Bycie singlem jest modne. Ale czy przyjemne? Bohaterki naszego artykułu przyznają, że nie bardzo. Bo chociaż w galopie codziennych spraw można o swojej samotności nie myśleć, to przed walentynkami, andrzejkami, wakacjami czy sylwestrem w większości pojedynczych odzywa się tęsknota za kimś do pary. Choćby na chwilę. Co wtedy? W Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii karierę robią agencje, które wypożyczają awaryjnych partnerów na ważne wyjścia. Większość naszych firm matrymonialnych uważa to jednak za przedmiotowe traktowanie drugiego człowieka. Choć, jak w zaufaniu wyznał nam właściciel jednego z dużych biur, ktoś, kto założy firmę z partnerami do wynajęcia, zrobi nie lada interes. W kraju, w którym co czwarta osoba jest samotna, chętnych na takie usługi nie powinno zabraknąć...

Eliza, 29 lat

NIECH KTOŚ PÓJDZIE ZE MNĄ NA KONCERT!

Gdyby kumpela poszła ze mną na koncert... Nawet bym nie wiedziała, jaki fajny facet pracuje piętro niżej!

Firma ufundowała nam bilety na Harlem Gospel Choir. Niestety, koleżance, z którą się wybierałam, coś wypadło. Nikt inny z moich bliskich nie miał ochoty - opowiada swoją historię Eliza. - Najpierw myślałam: "Pójdę sama". Wydało mi się jednak to niezręczne. Raz byłam bez towarzystwa, w teatrze. Na tle par, rozbawionych grup moja pojedynczość była jeszcze dokuczliwsza. A teraz jej świadkami mieliby być w dodatku znajomi z pracy - wspomina. Eliza od trzech lat pracuje w dużej firmie doradztwa personalnego. Do późna. Potem wraca do własnego M, gdzie czeka tylko kot. - Przyjaciele zostali w rodzinnym Szczytnie. Ci ze studiów są zapracowani tak jak ja, nos w komputer. Skończyły się czasy imprez. Teraz do nowych mieszkań zaprasza się dwie pary przyjaciół na kolację - ubolewa. Gdzie ma kogoś nowego poznać? Kiedyś chciała zapisać się na lekcje tańca albo zajęcia plastyczne, byleby wejść w jakąś grupę pokrewnych dusz. Ale gdzie są takie koła zainteresowań, ile one kosztują? I kiedy miałaby na nie znaleźć czas?

Niedziela wieczór, Kongresowa

Gdyby nie ogromna ochota pójścia na koncert muzyki gospel, pewnie oddałaby bilety koleżankom z pokoju. W życiu nie zdecydowałaby się wysłać ogłoszenia, że szuka mężczyzny do towarzystwa. - Napisałam e-maile tylko do znajomych spoza pracy. Że jest wolne miejsce i jeśli ktoś lubi czarne głosy i ma wolny wieczór w niedzielę, to koleżanka się ucieszy. Nie przyznałam się, że chodzi o mnie. Po co wszyscy mieliby wiedzieć, że wstydzę się swojej samotności? Odpowiedzi dostała już następnego dnia. Dwie. - Jedną od znajomej, której tata miał wolny wieczór. Podziękowałam. Drugą, sforwardowaną, od nieznanego chłopaka. - Umówiła się z nim przed Salą Kongresową, tuż przed koncertem. Nie było czasu, żeby się wcześniej poznać. Miała go jednak na tyle dużo, by rozmyślać, czy to na pewno był dobry pomysł. Może lepiej było pójść tylko we własnym, za to sprawdzonym towarzystwie? Niech inni myślą, co chcą. A jeśli to jakiś meganudziarz? Nazwisko nic jej nie mówiło. - Przybiegłam w ostatniej chwili. I aż mnie zatkało. Mój randkowicz w ciemno to był informatyk z mojej firmy! Na tyle nieprzytomny, że mnie też nie kojarzył. Nasze spotkanie wydało się nam tak niesamowite, że wieczór zaczęliśmy rozbawieni. I nawet podczas koncertu nie mogliśmy przestać gadać - Elizie śmieją się oczy.

