Claudia: Dorastał Pan w miasteczku Szadek, gdzie mama była nauczycielką, a tato kierownikiem masarni. Należeli do miejscowej elity?

M.N.: Tak można powiedzieć. W latach 60. nauczyciel to była elita. Tato stał się popularny, bo w tamtych czasach trudno było o jedzenie. Ja nie pamiętam z dzieciństwa, by nie było co jeść. Ale mój tata zżymał się, gdy wykrawałem białe przerosty na szynce.

Claudia: Jacy byli Pana rodzice?

M.N.: Mama nas rozpieszczała, tato karcił. Koło drzwi wisiała dyscyplina, bardziej jako ostrzeżenie niż do faktycznego użytku. Może ze 2, 3 razy dostałem po dupsku. Niestety, tato nie żyje. Był 14 lat starszy od mamy. Urodziłem się, gdy miał ponad 40. Mam po nim zamiłowanie do chomikowania tzw. przydasiów.

Claudia: Z rodzeństwem – starszą siostrą i młodszymi braćmi bliźniakami, nudno w domu nie było?

M.N.: Braci nazywaliśmy Maluchy. aWyżywałem się na nich, a ponieważ byłem wyższy i miałem dłuższe ręce, nie dawali mi rady nawet we dwóch. Oni zdarzyli się trochę przypadkiem. Mama miała anemię i lekarz zasugerował, że ciąża może to unormować. Zamiast jednej dużej córki, jak zapowiadali lekarze, urodziło się dwóch chłopców. Dziś bliżej jestem z siostrą, Maluchy trzymają ze sobą. Mieliśmy fantastyczny dom. Uwielbiałem go. Było w nim radio Pionier z zielonym oczkiem – w Szadku moje okno na świat. Prócz tego były jedynie kino Rolnik i biblioteka. W niedzielę po kościele i obiedzie wszyscy domownicy zasiadali przy słuchowisku Teatru Polskiego Radia.

Claudia: Podobno mama była wychowawczynią Pana klasy.

M.N.: Niestety. Nie mogłem przez to chodzić na wagary. To był obciach. Była bardziej surowa dla mnie niż dla innych uczniów, choć z nauką kłopotów nie miałem. Byłem prymusem. Brałem udział w olimpiadach matematycznych, recytowałem wiersze, grałem na akordeonie, tańczyłem w zespole ludowym. Te zajęcia pozalekcyjne to były nasze jedyne rozrywki. Szkoła była fajnym miejscem. Jedyny stres był we wtorki, czwartki i soboty, kiedy po szkole chodził dentysta. A ja miałem czarne zęby.

Claudia: Jaki był mały Marek?

M.N.: „Cichy, potulny, nie wadził nikomu”. Taki trochę „przepraszam, że żyję”. Czerwieniłem się na każdą okoliczność.

Claudia: Nieśmiały? W przedszkolu lubił się Pan bawić „w doktora” z niejaką Jagodą!

M.N.: Pamiętam ją! Nasza królewna, o której wszyscy marzyli, ale to ja z nią tańczyłem. Pasowaliśmy do siebie wzrostem, ja zawsze wyższy byłem. To moja pierwsza miłość, przetrwała do podstawówki.

Claudia: Słyszałam, że w podstawówce został Pan zapalonym filatelistą. Jak to się stało?

M.N.: W jakieś radzieckiej gazecie wydrukowano mój adres. Codziennie listonosz przynosił do szkoły paczkę listów. Wtedy byłem jak jakiś bóg! Korespondowałem z kolegami ze Związku Radzieckiego, Węgier, NRD. Zostałem więc filatelistą. Tata zaprenumerował mi znaczki: stemplowane, niestemplowane i na kopertach pierwszego dnia obiegu. Zbierało się też nalepki hotelowe naklejane na bagaż. Potem na studiach wysyłałem do domu pocztówki ze wszystkich moich podróży; stąd wiem, że np. 17 sierpnia 1977 r. byłem w Rzymie na wyprawie rowerowej. W latach 80. jeździłem na Daleki Wschód: Indie, Singapur, Malezja, Nepal, Tajlandia. Stamtąd też wysyłałem kartki.

Claudia: Ciągnęło Pana do świata?

