Wiem, że Pan pisze książkę o modzie. Ocenia Pan w niej styl Polek?

Tomasz Jacyków: Właśnie nie. Bo czy ja jestem do tego upoważniony? Ja zajmuję się tylko opowiadaniem rzeczywistości…

No to proszę opowiedzieć: jak się ubiera przeciętna Polka?

Tomasz Jacyków: Przeciętnie. Oczywiście zdarzają się perełki, ale przeważa masa podobnych do siebie klonów. Jak w prasie ogłoszą, że modny jest żółty, to zalewa nas plaga żakietów w tym kolorze. Bo my chcemy wyglądać modnie, ale tak, by się nie wyróżniać. Aby, broń Boże, nie zwrócono na nas uwagi. U nas w cenie jest wysoka średniość. Gdy coś jest inne, odrzucamy.

Zwraca Pan uwagę przechodniom?

Tomasz Jacyków: Absolutnie nie. Czasem podchodzę do jakiejś kobiety z zachwytem: „Boże, jak fenomenalnie pani wygląda! Cieszę się, że taką osobę widzę”. To mi się zdarza, nawet często. Ale nigdy nie mówię: „No, jak ty się ubrałaś!”. Jeśli ktoś nie ma z tym problemu, ja też nie. Owszem, gdy prosi: „Niech mnie pan oceni”, mówię „trójka” i idę dalej (śmiech). Raz zaczepiła mnie kobieta, bym powiedział jej, czy dobrze jest ubrana. Spytałem, kim jest z zawodu. „Księgową”, odparła. „Czy ja wymagam od pani, by mi PIT wypełniła?” Fantastyczność życia polega na tym, że nie obchodzą mnie pomysły innych, póki mnie nie dotyczą.

Ale w programie TVN Style chodził Pan z kamerą po ulicy i krytykował wygląd przechodniów. Bezlitośnie.

Tomasz Jacyków: Niebywałe, ten program emitowano dwa lata temu, a jeszcze się za mną ciągnie! My jako naród nienawidzimy krytyki. Z jednej strony jesteśmy zakręceni na swoim punkcie, z drugiej – czujemy totalną niepewność. Ten koktajl emocji to napięte struny. Nawet drobne dotknięcie struny powoduje rezonans, a co dopiero, gdy się ją szarpnie…

A Pan szarpie i to dość okrutnie!

Tomasz Jacyków: Często używam neologizmów, haseł, porównań, które dla mnie są oczywiste. I gdy mówię, że np. ktoś ma ciężkie zawieszenie, to uważam, że to urocze. Też mam je za masywne, do tego za duże klamki miłości. Ale tak chyba milej niż „grube uda” czy „schaby”…

Zdarzyło się, że ktoś chciał Panu za te „urocze” komentarze przyłożyć?

Tomasz Jacyków: Jeden aktor się odgrażał, gdy o jego żonie, też aktorce, powiedziałem, że przebrała się za dzidziusia. A ona była w ciąży. Sama przyznała, że założyła cokolwiek i poszła na imprezę. Aktorka i „cokolwiek”?!

Kilku innym znanym osobom publicznie wytykał Pan brak gustu…

Tomasz Jacyków: Styl Beaty Kozidrak zawsze wydawał mi się kontrowersyjny. Ale niedawno spytano mnie, czy nie podjąłbym się jego zmiany. Zacząłem się nad tym zastanawiać i uświadomiłem sobie, że popularność tej gwiazdy nie słabnie od 30 lat. Przestawienie jej wizerunku o 180 stopni tylko wyrządziłoby jej krzywdę.

Zobacz także:

A kto ubiera się świetnie?

Tomasz Jacyków: Monika Olejnik. Jestem jej fanem, totalnym.

Zawsze interesował się Pan modą?

Tomasz Jacyków: Zawsze. Z czasem dostałem jeszcze możliwość wypowiadania sądów… Mam poczucie odebrania starannego i bardzo złego wychowania. Złego, bo wychowano mnie w poczuciu wyjątkowości. Rosłem wśród dorosłych. Miałem rok i trzy miesiące, gdy recytowałem „Powrót taty”, niedługo później wiedziałem, kto to Mickiewicz…

Co złego było w takim wychowaniu?

Tomasz Jacyków: A to, że wychowano efemerydę ludzką. Jestem jednostką totalnie aspołeczną, wyalienowaną. Żyję we własnym, wymyślonym świecie, i mam to od dziecka.

Jako piętnastolatek porzucił Pan rodzinny Kołobrzeg dla Warszawy…

Tomasz Jacyków: To była konieczność. Potem w Warszawie chodziłem chyba do 5 liceów. Mieszkałem w małej pracowni malarskiej na Stalowej, na Pradze… Nie lubię mówić o tamtych czasach. Cierpiałem na fobię szkolną. Nie miałem kontaktów z rówieśnikami, kompletnie. To, jak się zachowywali, wydawało mi się infantylne, głupie. Mnie ciągnęło do Monako, do Saint-Tropez… To mnie kręciło. Byłem stary maleńki. Teraz nie znoszę przemądrzałych bachorów, bo byłem właśnie taki.

Kiedy zaczął Pan stylizować?

Tomasz Jacyków: Kiedyś miałem taką przygodę na Lazurowym Wybrzeżu, poznałem osobiście kilku z wielkich ludzi mody. Któryś rzucił: „O, bączku, contessa nie wie, jaką suknię włożyć. Chodź, doradź”. Zrobiłem tak raz, drugi, trzeci… Pomagałem przy organizacji pokazów mody. To było takie pół roku, bardzo milutkie.

Jak Pan myśli, co zadecydowało, że przebił się w tym fachu w Polsce?

Tomasz Jacyków: Ja (uderza się w pierś), ja sam wygenerowałem taką energię, że mnie łyknęli. Po powrocie pracowałem jako sprzedawca w jednym z pierwszych centrów handlowych w Warszawie, w Bogusz Center. Przychodziły tam właścicielki firm. Czułem się przez nie uwielbiany, a i ja kobiety uwielbiam. Powtarzały: „Muszę pana stąd wyciągnąć, pan nie może się tu marnować!”. I raz pojawił się tam fotograf Marek Czudowski z żoną Wiesią, która ogarniała Magdę Masny do „Koła fortuny”. Wkrótce pracowałem z nim, jako stylista. No a wyglądałem, jak wyglądałem. Gdziekolwiek się pojawiałem, zwracano na mnie uwagę. Nie wiadomo było, kim jestem, a robiono mi zdjęcia do gazet, do rubryk towarzyskich. Zaczęto zapraszać do telewizji śniadaniowej, w której pojawiałem się w brokatowym golfie i złotych rękawiczkach. Albo w lateksowym body, oficerkach. Z piórami w klapach…

Gdzie Pan robił zakupy?

Tomasz Jacyków: Za granicą, w szmateksach, przerabiałem.

Ekstrawagancko.

Tomasz Jacyków: To wszystko w ramach programu „pokochać siebie”. Wcześnie się zorientowałem, że nie wyglądam jak Apollo Belwederski, raczej jak słodka foka. I nic z tym nie zrobię. Nogi jak kolumny doryckie, ramionka nie za bardzo, a ćwiczeń nie lubię… Musiałem to jakoś ograć. Okazało się, że sylwetka to jedno, a energia wewnętrzna – drugie. Oczywiście chciałbym wyglądać jak Adonis. Ale gdyby tak było, może nie musiałbym tak się opakowywać?

A historie o tym, że jako 15-latek został Pan ojcem albo że niedawno poznał swoje rodzeństwo – to plotki obliczone na zwrócenie uwagi?

Tomasz Jacyków: Moje życie jest barwne. To autentyczne historie, o których opowiedziałem publicznie, żeby już nie tapirować rzeczywistości…

Utrzymuje Pan kontakt z synem?

Tomasz Jacyków: Na ten temat nie rozmawiam. A jeśli chodzi o rodzeństwo, to usiłuję sobie ich ułożyć w głowie. Wiedziałem, że istnieją, choć tata nigdy o tym ze mną nie rozmawiał. Gdy poznał mamę, jego dzieci były prawie dorosłe.

Odnalezienie rodziny coś zmieniło?

Tomasz Jacyków: Ucieszyło mnie. Choć tak naprawdę kompletnie ich nie znam. Mili, fajni… jednak obcy ludzie. Może jestem dziwny, ale nie umiem na poczekaniu wydobyć z siebie uczucia.

Pan wzbudza spore kontrowersje. Co na to bliscy? Co na to mama?

Tomasz Jacyków: Z bliskimi o tym nie rozmawiałem. A mama zakochana we mnie do obłędu…

Spodziewałam się kąśliwego satyra, a Pan jest… ujmująco miły.

