Kiedy na zamku Sudeley rozbrzmiały głosy chórzystów śpiewających "Glorię" Vivaldiego, mistrz ceremonii dał znak do rozpoczęcia uroczystości weselnych. Goście zwrócili głowy w kierunku wejścia do kaplicy. Wypatrywali panny młodej. Kiedy w końcu weszła, wzbudziła zachwyt. Elizabeth Hurley ubrana w białą suknię zaprojektowaną specjalnie na tę okazję przez Donatellę Versace wyglądała olśniewająco. Kilkumetrowy welon przytrzymywała brylantowa tiara, zdobiona 129 drogocennymi kamieniami. "Nie mogłem powstrzymać łez, widząc, jaka jest piękna. Miłość do niej wprost mnie przepełniała. Wiedziałem, że to chwila, na którą czekałem całe życie" - mówił później Arun Nayar.

Panna młoda też z trudem panowała nad emocjami. Wpatrzona w przyszłego męża drżącym głosem powtarzała słowa przysięgi. Kiedy wielebny John Partington poprosił Damiana, czteroletniego synka aktorki, o podanie obrączek, popłakała się. Ale były to łzy szczęścia. "Myślałam wtedy o moich mężczyznach. O Arunie, który stał przede mną. O zmarłym ojcu. I o Damianie, największej radości mojego życia" - przyznała. Jej starsza siostra Katie dodała: "U nas to rodzinne. Jesteśmy znane z tego, że płaczemy przy każdej okazji. Jednak dzisiaj Liz mi zaimponowała. Tak dzielnie dawała radę. Chusteczkę wcisnęłam jej w rękę dopiero pod koniec ceremonii. Na szczęście została mi jeszcze jedna sucha".

Wzruszenie bohaterów wieczoru udzieliło się także pozostałym gościom. "We Włoszech takie emocje podczas ślubu są normalne. Ale patrząc na to, co działo się z Elizabeth, dostrzegałem coś niezwykłego. Jakby piękny kwiat rozkwitał na moich oczach" - mówił projektant Valentino. "Wyglądała wspaniale. Tak kobieco. Jak najdroższy klejnot. Po prostu 24-karatowa kobieta. Biła z niej prawdziwa radość" - to słowa dziennikarki Trinny Woodall.

"Elizabeth zawsze chciała mieć baśniowy ślub. Teraz zaczyna spełniać swoje marzenia" - komentował przygotowania Henry Dent-Brocklehurst, właściciel zamku Sudeley. "Byłem przy niej w dobrych i złych chwilach. Mogła zawsze na mnie liczyć. Sudeley jest jej drugim domem. Dlatego byłem wniebowzięty, kiedy zapytała, czy może tutaj urządzić ceremonię". Jako pierwszy zaproszenie otrzymał najbliższy przyjaciel gwiazdy Elton John. To właśnie on, w zastępstwie zmarłego ojca gwiazdy, poprowadził pannę młodą do ołtarza. "Kocham cię jak siostrę, Elizabeth. Jestem dumny z tego, że cię poznałem. Jesteś wyjątkową osobą. Popieram cię w każdej decyzji. Na moich oczach stałaś się wspaniałą matką. Długo czekałaś na swojego wymarzonego mężczyznę. Teraz, kiedy już go masz, żałuję, że twój ojciec nie może być z nami" - przemawiał piosenkarz. Potem specjalnie dla nowożeńców zaśpiewał jeden ze swoich największych hitów "Can You Feel The Love Tonight". To był pierwszy taniec wieczoru. "Jak byłyśmy nastolatkami, słuchałyśmy jego płyt non stop. Nie sądzę, żeby Liz kiedykolwiek pomyślała, że to właśnie Elton poprowadzi ją do przyszłego męża, a potem specjalnie dla nich zaśpiewa. To czyni ten wieczór jeszcze bardziej wyjątkowym" -  mówiła siostra gwiazdy Katie. "Właśnie tę piosenkę mój synek kocha najbardziej. Nie dziwcie się, że znowu płaczę. Zaczyna mi się to nawet podobać" - dodała Liz.