Kto wie, może coś...

Dzisiaj mówi, że to najbardziej niezwykłe zdarzenie w jej życiu. - Fajny ten Rafał. Ma kapitalne poczucie humoru. Niestety, następnego dnia rano miałam prezentację dla kluczowego klienta, nie było mowy o kolacji na mieście. Odwiózł mnie pod dom, jeszcze chwilę porozmawialiśmy w samochodzie. Rano w telefonie znalazłam SMS od niego, z podziękowaniem za wieczór. I od wtajemniczonej przyjaciółki: "Eliza, pisz, jak było!!!". Śmieje się, że odkąd się poznali, zaczęła mieć problemy z komputerem. A i on sam z siebie zaczął wpadać do jej pokoju, podsyłać żartobliwe e-maile. Właśnie umówili się do kina. - Koleżanki z pracy zapytały mnie niedawno, czy długo już tak ze sobą kręcimy - Eliza milknie. - A do mnie nagle dotarło, że gdyby nie koncert i moje ogłoszenie, to sama z siebie nie zwróciłabym na niego uwagi. Nigdy w życiu.

Na studniówkę samej? To wstyd!

Magda nie ma wątpliwości. - Gdybym nie szukała towarzystwa na bal, nie poznałabym Tomka. A gdybym nie spędziła z nim całego wieczoru, nie wiedziałabym, jaki to fajny człowiek. I nie zakochałabym się w nim. Ze wzajemnością! - opowiada uradowana. Ma 20 lat i za sobą pierwszą rocznicę poznania swojego chłopaka. Z rozbawieniem wspomina, że miała mnóstwo obaw, decydując się na wyjście na studniówkę z kimś, kogo znała tylko z opowiadań i zdjęć. - Na których wyglądał jak Keanu Reeves! A kiedy po mnie przyjechał, nie umiałam ukryć rozczarowania: mojego wzrostu, okularki - chichocze. Początkowe oboje byli skrępowani, zwłaszcza że cała rodzina Magdy niby przypadkiem zeszła się do przedpokoju, by Tomka obejrzeć. Jej znajomi szkolni też nie kryli zainteresowania. Zgodnie z prawdą przedstawiała go jako kolegę swojego starszego brata, ale niewiele więcej umiała o nim powiedzieć. Co studiuje? Spod jakiego jest znaku? - Sam opowiadał o sobie. Że doszedł do finału ogólnopolskiej olimpiady z fizyki, że jego tata jest pilotem, że lubi podróże. Jak ja. Do tego ma genialne wyczucie rytmu. I jak pachniał! Przekonałam się o tym podczas wolnych tańców... Odkąd rozstałam się z moją pierwszą miłością, nikt mi się tak nie podobał jak on. Z wzajemnością. Tomek już następnego dnia zadzwonił z propozycją spotkania. Najzabawniejsze jest jednak to, że moi rodzice poznali się dokładnie w ten sam sposób! Gdy mama nie miała z kim iść na studniówkę, jej przyjaciółka, ciocia Hania, namówiła swojego brata, a mojego tatę...

Elżbieta, 39 lat

NA WAKACJE Z NIEZNAJOMYM? POJECHAŁAM!

Ludzie potrzebują kogoś do pary, ale nie potrafią się odnaleźć. Bo trzeba próbować. Pod byle pretekstem!

