Przysypia na hotelowej kanapie. Przed chwilą wróciła z planu serialu "Tylko miłość". Jest 12.30, co oznacza dla niej 11 godzin pracy. Zdjęcia w nocnym klubie rozpoczęła o 1.30. Podczas pracy zemdlała. Ale kiedy tylko doszła do siebie, wróciła na plan. Praca jest intensywna, daje się we znaki nawet najsilniejszym, a ona wciąż w rozjazdach - między Warszawą a Krakowem, gdzie mieszka z mężem Adrianem Ochalikiem i synkiem Antosiem. - Poczekaj, zaraz się obudzę - mówi, popijając zieloną herbatę.

GALA: Często jesteś brana za córkę któregoś z braci Grabowskich, reżysera Mikołaja lub aktora Andrzeja?

URSZULA GRABOWSKA: O ojcostwo najczęściej jest pomawiany pan Andrzej Grabowski. Wiem, że i jemu czasem gratulują córki (śmiech). Przypisywane są mi też nowe mamy. Kiedyś w telewizji na Woronicza jedna z charakteryzatorek wzięła mnie za córkę aktorki Iwony Bielskiej, żony Mikołaja Grabowskiego, i przez pół godziny doszukiwała się podobieństw między nami. Ja owszem, jestem córką Grabowskiego, ale Tadeusza, który nie ma nic wspólnego z branżą aktorską. Sprawdziłam w internecie, w Polsce jest 50 tysięcy Grabowskich! Kiedy dostałam się do szkoły teatralnej, Mikołaj Grabowski zagadnął mnie na korytarzu: "A pani, pani Grabowska, to skąd?".

GALA: Mieszkasz w Krakowie, pracujesz w Warszawie. To rewolucja w twoim życiu?

URSZULA GRABOWSKA: I to wielka. Scenariusz "Tylko miłość" obejmuje 100 odcinków. Jeśli serial spodoba się, będziemy go kręcić przez dwa lata. Ale to nie oznacza, że zerwę z Krakowem. Będę musiała tylko ograniczyć działalność w teatrach. A jestem właśnie po premierze "Othella" w Teatrze Bagatela i "Biesów" w Teatrze STU.

GALA: W "Tylko miłość" grasz popową piosenkarkę, przebojową i dynamiczną. Inną niż ty?

URSZULA GRABOWSKA: Zupełnie. Sylwia to egocentryczka nastawiona na karierę. Życie jest dla niej fantastyczną, często ryzykowną przygodą albo niczym. A ja jestem spokojna, spolegliwa, można się ze mną dogadać. Poza tym ona od rana do wieczora chodzi na szpilkach. Ja przez ostatnie 10 lat noszę buty na płaskiej podeszwie. Kiedyś obcasami dodawałam sobie wzrostu. Musiało to komicznie wyglądać: nosiłam ciężkie, toporne koturny. Teraz dzięki Sylwii wracam do obcasów. Jeśli miałabym czegoś jej pozazdrościć, to poczucia własnej wartości i jasno wytyczonego celu.

GALA: Kilka lat temu miałaś z tym problem. Mówiłaś, że się pogubiłaś. Ale to już chyba przeszłość?

URSZULA GRABOWSKA: Tak. Chociaż kryzysy dopadają mnie co jakiś czas. Naprawdę dobrze ze sobą zaczęłam czuć się dopiero po urodzeniu Antka. Uspokoiłam się i dojrzałam. Wcześniej miałam dosyć aktorstwa. Przestałam się spotykać z kolegami ze środowiska, odmawiałam wywiadów, odrzucałam propozycje ról w serialach.

GALA: Dlaczego?

URSZULA GRABOWSKA: Przeżyłam rozczarowanie zawodowe. Zaufałam niewłaściwym ludziom. Tuż po studiach wzięłam udział w dwóch spektaklach teatrów offowych. Reżyserzy amatorzy, praktycznie bez doświadczeń w pracy z aktorem. Przez cztery miesiące improwizowałam sceny zabójstwa matki w "Elektrze", a reżyser nie mógł się zdecydować na ostateczną wersję. Pracowałam w wielkiej frustracji. Wracałam do domu, wylewałam tony łez i przerzucałam żale na męża, który na szczęście dzielnie to znosił. Następnego dnia "oczyszczona" znów szłam na próbę. Dodatkowo moi mistrzowie w krakowskiej szkole teatralnej powtarzali, że teatr jest dla aktora najważniejszy i nie wolno obniżać poprzeczki. Tymczasem sami przyjmowali propozycje w rzeczach, w których ja wstydziłam się zagrać! Nie mogłam tego zrozumieć. Zrobiłam sobie półtoraroczną przerwę w pracy i wyczyściłam głowę.

