Zdyscyplinowana, obowiązkowa. Spotkanie o 8.30 rano? - Oczywiście. Spóźnia się dwie minuty. Przeprasza, bo szanuje cudzy czas. Dżinsy, sweter, biała koszulka. I piękne rude włosy. Naturalne? - Nie, pomalowano je do roli. Prawdziwy kolor to blond. Jest otwarta, naturalna. Ostatnio zabiegana, bo zdjęcia do serialu wypełniają jej czas. Tęskni do krakowskiego mieszkania i męża Pawła Okraski. Odreagowuje przy muzyce. Czasem przy ciężkim rocku, czasem klasycznych symfoniach. W ciąży wyciszała się przy Mozarcie. Marzy o tym, że gdy synek podrośnie, wróci do malowania. Kiedy jedna z jej koleżanek powiedziała, że jest "w miarę zadowolona" z portretu Magdy, aktorka postanowiła malować tylko martwą naturę.

GALA: O rolę Marty w serialu "Twarzą w twarz" w ostatnim etapie walczyłaś z Ulą Grabowską, koleżanką z Teatru Bagatela. Czy jest możliwa przyjaźń między aktorkami?

MAGDALENA WALACH: Pewnie tak. Jednak ja najbliżej związana jestem z mamą i młodszą o trzy lata siostrą. To im się zwierzam ze swoich problemów. Siostrze teraz rzadziej, bo wyjechała z rodziną za ocean. Wierzę, że nie na zawsze. A z Ulą łączy mnie koleżeństwo. Obie mamy rodziny, małe dzieci. Wymieniamy się doświadczeniami.

GALA: Jakimi?

MAGDALENA WALACH: Chętnie wspominam swój dom. U nas nie było czegoś takiego jak zakazy. Mnie i rodzeństwu (mam jeszcze młodszego o pięć lata brata) rodzice mówili: "Proszę bardzo, spróbuj, ale wiedz, ale licz się z konsekwencjami. Decyzję podejmujesz ty". Rodzice rozmawiali z nami o wszystkim. Z mamą często dyskutowałyśmy do późna w nocy. Wszystkie koleżanki mi jej zazdrościły. Pełne porozumienie. Miała niekonwencjonalne metody wychowawcze. Któregoś dnia zawołała do pokoju naszą trójkę. Stanęliśmy przed nią w rzędzie, a ona trzymała w ręku zapalonego papierosa. "Pewnie chcecie spróbować, jak to smakuje. No to zobaczcie, jakie to świństwo" - powiedziała i każdemu z nas kazała się zaciągnąć. Mieliśmy wtedy po naście lat, krztusiliśmy się tak, że z oczu leciały nam łzy. Wiedziała, że moje koleżanki popalały w szkolnej toalecie. Dzisiaj nie pali żadne z nas. Żadne z nas nie buntowało się przeciw rodzicom. Bo nie mieliśmy powodów. Chciałabym być - choć w nikłym procencie - taką mamą dla swojego dziecka.

GALA: Pewnie jako dziecko bawiłaś się w teatr?

MAGDALENA WALACH: Nic z tych rzeczy. Pamiętam, że wielkie wrażenie wywarł na nas serial "Robin Hood". Lataliśmy z łukami, odtwarzając niektóre sceny. Ja oczywiście byłam Robin Hoodem (śmiech).

GALA: Dobrze, że nie Wilhelmem Tellem, bo mogłabyś spróbować strzelania z łuku do jabłka ustawionego na głowie brata...

MAGDALENA WALACH: Szczęśliwie nie przyszło mi to do głowy. Rodzice mają dom z dużym ogrodem. Rośnie tam rozłożysta czereśnia, na której zbudowaliśmy sobie coś, co miało udawać domek. W wakacje wdrapywaliśmy się tam i spędzaliśmy całe dnie. Rodzice, a zwłaszcza mama, czuwali nad nami, ale z daleka. Dawali nam maksimum swobody. Mama zachęcała nas też do tańca i śpiewu. Sama jako młoda dziewczyna była w tym dobra. Kiedyś nawet wygrała konkurs, w którym nagrodą była nauka w szkole teatralnej. Ale dziadkowie jej to wyperswadowali.

GALA: Twoi rodzice na szczęście tego nie próbowali...

MAGDALENA WALACH: Do zdawania na PWST namówiła mnie polonistka. Brałam udział w konkursach recytatorskich i w kółku teatralnym. Pierwszą rolę zagrałam w szkole podstawowej. Byłam Lustrem w "Śpiącej królewnie" i mówiłam: "Ty, królowo, jesteś piękna jak gwiazda na niebie, ale księżniczka jest piękniejsza od ciebie" (śmiech). Kawał serca oddałam tej roli.

GALA: Opłaciło się, na studia dostałaś się bez problemów.

MAGDALENA WALACH: Wywarłam wrażenie na komisji, wyznając płomienną miłość nodze stołowej tekstem "chrząszcz brzmi w trzcinie". Do egzaminów podeszłam poważnie, bo taka już jestem - wszystko, co robię, staram się wykonać jak najlepiej. Ale myślałam też o malarstwie, architekturze wnętrz, językach. Studia skończyłam kilka lat temu, jednak niepewność, czy jestem na właściwej drodze, mam do tej pory.

GALA: Dlaczego?

MAGDALENA WALACH: Obok chwil zadowolenia są cięższe momenty. Nieprzespane noce, stres przed premierą, udowadnianie sobie, że potrafię, że dam radę. Takie stany dopadają mnie częściej niż chwile euforii. Ciągle walczę o to, żeby widz mi uwierzył. Mam nadzieję, że w przypadku Marty z "Twarzą w twarz" to mi się udało.

GALA: Sądząc z głosów internautów, na pewno. Dużo emocji wzbudza też twój serialowy partner Paweł Małaszyński...

MAGDALENA WALACH: Z Pawłem spotkałam się już wcześniej w "Oficerze". Grałam tam epizod - młodą kobietę w ciąży, której mąż jest zamieszany w ciemne interesy. Gdy pierwszy raz zobaczyłam Pawła na żywo, podjechał świetnym czarnym samochodem w ciemnych okularach. Robił wrażenie! Dzięki roli Marty brałam też udział w policyjnych akcjach, strzelaninach i pogoni.

GALA: W przedostatnim dniu zdjęciowym zdarzył się poważny wypadek.

MAGDALENA WALACH: To był kulminacyjny moment w serialu. Było wcześnie rano. Na pasie startowym lotniska na Bemowie Paweł Małaszyński pędził samochodem. Obok niego siedział operator kamery, a z tyłu reżyser. Padał deszcz, było ślisko. Stałam z ekipą dalej, czekając na swoje sceny. Usłyszeliśmy pisk opon i huk. Samochód wpadł w poślizg i dachował. Wyglądało to koszmarnie: przewrócony samochód, pogięta karoseria, dymiący silnik. Na szczęście poza mocnymi potłuczeniami nikomu nic się nie stało.

GALA: Były momenty, kiedy się bałaś?

MAGDALENA WALACH: Jeszcze jak! Wokół mnie wybuchały samochody, a dodatkowo jeden z nich miał uderzyć w cysternę z benzyną, która również miała wylecieć w powietrze. Wielka dawka adrenaliny!

GALA: Lubisz takie emocje?

MAGDALENA WALACH: Bardzo. To właśnie jest pasjonujące w tym zawodzie - stany, odczucia, szukanie w sobie pokładów emocji, nawet takich, których nie chciałoby się nigdy w życiu doświadczyć.

GALA: Czy wiesz, że internauci już się zastanawiają, czy twój duet z Małaszyńskim przebija popularnością ten z "Magdy M." z Joanną Brodzik?

MAGDALENA WALACH: Widzowie to ocenią. Asię Brodzik ogromnie cenię. