Ola Niepsuj - polska ilustratorka tworząca dla takich marek jak Nike, Apple czy IKEA. Jej twórczość zdobyła uznanie na wystawach w Polsce i zagranicą, m.in w Japonii, Francji, Szwecji, Wielkiej Brytanii, Boliwii, Stanach Zjednoczonych czy na Kubie. Gdy Ola przyjęła mnie w swoim warszawskim studio, wiedziałam, że będzie to dobre spotkanie. Otoczone piękną sztuką, rozmawiałyśmy przy kawie i rogalikach z ulubionej cukierni Oli. Gdy po pewnym czasie spojrzałam na zegarek, ku mojemu zaskoczeniu zobaczyłam, że rozmawiamy blisko dwie godziny. Nie chciało się wychodzić. Bo świat Oli to bardzo inspirujące miejsce. Zobaczcie sami.

Ilustracja to taka sama forma ekspresji, przekazywanie jakiejś treści, komunikatu, co tekst pisany. Tyle tylko, że za pomocą innych znaków. Można nawet powiedzieć, że gdy Twoje prace pojawiają się w dużych magazynach, to „mówisz” do tłumów. A wtedy trzeba uważać na słowa (śmiech). Stosujesz jakieś środki ostrożności?

Pracując w Stanach Zjednoczonych z moją amerykańską agencją, m.in. przy przewodnikach Taschena, nauczyłam się jednej rzeczy - uważności na niepowielanie stereotypów. Dla Amerykanów kluczowe są równość płci i równość rasowa. I nie chodzi tu wcale o to, aby na ilustracji była taka sama liczba kobiet i mężczyzn, ale by nie osadzać tych postaci w stereotypowych kontekstach – uciekać od myślenia, że miejsce kobiety jest w kuchni, mężczyzny na motorze czy Azjaty przy komputerze. Tak zaczęło kiełkować we mnie poczucie pewnej misji, aby swoją pracą promować wielokulturowość i zachwalać odmienność. To w niej szukam w inspiracji. Staram się przekonywać klientów do takich przedstawień i cieszę się, kiedy się na nie decydują.

Hm, domyślam się, że chodzi tu nie tylko o uprzedzenia, ale i kwestie biznesowe, choćby to, jak taka ilustracja przełoży się na sprzedaż. No i samo podejście klienta. Na ile jest odważny, na ile decyduje się przełamywać mainstreamowe trendy.

Tak... wiem, że Polska nie jest aż tak multikulturowa i taka grafika może być postrzegana jako bardziej odważna... Ale przecież świat multikulturowy jest o wiele bardziej interesujący! Nawet w najprostszym estetycznym odbiorze: basen pełen białych, szczupłych ludzi nie jest plastycznie tak samo ciekawy jak basen ludzi o różnej karnacji, którzy mają różne fryzury, różne kolory i typy włosów, różne sylwetki.

Absolutnie się zgadzam. Różnorodność jest niezwykle ciekawa. Więcej, jest kluczem do rozwoju. Bo życie w świecie monotematycznym i jednowymiarowym powoduje, że zasklepiamy się gdzieś w swoich przekonaniach i tym, co znamy. Ale jednocześnie różnorodność potrafi być dla ludzi trudna, bo ciągle musisz oswajać nowe i nieznane. A jak nieznane to nie wiadomo, co się za tym kryje. Wychodzą nasze lęki i uprzedzenia. Masz pomysł, jak ludzi przekonywać do większej otwartości na „inne”?

To trudny temat. Dla mnie otwartość, tolerancja, równość to wartości fundamentalne, podstawowe. Ich wcielanie w życie jest dla mnie oczywiste i powinno być widoczne w każdym aspekcie naszego życia. Niedawno musiałam poruszać się kilka miesięcy na wózku inwalidzkim - przygnębiła mnie dostępność obiektów dla osób niepełnosprawnych. Większość budynków, przejść, sklepów czy usług gastronomicznych w Warszawie było poza moim zasięgiem. Czasem nawet z pomocnikami nie mogliśmy się gdzieś dostać. Kiedy kelner musi Cię wnieść po schodach do toalety, godność zostaje na dole. Przepisy forsowane są zbyt powoli i pomimo, że zmierzamy jako państwo w dobrym kierunku, zmiany te zachodzą w zbyt powoli.

Oby jednak się działy... bo bez równości nie ma wolności. Lubisz poczucie wolności, jakie daje Ci Twój zawód?

Oj, tak. Bardzo lubię być swoim własnym szefem, móc samodzielnie zarządzać swoim czasem. Mam to szczęście, że mogę wybierać zlecenia, których się podejmę. Niezwykle to sobie cenię i jestem za to ogromnie wdzięczna, naprawdę. Staram się codziennie pielęgnować w sobie to uczucie wdzięczności. Po pierwsze, za to, że mogę się utrzymać z tego, co lubię, a po drugie, że w obrębie tego, co lubię, mogę jeszcze wybrać to, co lubię najbardziej! Zdaje sobie sprawę, że to luksus i cieszę się z tego momentu kariery. Jednocześnie wiem, że etap na którym się znajduje jest w dużej mierze efektem wielu lat intensywnej pracy i poświęceń.

Robić w życiu to, co się lubi – to faktycznie jest luksus. Choć brzmi to dosyć smutno... bo jeśli przyjąć, że luksus z samej definicji jest ekskluzywny i trudno dostępny, to oznacza to, że większość z nas nie robi w życiu, tego co lubi! (śmiech)

No tak, z tej perspektywy faktycznie tak to wygląda (śmiech). Choć warto pamiętać też o drugiej stronie medalu. Za tą wolnością i luksusem robienia tego, co lubimy, stoi też szereg obaw... że nagle telefon przestanie dzwonić, że zlecenia przestaną się pojawiać. Praca wolnego strzelca to ciągłe kwestionowanie każdej decyzji w kontekście “jutra”. I ciężka praca. Mnóstwo pracy. A do tego dyscyplina, kompromisy, umiejętność pracy z ludźmi, empatia.

Wspomniałaś o dyscyplinie - to chyba nie łatwa sprawa, gdy wykonuje się wolny zawód. Nie ma bacika, który o 9 zagoni do biura. Jak to znosisz?

Ja często jestem w biurze o 11 (śmiech). Ale wychodzę wtedy o 2 w nocy. Dyscyplina i chęć samorozwoju to klucz do sukcesu w każdym zawodzie. Z biegiem czasu można zapanować nad systematycznością, być przygotowanym na intensywne tygodnie pracy, w spokojniejszych zajmować się archiwizacją, promocją, rozwijaniem pasji, notowaniem inspiracji. We wszystkim też trzeba znaleźć balans. Raz jest tydzień bezsenny, a raz spokojny.

Oj, znalezienie odpowiedniego balansu to chyba jedna z trudniejszych rzeczy w codziennym życiu. Dla mnie balans jest nierozerwalnie związany z wypracowaniem pewnego dystansu do siebie i do świata, co nie jest prostym zadaniem.

Tak, to prawda. U mnie przełom nastąpił chyba w okolicy moich 30 urodzin. Po prostu zaczęłam mieć w nosie rzeczy, na które nie mam wpływu i nagle zaczęło się łatwiej żyć. Często powtarzam sobie: „Hej, osiągnęłaś już naprawdę dużo!”. Mogę wówczas skupić się mocniej na klientach, poszukać ciekawych rozwiązań - nie tracę go na stres i wyścigi ze samą sobą. Wypracowanie tego dystansu to także zasługa środowiska – mamy wspaniałą zawodową społeczność przyjaciół, to niezwykła grupa wsparcia. Wiele rozmawiamy o codziennych problemach, kwestiach finansowych, prawnych i etycznych zawodu.

Co Twoim zdaniem decyduje o sukcesie? Talent? Dyscyplina? Szczęście?

Wydaje mi się, że o sukcesie decyduje konsekwencja, potrzeba ciągłego rozwoju. To właśnie, pracowitość – to jest chyba główna składowa sukcesu - i to ona przyciąga szczęście. Talent, rozumiany jako genetyczna predyspozycja do działań artystycznych, to według mnie tylko niewielka składowa powodzenia. Na moich studiach było mnóstwo utalentowanych osób, obdarzonych wyjątkowymi zdolnościami i wrażliwością, które nie pracują w zawodzie. Twórczość z zasady podlega ocenom gustu, dlatego potrzebuje wsparcia w postaci innych umiejętności - interpersonalnych, biznesowych, organizacyjnych.

Sukces w Twojej branży ma płeć? Inaczej wygląda ten kobiecy, a inaczej męski?

Niestety tak, choć to względnie równościowa branża. Wśród rozpoznawalnych projektantów graficznych wciąż jest znacznie mniej kobiet niż mężczyzn. Pracuje mi się, jako kobiecie, dobrze, odnajduję komfort w tym zawodzie. Z drugiej strony wciąż obecne są różnice stawek, różnice skali zleceń. Rozmawiam ze znajomymi płci przeciwnej i wiem, że te różnice, choć niezbyt drastyczne, istnieją. Oczywiście nadal zlacenie ilustracji na samochód trafi do ilustratora, a na opakowanie perfum do ilustratorki. Pomimo, że ich portfolia są trudne do odróżnienia. Wiem, że muszę być szybsza, lepsza i bardziej profesjonalna niż mężczyzna, by zarobić tyle samo i zawodowo dotrzeć do tego samego miejsca.

To bardzo przykre.

Hm, czy ja wiem? Sporo jest jeszcze do naprawy, ale w porównaniu do tego, z czym mierzyły się kobiety kilka dekad temu, jest naprawdę nieźle! Otaczam się mężczyznami, z bardzo równościowym podejściem, pracuję z wieloma świetnymi facetami i na co dzień nie czuję damsko-męskiej konkurencji. Tak naprawdę w ogóle nie mam potrzeby wyróżniać „kobiety-ilustratora” i „mężczyzny-ilustratora”, bo to generuje jakieś podziały. Czuję się po prostu otoczona wspaniałymi ludźmi.