GALA: To był czas na dziecko?

URSZULA GRABOWSKA: Tak. Ciąża, mimo że zagrożona, paradoksalnie okazała się dla mnie najlepszą terapią. Taka sytuacja porządkuje świat. Kiedy synek się urodził, zdrowy i cały, byłam najszczęśliwszą osobą pod słońcem. I któregoś dnia poczułam, że znów mam siłę grać. Teraz biorę to, co życie niesie, i nie staram się zadowolić wszystkich. Bo to niemożliwe. Jestem też dużo uważniejsza w doborze osób, z którymi pracuję. Jeśli coś mi się nie podoba, odchodzę.

GALA: W czasie studiów miałaś w sobie wiele determinacji. Uczestniczyłaś w 30 castingach. Bez rezultatu. Trzeba siły, by się nie poddać.

URSZULA GRABOWSKA: Castingu można się nauczyć. Najważniejsze to nie ulegać stresowi, presji. Mam to już za sobą. Teraz jestem zapraszana na próbne zdjęcia. Ale odrzucenia zdarzają się zawsze, tyle że teraz już ich tak nie przeżywam. Niedawno walczyłam o główną rolę w serialu Patryka Vegi "Twarzą w twarz". Wygrała moja koleżanka Magda Walach. Rozumiem ten wybór i nie mam żalu. Partnerem Magdy jest Paweł Małaszyński, z którym grałam w ?Odwróconych" i "Świadku koronnym". Być może nie byłoby dobrze, gdybyśmy pojawili się razem w kolejnym serialu kryminalnym. Niewiele też brakowało, bym nie zagrała w "Tylko miłość". Gdyby nie koleżanka, z którą wybierałam się tego dnia do Warszawy, nie zdążyłabym na pociąg. Taksówka ugrzęzła w korku, zdjęłam szpilki i dwa kilometry przebiegłam boso. Przez komórkę błagałam Anię, by zatrzymała pociąg. Przekonała konduktora, by poczekał na Partycję Sambor... Na szczęście oglądał serial "Na dobre i na złe".

GALA: Sylwia z "Tylko miłość" rywalizuje o mężczyznę. Byłaś w podobnej sytuacji?

URSZULA GRABOWSKA: Kiedy poznałam mojego przyszłego męża, interesowały się nim koleżanki (śmiech). Ale mam sprawdzoną metodę. Nie wytykam wad konkurentkom, tylko podkreślam swoje zalety... Dokształcałam się z tematów, które go interesowały. Czytałam mnóstwo książek, żeby mu dorównać. Kiedy był ważny mecz, podciągałam się ze znajomości zawodników (śmiech). Miałam 20 lat. Wtedy mi się udało, ale po trzech latach coś się między nami zepsuło i przestaliśmy się spotykać. Po czterech miesiącach zdałam sobie sprawę z tego, ile on dla mnie znaczy. By ratować znajomość, poprosiłam Adriana o pomoc w szlifowaniu angielskiego... Niedługo potem wzięliśmy ślub. Jesteśmy razem już 11 lat.

GALA: Wasza recepta na szczęście?

URSZULA GRABOWSKA: Bardzo się wzajemnie wspieramy. I wszelkie decyzje podejmujemy wspólnie. Także tę o moim udziale w "Tylko miłość". Nie dałabym rady bez Adriana. To na niego spada teraz opieka nad Antosiem. Na szczęście produkcja serialu wynajęła dla mnie w Warszawie mieszkanie, więc nasza rodzina ma więcej okazji, by być razem. Adrian też jest aktorem, a od pół roku pracuje jako rzecznik prasowy klubu Wisła Kraków.

GALA: Wychowałaś się na nowohuckim osiedlu. Jakie miałaś dzieciństwo?