M.N.: Bardzo. Gdy miałem dwa lata i irytowało mnie, że urodzili się dwaj bracia, to brałem jasiek, podpiwek, który robiła mama, i szedłem na „koniec świata”. To była uliczka, którą dreptałem, oglądając się, czy ktoś za mną zatęskni i wyjrzy. Mieszkaliśmy przy kościele. Co sobotę chodziło się popatrzeć na śluby. „Kiedyś ożenię się z taką dziewczyną w białej sukni. I ona będzie z końca świata”, powiedziałem raz ciotce. Po wielu latach odnalazłem ten koniec w Nowej Zelandii i Australii. Ale wtedy, pod koniec lat 60., myślałem, że za mojego życia nic się nie zmieni. Nigdzie nie wyjadę. Bo jak?

Claudia: Australia. To tam zakochał się Pan w winie?

M.N.: Tak. Pijało się wprawdzie tanie wino na studiach, ale prawdziwe odkryłem dopiero w Downunder. Kiedy okazało się, że butelka wina jest tam w cenie markowej wody z Francji, zdecydowanie wolałem wino od wody. Inaczej smakuje wino kupione w winnicy, bezpośrednio u producenta. Odwiedziłem ich wiele. Barossa Valley, gdzie powstaje Jacob’s Creek, to chyba najwspanialsze miejsce w Australii do robienia wina. Byłem tam latem ubiegłego roku właśnie na zaproszenie Jacob’s Creek.

Claudia: Zwiedził Pan kawał świata. Jak się potem wraca do domu?

M.N.: Świat się przyjemnie kurczy. Nie zapomnę pierwszego powrotu z Londynu w latach 80. Kupiłem dżinsy w kratę, wystąpiłem w nich na festiwalu w Sopocie. Obciach, ale takie wtedy się nosiło. Wróciłem i czułem się obywatelem świata. Warszawa, Łódź, Szadek – nie przeszkadzało mi, że takie malutkie, bo ja już zobaczyłem, jak TAM jest. Ten wielki świat wcale mi nie zaimponował. Nie mógł bym wyjechać z Polski. Zżarłaby mnie tęsknota. Tu jest moje wszystko. Tam jestem tylko gościem.

Claudia: Zostają wspomnienia...

M.N.: Ja lubię oglądać się za siebie. Stąd mój blog, zdjęcia. Żeby „ocalić od zapomnienia”. Po to od ostatniej klasy liceum piszę dzienniki. Ręcznie. Ponad 20 zeszytów. To moja encyklopedia faktów. Stąd wiem, kiedy w Paryżu rozmawiałem z Madonną. Uwielbiam stare fotografie. Kiedyś byłem skryty. Wstydziłem się swoich zdjęć. Już nie przeszkadza mi, że wyglądam na nich jak paragraf. A włosy mam jak enerdowski piłkarz.

Claudia: Po przekroczeniu pięćdziesiątki coś się dla Pana zmieniło?

M.N.: Starzenie się zmieniło. Tata w wieku 50 lat był dla mnie prawie staruszkiem, a ja mam 56 i udaję, że wszystko jest OK. Cały czas jestem ten pan Marek z listy przebojów, który czasami zaszaleje i skoczy na bungie. „To była głupota”, stwierdził potem mój lekarz. Przed pięćdziesiątką myślałem o zbudowaniu domu w Górach Izerskich. Mam tam działkę z widokiem za milion dolarów. Ale już wiem, że nie. Za późno. Zanim bym się przeniósł, miałbym 60 lat. To po co? Trudniej dojechać karetce.

Claudia: Spełnił Pan wszystko swoje marzenia. Pogratulować.

M.N.: Jestem szczęściarzem. To, kim jestem, co robię. Nie żałuję niczego. Może tylko nie spełniłem marzenia rodziców w sensie: żona, dzieci, dom. Za to moje rodzeństwo tak. Kocham swoich siostrzeńców i bratanków. Jestem najlepszym wujkiem na świecie, bo rozpieszczam. Ale nie mam żalu, że coś sam straciłem, bo musiałem wybrać: radio albo rodzina. Zawsze uważałem, że trzeba żyć do pełna, wykorzystać swoją szansę, bez oglądania się „co inni powiedzą”, bo drugiej może nie być. Nie odkładać niczego na potem. Mądry facet, a najlepsze butelki wina ma w lodówce. (śmiech) Znajomi mówią: wypij, bo ocet się zrobi. Obiecałem sobie: raz na jakiś czas będę pić. Za nowe sukcesy i stare wspomnienia.