Może masz rację. Jeszcze niedawno, to, że kobiety mogą nosić spodnie było nie do pomyślenia. Dziś zdarza się, że trudno na ulicy wypatrzeć kobietę w spódnicy. Lubisz modę?

Lubię modę. Uważam ją za sposób na wyrażanie siebie, manifestację osobowości, pozwala nam wejść do pomieszczenia, zanim zdążymy się odezwać. Widzisz kogoś na ulicy i myślisz sobie: „o, idzie artystka!” (śmiech)

Masz swoje ulubione marki? Czy może jesteś bardziej fanką second handów?

Uwielbiam lumpeksy, to dla mnie raj i źródło inspiracji! Jestem zresztą słynnym zbieraczem, ku utrapieniu przyjaciół podnoszę wszystko z chodnika i pakuję do torebki (śmiech). W kwestii samych ubrań, ze względu na małe mieszkanie muszę być bardziej wybredna - decyduje się na zakup tylko wtedy, kiedy ubranie rokuje na długi związek - jakościowy i romantyczny. Nie ma dla mnie znaczenia czy to rzecz markowa czy z drugiej ręki. Moda ma pewien wspólny mianownik z projektowaniem grafiki. Gdy wykonuję jakiś kolaż, albo muszę stworzyć jakąś postać od zera, to jest to proces podobny do decyzji, w co się danego dnia ubiorę. Rano przed lustrem decyduję, kim dziś chcę być, tak samo jak przed deską kreślarską decyduje, jaką postać dziś narysuję.

Codzienne kreowanie się na nowo. Też bardzo to w modzie lubię.

Tak, ubranie się według nastroju i z myślą o wyzwaniach dnia daje tę moc! Uwielbiam modę właśnie za jej kreacyjną funkcję. Gdyby mogła być jeszcze tylko trochę bardziej etyczna...

I tu chyba powoli coś się zmienia. Powstają marki, jak choćby ostatnio założone polskie Nago, które promują bardziej świadomą, etyczną modę.

Tak, to prawda. Dla mnie bardzo ciekawy jest też inny aspekt kupowania – co jest źródłem naszych konsumenckich decyzji. Oglądałam ostatnio dokument na Netfliksie, gdzie Marie Kondo odwiedza amerykańskie domy i pomaga je uporządkować. I nagle okazuje się, że mnóstwo ludzi trzyma w domu jakieś zupełnie niebywałe ilości dziwnych rzeczy, np. 40 ołowianych żołnierzyków, pięć szuflad długopisów.  Niektóre szafy skrywają nigdy nienoszone ubrania, jeszcze z metkami. To nie do pomyślenia! Kupujemy, bo „może mi się kiedyś przyda, może kiedyś schudnę do tych spodni”.

Tobie się nigdy nie zdarzyły takie zakupy w stylu „a może schudnę kiedyś do tych spodni”? (śmiech)

Nie no, jasne, zdarza mi się czasem coś w ten sposób kupić, nie jestem ideałem... (śmiech). Ale od kiedy mam świadomość, jak te rzeczy powstają i dlaczego są takie tanie, to takie zakupy „niewynikające z prawdziwej potrzeby” należą u mnie do rzadkości. Od jakiegoś czasu staram się kupować bardzo świadomie. Skupiam się na jakości, a nie ilości. Sukcesywnie ograniczam ilość przedmiotów, które mnie otaczają. Bardzo polecam.

Oj tak, podpisuję się obiema rękami. Choć to nie prosta sprawa, by przestawić się na taki model.

Muszę o tym zrobić jakiś rysunek! (śmiech)

Zdecydowanie! Ja ostatnio, gdy zobaczyłam twarde statystyki i liczby – chodziło akurat o ilość wody zużywanej do produkcji bawełnianych t-shirtów – to zamarłam. Terapia szokowa. Czasem wystarczy zobaczenie krótkiej infografiki, by z dnia na dzień zmienić swoje nawyki.

Dokładnie.

Chociaż ja osobiście mam z tym modelem jeden problem... Wymaga bowiem tego, żeby być selektywnym. Bo nie można mieć wszystkiego. Albo nawet więcej – nie można mieć dużo. A się chce. To nie łatwe.

Tak, to prawda. Choć ja generalnie jestem selektywna we wszystkim. Wybredna bardzo. I sama nie wiem, czy to wada, czy zaleta?

Ja mam takie wspomnienie przekazu z dzieciństwa, gdzie dorośli wpajali mi, że bycie wybrednym to coś złego. Na moje jęki, że rosół to bez pietruszki, a w szynce żyłki słyszałam „dziecko, już skończ wybrzydzać i jedz”.

No właśnie, moi rodzice też mi to wpajali.

I tak jakoś człowiek przyzwyczaił się do myśli, że bycie wybrednym to nic dobrego.

No właśnie, ale teraz mi się wydaje, że nie. Że dobrze jest być w życiu wybrednym. Zwłaszcza przy takim natłoku „śmieciowych” treści, wybieranie tych naprawdę wartościowych to cenna umiejętność.

Tak, to prawda (śmiech). Mi też się dziś wydaje, że umieć być wybrednym to duża wartość. Ah, wybrednie dobrze mi się z Panią rozmawiało! Dziękuję!