URSZULA GRABOWSKA: Pochodzę z rodziny robotniczej. Tata był maszynistą w Hucie Sendzimira, mama krawcową. Mam dwóch starszych braci. Byłam oczkiem w głowie całej rodziny, zwłaszcza taty. Od ósmego roku życia zabierał mnie na ryby. Jak miałam 10 lat - na nocne połowy. Musiałam wstawać o drugiej w nocy, potem spaliśmy w śpiworach pod gwiazdami. Może nie mieliśmy dużo pieniędzy, ale za to mieliśmy dużo miłości. Pamiętam wspaniałe wakacje. Przez 11 lat całą rodziną spędzaliśmy je w namiocie nad Dunajcem. Nasz dom był katolicki. Zamiast na dyskotekę szłam na spotkanie oazowe.

GALA: Skończyłaś technikum odzieżowe. Chciałaś zostać projektantką?

URSZULA GRABOWSKA: Jako 14-15-latka szydełkowałam, robiłam na drutach. Marzyłam o projektowaniu ubrań. Dla taty ważny był zawód, który daje oparcie. Ale mama chciała dla mnie innego życia. Próbowała mnie wysłać do szkoły muzycznej i liceum. Ja, idąc śladami braci - jeden skończył technikum mechaniczne, drugi elektryczne - uparłam się ' na technikum odzieżowe. Kiedy postanowiłam zdawać do szkoły teatralnej, tata początkowo uważał to za fanaberię. Nie windował mi wysoko poprzeczki, bo wiedział, że nie będzie mógł mi pomóc. Za pierwszym razem nie dostałam się, bo za mało umiałam. Musiałam opłacić kurs przygotowawczy. Zarabiałam modowymi sesjami, pracowałam w sklepie odzieżowym.

GALA: Grasz teraz z najprzystojniejszymi polskimi aktorami: Pawłem Małaszyńskim i Bartkiem Świderskim. Mąż nie jest zazdrosny?

URSZULA GRABOWSKA: Jesteśmy z Adrianem blisko. On nigdy nie zamartwia się na zapas. Im więcej mi ufa, tym bardziej nie pozwala mi zgrzeszyć.

GALA: Miałaś jakieś przygody na planie?

URSZULA GRABOWSKA: Najciekawsze na planie "Świadka koronnego". W kulminacyjnej scenie Paweł Małaszyński rzuca się z kamerą na gangstera granego przez Roberta Więckiewicza. Miałam go przed tym powstrzymać. W szamotaninie dostałam od Pawła łokciem w nos tak mocno, że omal się nie przewróciłam. A za chwilę, gdy powtarzaliśmy scenę, to ja uderzyłam łokciem Roberta. Trafiłam w brew, prawie rozcinając mu łuk brwiowy. Przez tydzień chodził posiniaczony.

GALA: Po debiucie w "Przedwiośniu" powiedziałaś coś, czego nie rozumiem: Ciągnie się za mną prowincjonalizm, trochę w związku z aparycją. Z aparycją? Jesteś piękną kobietą!

URSZULA GRABOWSKA: Wtedy ciągnął się za mną prowincjonalizm, teraz to stwierdzenie... (śmiech). Zawsze stałam z boku. Sama pokonywałam drogę na salony, na własny rachunek. Niedawno zrozumiałam, że to, co mnie odróżnia, może być moim atutem. Już nie wymagam od siebie zbyt dużo, pozwalam sobie być tym, kim jestem.

GALA: Nie podobasz się sobie?

URSZULA GRABOWSKA: Cieszę się tym, co mam. Nadal walczę z napadowym pesymizmem, ale widzę szansę na wyleczenie. W panikę wpadam zwłaszcza przed premierą. Dramatyzuję. Potem się z tego zbieram. Najbardziej nie lubię siebie po północy, kiedy moje czarnowidztwo się uaktywnia. Mąż wie, że wtedy na poważne tematy lepiej nie rozmawiać. Rano świat wydaje mi się już kolorowy.

GALA: Życie domowe cię wycisza?

URSZULA GRABOWSKA: Tak, bardzo. Choć nie mam swojej samotni. Przez sześć lat w Domu Aktora na krakowskim Kazimierzu mieszkaliśmy w jednym pokoju. Teraz przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania. Na razie urządzony jest jeden pokój. W drugim stoją paczki i walizki. Poza tym odkąd mamy Antosia, jestem spokojniejsza. Bardziej nad wszystkim panuję.

GALA: Mówisz, że gracie z mężem w jednej drużynie. A znasz wynik ostatniego meczu Wisły Kraków?

URSZULA GRABOWSKA: Jezu, nie wiem... Złapałaś mnie!