1. PAPROCKI & BRZOZOWSKI

Pokaz marki Paprocki & Brzozowski odbywa się w hali przy ul. Mińskiej w Warszawie. Praga Południe, obrzeża Szmulowizny, wokół rozsypujące się czynszówki, a w nich klatki schodowe pachnące zgnilizną i moczem. Przed wojną praskie życie tętniło wokół mykwy i synagogi, działały tu bazary, fabryczki, warsztaty. To tu planowano kilka lat temu tzw. warszawskie Soho. Miało ono, jak to zwykle w stolicy, być imitacją czegoś podpatrzonego na Zachodzie. Dzielnica na wzór cyganeryjnych i modnych 40 lat temu – Soho londyńskiego i SoHo nowojorskiego. Skończyło się „po mazowiecku”: na jednej gruzińskiej knajpce i kilku nieogrzewanych starych halach industrialnych. To ma być glam? Cóż, ja się nie znam, jestem spoza świata mody. Czas dla urody wolę poświęcić zdrowiu – uprawianiu sportu. Nie odwiedzam butików, nie wertuję „Vogue’a”, bo jest tyle książek do przeczytania, że na gazetki czasu nie starcza. Chętnie patrzę na modnych ludzi, są jak kolibry na tle szarzyzny. Porzucają taksówki ustawione w korku. Po nierównych chodnikach posypanych zabójczą dla eleganckich szpilek solą brną na pokaz. Ma zacząć się o 21.

Przed wejściem kolejka dłuższa niż za komuny ustawiała się pod sklepem mięsnym, gdy rzucili wołowe bez kości. Kobiety w krótkich spódnicach trzęsą się z zimna – wolą przeziębić pęcherz, niż zrezygnować z efektownej „stylówy” na tle ścianki. Jeśli ścianki są tylko po to, by w necie generować hejting, to po co ludzie się na te ścianki pchają? Polki są jednak tak wyposzczone, jeśli idzie o okazje, na które mogą się „zrobić”, że nawet do rozsypującej się hali na Pradze przybywają „overdressed”. Panowie jak pokorne barany też czekają przed wejściem. Takie trzymanie ludzi po czasie przed drzwiami pokazu nie ma wiele wspólnego z elegancją, myślę sobie, ale cóż, nie znam się na modzie. Zachwyca mnie modowy tłum w kolejce. Okazał się dużo lepiej ubrany niż modelki podczas pokazu. Wśród panów modne są obcisłe, pomarszczone, a do tego sportowe buty za kostkę, rozchełstane sznurówki. Na szczęście sneakersy już bez skrzydełek, ale za to białe lub neonowe, na platformie wypełnionej żelem, choć panowie chodzący w tak modnych butach nie odróżniają zapewne siatkówki od koszykówki. Do spodni rurek obowiązują bluzy wielkości namiotu, najchętniej z dekoltem szerokim aż po obojczyki, a spod bluzy obowiązkowo ma wyzierać T-shirt ze srebrnym nadrukiem. Wreszcie wpuszczają nas i witają wodą mineralną, choć temperatura zimowa skłania raczej ku grzańcom. Ale anorektyczny look pozwala wyłącznie na picie wody.

Na pokazach wśród publiczności obowiązuje ścisła hierarchia. W rzędzie pierwszym imienne rezerwacje, usadzono tu redaktorów naczelnych pism modowych oraz „celeby” na miarę Idealnej Pani Domu, Małgorzaty Rozenek. Małgosia na mój widok (znamy się, bo nasze dzieci są w tej samej szkole) zdumiona zapytuje: „Boże, a co ty tutaj robisz?”. Małgosia w czerwonej sukni do ziemi, a ja w dżinsach sprzed pięciu lat. W takiej sukni na pewno zaplątałyby mi się nogi. W pierwszym rzędzie zauważam pierwszorzędnego pisarza Michała Witkowskiego w przykusej skórzanej kurtce. Osoby w średnim wieku lubią skóry motocyklowe, bo to tak nas niby rockandrollowo odmładza. Po co projektantom na pokazach tandetny świat „celebów”? Czy to nie zniechęca klientek, nie czyni czarnego PR-u? Nawet gdyby mi płacili, to nie chciałabym nosić ubrań, które kupuje Doda albo Joasia Krupa czy blogerki o słownictwie wąskim jak talia osy.