Tomasz Jacyków: Strasznie lubię ten moment, gdy ludzie to odkrywają! Wie pani, mnie moja postawa nie skandalizuje, choć kretyństwem byłoby powiedzieć, że jestem skromnym facetem…

Przyjmuje Pan zlecenia indywidualnych stylizacji?

Tomasz Jacyków: Tak, i to najbardziej lubię. Zwykle polega to na rozmowach, dzięki którym klientka uświadamia sobie, kim jest, jakie ma potrzeby. Aż sama popatrzy na siebie zdziwiona: „Bez sensu ta bluzka, po co ją kupiłam!”. Ja tylko nastawiam na właściwy tor, uświadamiam, że przy takiej figurze potrzebny jest dekolt albo wisior, żeby odciągnąć uwagę… Choć zdarzają się klienci, którym nie zależy na poradach, a na przejściu się ze mną po sklepach. Chcą maskotki w mojej osobie. Raz zgodziłem się, ale podałem stawkę kosmiczną. I powiedziałem pani, że gdyby chciała rzetelnej usługi, byłaby trzy razy tańsza. A pokazanie się ze mną jest kosztowne. Odparła: OK.

Ile kosztuje indywidualna stylizacja?

Tomasz Jacyków: Różne pisma wymyślają te moje stawki. Powiedzmy, że konsultacja u mnie kosztuje około tysiąca złotych, ale to jest ustalane indywidualnie. Bo ja kocham to, co robię.

Zaprzyjaźnia się Pan z kobietami, którym doradza?

Tomasz Jacyków: Tak, i to jest straszne, bo przez to nie mam stałych klientek! Po trzech, czterech spotkaniach są tak wyedukowane, że nie potrzebują już pomocy. No a poza tym po pierwszej sesji jesteśmy tak zakolegowani, że głupio jest mi brać od nich pieniądze.

Każdy może być modnie ubrany?

Tomasz Jacyków: Tak, ale nie musi! To dla mnie moda jest centrum świata. Mnóstwo osób ma ją w głębokim poszanowaniu. Najważniejsze, by było czysto, schludnie, poprawnie.

Proszę o kilka porad. Co, Pańskim zdaniem, jest ważne w wyglądzie?

Tomasz Jacyków: Ciało. Każda, nawet najbardziej zapracowana pani powinna o nie dbać. Niech przesadza, niech dba nadmiernie! Czy ma rozmiar 36 czy 56, niech jej skóra będzie miła w dotyku. Pod prysznicem używajmy ostrej rękawicy, która pobudzi krążenie. Raz w tygodniu róbmy piling całego ciała. Używajmy balsamów, które nadadzą ciału ładny odcień.

A ubrania? Na czym nie oszczędzać?

Tomasz Jacyków: Znakomitej jakości i dobrze dobrana powinna być bielizna. To absolutna podstawa. Jeśli ciało rozeszło się na boki, to trzeba je skorygować porządnym stanikiem, majtkami. One są bazą. A co się potem na nią nałoży, to już naprawdę mniejsza.

Co ważniejsze: noszenie rzeczy ładnych czy tuszujących wady? Ulegać modzie na baleriny, gdy ma się np. krótkie nogi i szerokie stopy?

Tomasz Jacyków: Pan Bóg stworzył kobietę, a mądry człowiek wysokie obcasy, żeby poprawić jej wygląd… Uważam, że nie można robić niczego wbrew sobie. Owszem, można poświęcić sylwetkę dla stylu, ale on musi być tego wart.

Jest Pan jedną z nielicznych osób, które przyznają, że korzystają z botoksu.

Tomasz Jacyków: Nie robię z tego zagadnienia. Uważam, że takie zabiegi są dla ludzi pogodzonych ze sobą, bo one nie załatwią problemu nieradzenia sobie z upływem czasu. Ja mam 41 lat, ale cieszę się, że mogę wyglądać na tyle, na ile się czuję. Funkcjonuję w środowisku osób młodszych i fajnie, że nie przypominam przy nich Dziadka Mroza. Ale idiotyczne wydają mi się tłumaczenia, że usta a la glonojad zrobiły się pani z wiekiem… Gdyby powiedziała: „Kosztuje mnie to mnóstwo wyrzeczeń, wara wam od tego”, odparłbym: ma rację.

Na jakim Pan jest etapie życia?

Tomasz Jacyków: Myślę, że na początku. Czasami żenuje mnie brak dojrzałości, ale też życie mi jej nie narzuciło. Nie mam rodziny, nie wychowuję dzieci… Parę dramatów dało mi jakąś tam mądrość. Ale chłopięctwa nie wybiły.