Doświadczona samotnym wyjazdem na urlop, Ela zdecydowała: nigdy więcej. Mniejsza o to, że musiała dopłacić za drugie, niewykorzystane łóżko. Najbardziej brakowało jej kogoś do podzielenia się uwagami na temat zwiedzanego świata. Łudziła się, że może przy posiłkach kogoś pozna, ale pozostali turyści twardo trzymali się w swoich grupach. - Jestem aktywna. Lubię zwiedzać, podpatrywać tubylcze zwyczaje - opowiada. - Ale z kimś! Tymczasem po raz kolejny szykowały mi się samotne wakacje. Przyjaciółka nie mogła jechać, nie dostała urlopu. Pozostałe mają inne pomysły na wakacje - Ela uśmiecha się kwaśno. Jest panną. Wieloletni narzeczony z dnia na dzień odszedł i ożenił się z inną (jak mówi: starszą i brzydszą). W wieku 38 lat miała sklep z biżuterią w Warszawie, dwa psy i hobby: starożytność. - Interesuję się wszystkim, co ma związek z dawną Persją, Grecją - zaczyna swoją historię. - Dokładnie rok temu weszłam na stronę poświęconą antykowi. Zalogowałam się na forum, bo zainteresowała mnie wypowiedź dotycząca Mezopotamii. Dopisałam swój komentarz i wciągnęła mnie ta wirtualna rozmowa. Napisałam, że planuję wyjazd w tamte rejony, do Syrii, i spontanicznie dodałam: Kto ze mną? Byłam zaskoczona, gdy chwilę później dostałam odpowiedź: Ja. I czyjś prywatny adres. Jego użytkownikiem okazał się 48-letni Marek, nauczyciel ze Szczecina. Szarmancki, uważny, oczytany. Ela zachwyciła się nim już po wymianie pierwszych e-maili. Że jest doświadczonym przez życie wdowcem, opowiedział jej już osobiście, podczas lotu do Damaszku.

Żar w Syrii, taki sam w sercu

Czy nie bała się wybierać w tak daleką podróż z nieznajomym? - Nie jechaliśmy sami! Była nas cała grupa. Gdyby okazało się, że działamy sobie na nerwy, to cóż prostszego, jak się rozdzielić? Że mógł okazać się psychopatą? Wyczułabym - mówi zdecydowanie. - Może to wygląda jak szaleństwo, ale ja od razu wiedziałam, że to ciekawy człowiek. O ogromnej wiedzy. Odkąd powstał plan wspólnego wyjazdu, nie było dnia, żebyśmy do siebie nie napisali. Wymieniliśmy się zdjęciami. - Choć gdy dzień przed lotem zadzwonił, że jest w Warszawie i chętnie by się spotkał, miała łaskotanie w brzuchu. Dziś się śmieje, ale gdy w kawiarni wypatrzyła samotnie siedzącego przystojnego brodacza, entuzjazm jej raptownie siadł. - Co tam, że nie wyglądał na amatora kąpieli. On miał gazetę, której ja bym nie wzięła do ręki! "Nic o nim nie wiem", pomyślałam. Na szczęście chwilę później w drzwiach stanął Marek. Tak mi ulżyło, że tamten to nie on, że rzuciłam mu się na szyję. Z dziesięciodniowej wyprawy po Bliskim Wschodzie Elżbieta przywiozła prawie pięćset zdjęć, przyprawy. I uczucie, którego zaczyn powstał w skrzynce e-mailowej, a wyrosło bujnie w południowym słońcu. - Z dala od codziennych trosk bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Rano zwiedzaliśmy, w czasie upałów mieliśmy sjestę, potem znów szukaliśmy śladów wielkiej historii. W Syrii żyją jeszcze ludzie, którzy używają aramejskiego. Języka, którym mówił Jezus! - mówi z zapałem. Wieczorami opowiadali sobie swoje życia. Wysoka, mocno zbudowana Ela naraz oblewa się rumieńcem. - Odkrywaliśmy też w sobie żar spragnionych, dawno nieprzytulanych ciał. Jeszcze nigdy z nikim nie była tak szczera, nikt jej tak dobrze nie rozumiał. - Do kraju wróciliśmy w niewesołych nastrojach. Na co dzień dzieliło nas 600 km, umeblowane życia, starsi rodzice, którym trzeba pomagać... Tymczasem dwa dni po rozstaniu Marek przyjechał do mnie, na Mokotów. Zadzwonił domofonem, że jest na dole, pod blokiem, a ja nieumalowana - Ela się śmieje. - Żadne z nas nie spodziewało się czegoś takiego. I tylko moja przyjaciółka jest niepocieszona. Miałyśmy razem jechać na majówkę. Ja jej mówię: "Gocha, poszukaj kogoś. Może zaiskrzy? To się zdarza, jak widzisz!".

Szukam tancerza na sylwestra...

Wiadomość o pogotowiu sylwestrowym Agata przeczytała w lokalnej gazecie w Lublinie, skąd pochodzi. To było cztery lata temu. - Co roku w połowie grudnia dopadała mnie chandra, że znowu będę sama jedna wśród zajętych sobą par. Miałam nawet odmówić znajomym i w tę wyjątkową noc zostać w domu, ale wtedy zapłakałabym się już kompletnie - mówi. Do zgłoszenia się w redakcji namówiła ją koleżanka. - Siłą mnie zaprowadziła - śmieje się Agata. - Traf chciał, że na miejscu spotkałyśmy jej znajomego. Choć się wypierał, myślę, że też szukał towarzystwa na imprezę. Od słowa do słowa sam zaproponował, że może poszlibyśmy razem. To było 30 grudnia. Umówiliśmy się następnego dnia w kawiarni, gdzie mieliśmy zamówiony stolik. Była nas spora grupa. Bawiliśmy się szampańsko. Ja chyba po raz pierwszy aż tak dobrze. Do rana. Mój towarzysz okazał się Travoltą parkietu. Nie, nie zakochaliśmy się w sobie. Ale polubiliśmy bardzo. I na ostatki też wybraliśmy się razem.

Renata, 35 lat

SAMA NA ŚLUB KUZYNKI? O, NIE!

Pójście samej na wesele to dobrowolne wydanie się na żer komentarzy - zauważa Renia. - Nie każdy ma siłę to znosić.

Rodzina miała zjechać się z całej Polski. W końcu nie co dzień jedyna córka wuja krezusa wychodzi za mąż. A ja oczami duszy już widziałam te współczujące spojrzenia ciotek i ich zamężnych córek albo i ich nietaktowne pytania, czy dalej, biedactwo, jestem sama. Niepokój mamy i babć, że kolejna w rodzinie ułożyła sobie życie, a ja ciągle nie. Niezbyt przyjazna perspektywa ? kręci głową Renia. - Dlatego zdecydowałam: jeśli nikogo nie znajdę do towarzystwa, nie idę.