Kiedy emocje trochę opadły, nowożeńcy mogli w końcu zająć się gośćmi. A frekwencja dopisała. 300 zaproszeń trafiło tylko do najbliższych znajomych młodej pary. "Zaczęli się zjeżdżać od piątku. Postawili na nogi senne Gloucestershire" - pisał William Cash z magazynu "Hello!". Z helikopterów "dowożących" na miejsce skorzystali m.in. aktorka Patsy Kensit, modelki Eva Herzigova i Elle Macpherson, Flavio Briatore i grecki książę Pavlos. Jednak paparazzi wypatrywali kogoś jeszcze. "Czy Hugh Grant będzie zaproszony?" - dopytywała się angielska prasa przed ślubem. Rozstanie aktora z narzeczoną Jemimą Khan tylko podsycało emocje. Liz szybko zareagowała, nie chcąc, żeby te spekulacje miały wpływ na przygotowania do uroczystości. "Zdecydowaliśmy z Arunem nie zapraszać naszych poprzednich partnerów. Mimo że żyjemy z nimi w przyjacielskich stosunkach, uważamy, że ten wieczór powinniśmy spędzić we własnym gronie. Z ludźmi, którzy będą się w pełni cieszyć naszym szczęściem" - mówiła. I którzy, w przeciwieństwie do Hugh, będą lubili jej kuchnię...

Na kilka tygodni przed ślubem było wiadomo, że w menu znajdą się tradycyjne angielskie dania. Potem pojawiły się plotki, że ma je przyrządzić sama panna młoda. Na weselnych stołach znalazły się: koktajl z homara, smażone piersi kurczaka, gorące toffi i pudding. "W kuchni bardzo dobrze sobie radzę, ale kolacją dla tylu osób niech zajmą się profesjonaliści" - mówiła Liz. W czasie posiłku podkreślała jednak, że każdą z tych potraw umie zrobić sama. Po zakrapianej najlepszym szampanem uczcie przyszedł czas na prawdziwą weselną zabawę.

Brat Aruna, Nikhil, w swojej przemowie ostrzegał Liz przed wadami męża. "Uwielbia się stroić. Może zdarzyć się tak, że będzie miał więcej ubrań od ciebie. Ma dość pokaźną kolekcję spinek do mankietów. I najgorsze: nie umie prowadzić samochodu. Pamiętaj, pod żadnym pozorem nie dawaj mu kluczyków. Już raz musieliśmy przepraszać grupę robotników, w którą chciał wjechać" - mówił. Potem wyświetlono specjalny film, który państwo młodzi nagrali dla gości.

Na jednym z ujęć Arun w kostiumie z filmu "Gorączka sobotniej nocy" tańczył w takt muzyki indyjskiej i deklarował swoją miłość do żony. "Wyglądał jak prawdziwa gwiazda filmowa. Jak będę potrzebował utalentowanego debiutanta z Bollywood, to na pewno się z nim skontaktuję" - zapowiedział producent filmowy David Furnish, partner życiowy Eltona Johna. Jednak największą wesołość wzbudził epizod z Liz w roli głównej. Aktorka ubrana w tradycyjne indyjskie sari tańczyła w strugach ulewnego deszczu. "Właśnie za to kocham swojego brata i jego nową żonę. Można na nich liczyć w każdej sytuacji. Ale można się też z nimi najzwyczajniej w świecie powygłupiać. Jesteście cudowni!" - krzyczał ze sceny Nikhil Nayar. Tańce trwały do czwartej nad ranem.

"Musimy oszczędzać siły. Teraz czeka nas trzydniowa ceremonia w Indiach w otoczeniu mojej rodziny" - mówił Arun po skończonej zabawie. "Zdecydowaliśmy się na dwa wesela, ponieważ nie zamierzamy osiąść na Wyspach na stałe. Będziemy mieć dwa domy. Jeden w ojczyźnie Liz, drugi w mojej" - tłumaczył. Aktorka przyznała, że nie może się już doczekać miesiąca miodowego, który spędzą na Malediwach. "Wtedy postaramy się o powiększenie naszej rodziny. Damian czeka na rodzeństwo". Arun dodał, że jest pewny, że będzie to kolejny chłopak. "Albo dwóch. Liz chciałaby bliźniaki". Może i to marzenie się spełni.