Obok mnie siedzi zabójczo przystojny i elokwentny seksuolog, ale niestety mężaty, jak większość panów wokół. Pokaz rusza z godzinnym opóźnieniem. Dlaczego w filharmonii orkiestra światowej sławy pod batutą Seiji Ozawy potrafi zacząć punktualnie, nawet jeśli solistami są wielkie gwiazdy na miarę Zimermana, a pokaz kilkunastu kiecek rusza z godzinnym opóźnieniem? Bywa, że moda z elegancją ma mało wspólnego… Oprawa pokazu bogata, pod sufitem gigantyczna rzeźba w postaci głowy czarnego kota oblizującego się czerwonym jęzorem. Może coś nawiązującego do evergreenu musicalowego pt. „Koty”? Panterki, ogony, futra, pazury? Nic z tych rzeczy. Zaprezentowana w hali przy Mińskiej kolekcja nadaje się wyłącznie na imieniny u cioci. Żadnego fantazyjnego pomysłu, materiały niczym obrus z wiskozy, marszczenia dobre na firany. Sukienki bez ciekawej konstrukcji ani dekonstrukcji, żadnej zmysłowości, awangardy.

Dlaczegóż marka ta lansowana jest w telewizji śniadaniowej? Czy polski rynek modowy to kompletna pustynia, więc jakość kolekcji nie ma znaczenia, bo po prostu działa urok osobisty uroczych skądinąd panów Brzozowskiego i Paprockiego? Ludzie są tak wygłodzeni brylowania na pokazach telewizje modowe mają tak puste ramówki, że tłoczyliby się na KAŻDYM pokazie, niezależnie od jakości. Marka obchodziła 13-lecie istnienia. Pokazano koszulki z zabawnym napisem „13 who cares?”. Co z tego, jeśli jakość tych koszulek pozostawiała wiele do życzenia: T-shirty nie zaskakują oryginalnym fontem, tania bawełna, brak grafiki. Znam projektanta, który swoje T-shirty, istne dzieła sztuki, ręcznie haftuje. Rzeczywiście, tę kolekcję Paprockiego i Brzozowskiego podsumowuje hasło: „Who cares?”.

2. ANIA KUCZYŃSKA

Za to pokaz Anny Kuczyńskiej był zaprzeczeniem prowincjonalności i masówki. Kameralny, punktualny i z klasą, co nie znaczy, że brakowało tu pomysłowości. Odbył się w jednej z najważniejszych w tej części Europy galerii sztuki nowoczesnej, w Raster, malutkim, oszklonym wnętrzu o architekturze z czasów filmów ORWO. Zamiast tysiąca krzeseł plastikowych – kilka czarnych skrzynek do siedzenia. Elitarne grono ekspertów od mody. Nie było tu serialowych gwiazdeczek ani żadnych ludzi spoza świata mody. Rozpoznałam Monikę Stukonis, czyli szefową „ELLE”, oraz Krystynę Kaszubę, carycę polskiej prasy dla kobiet. Światło słoneczne zza okien uwypuklało dziewczęcy, naturalny look modelek. Dziewczyny miały włosy związane w lekko rozsypujący się koński ogon – idealnie pasował do kolekcji bazującej na looku chińskich robotnic z okresu rewolucji. Czarne, luźne, ale zmysłowe sukienki na ramiączkach zwiniętych trochę jak ręcznik frotté. Szerokie pasy „samurajskie”. Pomysłowy materiał: cieniutki dżins! W rękach kopertówki, a w nich wystające pojedyncze kwiaty, symbol Azji. Do tego wreszcie genialne buty – espadryle wiązane nad kostką, mulitkolorowe, szyte w Hiszpanii specjalnie do tej kolekcji. Przywodzą na myśl kolorowy świat hiszpańskiego surrealizmu, plaży i Salvadora Dali. Oto kolekcja światowa, niepowtarzalna, takie sukienki swobodnie można nosić na co dzień w metrze i na przyjęciu w Nowym Jorku, wzbudzając zazdrość wszem i wobec. Czy kreacje te utrzymają fason po dwóch praniach?

Czy Kuczyńska gwarantuje jakość Jil Sander? Po pokazie malutki poczęstunek: szampan i cudownie maślane croissanty. Zamiast serialowych gwiazdeczek na tle ścianki – prace Libery na ścianie. Zamiast transmisji internetowej dla klikającej w komórkach „ludożerki” – dwóch fotografów. Przez chwilę zapomniałam że jestem w Warszawce. Klimat był iście kosmopolityczny. Wydarzenie zorganizowano o 13, czyli w porze pracy, bo tak należy traktować pokaz kolekcji. To nie impreza, tylko prezentacja służbowa dla najbardziej opiniotwórczych osób w branży. Czas takich ludzi jest cenny, a Kuczyńska to osoba o świetnych manierach i wie, że nawet królowa brytyjska się nie spóźnia.

3. ROBERT KUPISZ

Robert Kupisz to marka komercyjna, jej sympatyczny, wysoki i zgrabny właściciel to ulubieniec aktorek, które czesał pod koniec ubiegłego stulecia. Kupisz parę lat temu dowiódł, że „orzeł może”, robiąc kolekcję wyciągniętych do kolan T-shirtów z orłem. Koturnową i martyrologiczną tradycję kultu Powstania Warszawskiego przerobił na dżinsowy streetowy styl basic. Pokaz Kupisza zorganizowany został na obrzeżach miasta, w wielkiej hali dokładnie pośrodku pola. Za scenografię służyły zawieszone w tle opony. Napaliłam się na styl warsztatów wulkanizacyjnych. Może pojawią się panowie w szelkach na gołe torsy i pin-up girls z kapiącymi od piany gąbkami do mycia karoserii? Pokaz spóźnił się półtorej godziny, gdyż czekano na prezenterkę programu o modelkach, Joannę Krupę. W pierwszym rzędzie zasiadły punktualne: jak zwykle skromna i z klasą aktorka Maja Ostaszewska, dziennikarka TVN24 Marta Kuligowska oraz zawsze ubrana z przytupem Monika Olejnik ze swym ukochanym, Tomaszem Ziółkowskim.

W zamian za naszą cierpliwość otrzymaliśmy miks różnorakich elementów. Bojówki, kurtki parki na kożuszku (polecam oryginalne, w sklepach militarnych), grunge’owe czapki dla panów. Ponoć kolekcja ta była inspirowana motocyklistami, ale zamiast motocyklowych butów Kupisz proponuje sneakersy. W tle brzmiały piosenki The Doors, ale nic w tej kolekcji nie przetwarza looku z lat 70. Nie wiem też, co przezroczyste kombinezony w panterkę dla pań mają wspólnego z kobietami jeżdżącymi na harleyach. No cóż, nie znam się na modzie, ale sądzę, że pomysł z orłem nie utrzyma wysokich lotów i Kupisz będzie musiał rozkręcić nowy biznes, co mu się na pewno uda, bo ma doskonały zmysł biznesowy.

4. ŁUKASZ JEMIOŁ

Po złych doświadczeniach z kolekcjami autorstwa mężczyzn z oporami wybierałam się na pokaz Łukasza Jemioła. Byłam już tak zdołowana tandetą modową, że nie chciało mi się nawet przebrać na wieczór i poszłam w wyciągniętym swetrze, pod oczami sine, napuchnięte kręgi – ślady dwudniowego kaca. Na pokaz zaprosiłam 20-letnią przyjaciółkę, by pławić się w jej blasku, fankę mody. Mediom szepnęłam, że to moja córka. Lubię robić sobie jaja z kolegów po fachu, którzy żadnych informacji nie potwierdzają – po co, niech się klika i hejtuje w sieci ku radości pospólstwa. Na Jemioła dotarły fashionistki, było wśród publiczności sporo osób ubranych z fantazją. Kobieta w tiulowej mini. Mężczyzna w białej rozpiętej koszuli z pięknym torsem, a na to kusa kurteczka Levi’sa z jasnego dżinsu i vintage’owe buty motocyklowe. W pierwszym rzędzie zauważyłam najlepszego polskiego stylistę, Krzysztofa Łoszewskiego, który podczas pokazu nawet parę razy pokiwał głową z uznaniem, a zwykle jest bezlitosny. Była też redaktor Beata Sadowska, ale ona zawsze jest uśmiechnięta, więc trudno powiedzieć, co myśli naprawdę. Zapewne były też szafiarki, lecz tych nie rozpoznaję.

Blogerzy utrzymują się z pieniędzy marek, które je zapraszają, więc wiadomo, że raczej promują, niż uprawiają rzetelną krytykę. Wiele looków z kolekcji Jemioła mnie zachwyciło. Beżowe minispódniczki, pod spodem czerwone, à la Louboutin. Rozkloszowane niczym abażurki. Utrzymują się na piance. Latem pewnie w takiej mini jest potwornie gorąco, ale w modzie liczy się look, a nie wygoda. Luźne, długie, geometryczne kamizelki, płaszcze, swetry moherowe ściągnięte złotymi, cienkimi, plastikowymi paskami. Do tego czerwone szpilki.

Kolekcja Jemioła może nie zwalała z nóg oryginalnością, ale była szykowna, seksowna, uszyta z różnorodnych materiałów, a nie z jednej rolki! Właściwie każdą z tych rzeczy chętnie bym nosiła do pracy i na wyjście do znajomych. Sam pokaz uwodził prostotą. Na koniec na białym suknie wyświetlono projekcję z czarnych rozwijających się kwiatów. Symbol wiosny. Pytam koleżanki: „Jak ty tak co sezon kupujesz nowe ciuszki, to gdzie je trzymasz? Bo ja nienawidzę, jak z szafy wylatują mi sterty wygniecionych ubrań”. „Co kilka miesięcy ładuję stare rzeczy do czarnych, plastikowych toreb i oddaję znajomym przez Facebooka” – odpowiada. Tak często? W czasach, gdy każdej szafiarce wydaje się że jest Justyną Chrabelską, może warto ustawić się pod oknem i sprawdzać, co kobiety wyrzucają w czarnych workach?