Jak się nie zachowywać na weselu

Nie ma szczęścia do mężczyzn, mówi krótko. Sama wykształcona, oczytana, zadbana, tego samego szukała u panów. - Ci atrakcyjni są albo zajęci, albo łakomiej przyglądają się przedstawicielom własnej płci - mówi z przekąsem. - Nie uważam, by czyjakolwiek wartość zależała od tego, czy jest w związku, czy nie. Niestety, to nie działa na wielkich spędach towarzyskich. Początkowo jej parą na ślubie miał być jej znajomy, prawnik jak ona. Elegancki, uroczy, świetny tancerz. Idealny do wzbudzania zazdrości u kobiet i szacunku u panów. Niestety, nie odpowiadał mu termin. - Młodzi prosili o potwierdzenie, kto przyjdzie. Już napisałam, że będę z kimś? Tydzień przed ślubem byłam zdesperowana. Moja przyjaciółka rzuciła: idź do biura matrymonialnego. W znanym biurze kojarzenia par Renia usłyszała, że to nie wypożyczalnia partnerów. Jeśli jest zainteresowana szukaniem towarzysza życia, to proszę bardzo. - Pomyślałam sobie, że to okropnie upokarzające. Ja, atrakcyjna i zaradna dziewczyna, siedzę w pośredniaku dla życiowych pechowców i piszę podanie o faceta! Gdyby nie ten nieszczęsny ślub, dałabym sobie spokój. Chociaż gdy już wypełniłam długą ankietę oczekiwań, pomyślałam: "A może właśnie tutaj spotkam tego wymarzonego?". Jeszcze tego samego dnia dostała pięć namiarów. - Do jednego, z którym się umówiłam, to nawet nie podeszłam - przyznaje ze wstydem. - Mały, rozpaczliwie smutny. A ludzie oceniają się po partnerach! Potrzebowałam kogoś efektownego. Jak 40-letni rozwodnik, właściciel firmy ogrodniczej, któremu od razu zaproponowałam wyjście na rodzinną uroczystość. Dziś Renata krzywi się na wspomnienie tamtego wieczoru. - Nie było czasu na więcej spotkań, więc umówiliśmy się tuż przed samym ślubem pod moim blokiem. I o ile w kościele było OK, rodzina z uznaniem lustrowała siedzącego obok mnie przystojniaka, to wesele okazało się katastrofą. Jadł nisko pochylony nad talerzem, z którego ciągle mu coś spadało  wylicza. - Dużo pił i rozmowa z nim szybko przestała się kleić. Za to on do mnie, jak najbardziej. A kiedy zdjęłam jego rękę ze swojego uda, zainteresował się swoją sąsiadką po lewej! Fiaskiem skończyło się wyciągnięcie go na parkiet, bo tańczył fatalnie. Pod pretekstem bólu głowy poprosiłam, byśmy wracali. Rano relacjonowałam przyjaciółce, że gorzej trafić nie mogłam. Czy w takim razie żałuję, że nie poszłam sama? Tego nie powiedziałam.

Basia, 28 lat

...BY WZBUDZIĆ ZAZDROŚĆ W EKS

Myślałam: Wynajmę sobie faceta. W necie jest tyle ofert! Mój eks będzie zazdrosny, a kto wie, może ja się zakocham w nowym? Nic z tego.

Zbliżała się impreza urodzinowa mojej przyjaciółki Asi. Zaczęłam więc rozglądać się za chłopakiem, który by mi na niej potowarzyszył. Na liście gości był bowiem mój były narzeczony, który kilka miesięcy wcześniej zaproponował mi przyjaźń. Miłością zaś postanowił podzielić się ze swoją koleżanką z pracy - Basia, ładna blondynka z iskierkami w oczach, dzisiaj swoją historię opowiada z humorem. - Miotałam się między pragnieniem jego powrotu a żądzą wzbudzenia w nim żalu, że mnie zostawił. Chciałam też pokazać znajomym, że nie ma co mi współczuć. Bez niego jestem jeszcze szczęśliwsza. Basia śmieje się, że przygotowania do konfrontacji tak ją pochłonęły, że nie mogła skupić się na niczym innym. - Miałam już umówioną fryzjerkę, kosmetyczkę, wymyśliłam superkreację. Postanowiłam nawet schudnąć do tego czasu! Nie miałam tylko odpowiednio reprezentacyjnego partnera - wzdycha. - Czort mnie podkusił i siadłam do internetu.

