakłada blog „Where is Juli”, aby informować bliskich, gdzie jest i co z nią się dzieje. Dwa tygodnie później pisze: „Tajlandia. Dopiero zaczynam mościć się w podróżniczym świecie. Podoba mi się! Leżę na plaży, w jednej ręce rum, w drugiej soczyste mango. Klik, przychodzi wiadomość od koleżanki: »Julka, powinnaś opisać swe przygody w książce. Ale wiesz, żeby był sukces, konieczny jest happy end, musisz się zakochać!«”.

– Odpowiedziałam, że nie ma takiej opcji, bo nie szukam miłości. Ale jakieś dziwne „coś” chciało, żebym ją spotkała – uważa Julia. Wspomniane „spotkanie miłości” nastąpiło w Australii i jeśli było wyreżyserowane, to przez los. – Musiałam z Sydney dotrzeć do Cairns. To piekielnie daleko, a bilet lotniczy koszmarnie drogi. W panice szukałam sposobu na tańszą podróż. Znalazłam pociąg do Brisbane, na mapie to połowa drogi do celu. Pomyślałam: „Trudno, spędzę w pociągu piętnaście godzin, ale za to nie zrujnuję budżetu”. Tylko co będę robić w tym Brisbane? „Znacie tam kogoś?” – zapytałam na Facebooku. Odezwała się Magda, znajoma z Milanówka. Niedawno do Brisbane przeprowadził się jej kuzyn Sam, inżynier w liniach lotniczych Qantas. Nie wiadomo, czy jest w domu, bo to włóczykij. Godzinę później Magda informuje: „Kuzyn jest w domu, możesz się u niego zatrzymać”. Ucieszyłam się – opowiada podróżniczka.

– Pierwsze spotkanie z Samem? Dworzec kolejowy. Zanim się zobaczyliśmy, była zabawna wymiana SMS-ów. „Siedzę w białym vanie” – napisał on. „Mam zielony plecak” – odbiłam piłeczkę. Zrozumiał żart. Po chwili wysiadł z samochodu. Uśmiechnął się, uścisnął mnie na powitanie i zaprosił do domu. Siedliśmy z kubkami kawy na ganku i rozmawialiśmy o tym, skąd się wzięliśmy w tym mieście. Matko, ile ja się namęczyłam, żeby zrozumieć jego angielski. Po godzinie rozpakowałam plecak, a on zajrzał nieśmiało do pokoju i powiedział piękną polszczyzną: „Czuj się jak w domu”. Drań! Ukrywał, że zna polski – śmieje się Julia.

W Brisbane miała być trzy dni, a została tydzień i nigdy nie dotarła do Cairns. – Dobrze mi było z Samem. Tak po przyjacielsku. Były długie rozmowy, wypady na plażę i oglądanie filmów do trzeciej nad ranem – wspomina Julia. Kolejne tygodnie spędziła w Melbourne, u polskich znajomych. – Czułam, że coś się wydarzy. No i stało się. Dołączył do nas Sam. Kilka dni później poleciałam do Nowej Zelandii. Scenariusz znów się powtórzył, bo niebawem odwiedził mnie chłopak z Brisbane – wspomina Julia. Dla niego, gdy poprosił, żeby wróciła z nim do Australii choć na kilka dni, zmieniła trasę podróży. – Zgodziłam się i do samolotu wsiedliśmy, trzymając się za ręce – opowiada.

A potem znów było: „Do widzenia”, bo Julia musiała lecieć dalej. Ostatnim państwem na trasie podróżniczki był Meksyk. – Oczywiście i tam Sam mnie odnalazł. Rozkochał mnie w sobie tak mocno, że zabrałam go do Polski, żeby poznał moich rodziców 2 3 – opowiada Julia. Pojawiło się pytanie: co dalej? Obydwoje wiedzieli, że to, co ich połączyło, jest wyjątkowe. Ale mieli świadomość, że na odległość żyć się nie da. Kto więc do kogo się przeprowadzi?

– Padło na mnie. To nie była łatwa decyzja. Nigdy nie myślałam o emigracji, bałam się tęsknoty. A jednak podążyłam za australijską miłością, bo czułam, że tak powinnam zrobić. Na początek miałam zostać trzy miesiące, na próbę. Od tej pory minęły już dwa lata! Nie wiem, kiedy to zleciało – dziwi się Julia. – Dziś Brisbane jest naszym wspólnym domem. To tu uśmiechamy się do siebie każdego ranka i przytulamy na dobranoc każdego wieczoru. Jesteśmy szczęśliwi. Tylko tytuł mojego bloga już nie pasuje do sytuacji. Dlatego „Where is Juli” zamieniłam na: „Where is Juli + Sam”. Bo przecież moja samotna wędrówka się skończyła, a prawdziwa podróż dopiero się zaczyna. Przyjaciółki uważają, że to najbardziej romantyczna historia na świecie. Może faktycznie napiszę o tym książkę?