Atrakcyjni panowie na już

Google wyświetliły jej kilkanaście stron panów do wynajęcia. "Inteligentni i sympatyczni", kusiła jedna z ofert. Basia przyznaje, że oczami duszy już widziała przy swoim boku Brada Pitta w świetnie skrojonej marynarce. - Nie zastanawiając się, napisałam e-mail, że jestem zainteresowana. Jeszcze tego samego dnia dostałam odpowiedź, że OK, ale niestety, - ze względów dyskrecji nie umawiamy się na "oglądania" przed wynajęciem" - pisownia oryginalna. -Raz kozie śmierć... - pomyślałam zdesperowana. Odżałowałam 100 zł za godzinę i umówiłam się z nieznanym wysokim blondynem nieopodal miejsca imprezy. Oczekiwany zbawca faktycznie był dobrze ubrany. Ogolony i nażelowany. Ale przygarbiony, smutny i... bez górnej czwórki. - Fakt, o uzębieniu nie było mowy - wzdycha Basia. - Odstawiona, naładowana emocjami, poczłapałam z nim do klubu. Spóźniona, jak planowałam, by mieć wejście. Z niejasnym poczuciem, że tego wieczoru nie zaliczę do najbardziej satysfakcjonujących w moim życiu. I słusznie! Bo jej byłego chłopaka na przyjęciu nie było. Nie przyszedł, po prostu. - Tę historię opowiadam teraz przyjaciółkom jak anegdotę - Basia kręci głową. - Ale to nie koniec! Otóż wynajęty chłopak widać przejął się moim rozczarowaniem, bo gdy wychodziliśmy, zapytał, czy bym nie chciała bardziej intymnej usługi. "Godzina kosztuje 500 zł, ale jak dla ciebie, to mogę po kosztach", powiedział. Po kosztach! - Basia ma zaraźliwy śmiech. Choć wtedy, mówi, do śmiechu jej nie było.

Na służbową kolację. Ale z kim?

Miałam iść z mężem przyjaciółki, jednak on nie mógł. A zaproszenie na wieczór z kontrahentami było na dwie osoby. Cóż, lepsze wrażenie robią ludzie z poukładanym życiem osobistym - mówi 48-letnia Małgosia, dyrektor w dużej spółce, rozwódka. - Pomyślałam: jeden wieczór się przemęczę, pójdę z kimkolwiek. Ale w pewnym wieku nie tak łatwo znaleźć chętnego do towarzystwa. Nie powiem, nie była to miła konstatacja - przyznaje szczerze. Nawet przyszło jej do głowy, że co tam, pójdzie sama. Co złego w byciu singlem? - Uzmysłowiłam sobie, że... wszystko. I że muszę coś z tym zrobić, póki nie jest za późno - mówi. W tajemnicy przed bliskimi pojechała do biura matrymonialnego. Opisała siebie w długiej ankiecie i dostała kilka namiarów na wykształconych, dobrze sytuowanych panów. - Dodzwoniłam się do czterech i umówiłam na kawę. Było miło, chociaż nudno. Tylko jeden przez telefon brzmiał szczególnie interesująco. Mówił ładnym, inteligenckim językiem. Ale mógł się spotkać dopiero w czwartek, a to był dzień mojej kolacji. "Pal sześć, zaryzykuję" - pomyślałam. Umówiłam się z nim pół godziny wcześniej, żeby go trochę poznać. Spodobał mi się. Starszy. Wytworny. Już się nie bałam, że np. skompromituje mnie. Przeciwnie. Świetnie mówił po niemiecku. Robił wrażenie. Nie tylko na znajomych z pracy, ale na mnie też.

NASZ EKSPERT RADZI

Violetta Nowacka, psycholog, terapeutka, członek Polskiego Towarzystwa Terapeutycznego i Psychologicznego, www.self-psychologia.pl

Czy warto "wypożyczać" partnera na imprezę?

Samotność dziewczyny zawsze była czymś niestosownym, budzącym współczucie. Jednak decydowanie się na towarzystwo przypadkowego partnera to gra pozorów. Niesie ryzyko niezręcznych sytuacji, pytań "skąd się znacie?". Nie ma też pewności, jak ktoś "awaryjny" się zachowa. Taki kontakt rzadko przeradza się w uczucie, bo od początku opiera na nieprawdzie. Ale kto wie? Ważne spotkanie to sprawdzian dla znajomości. Może czasem przyspieszyć jej rozwój?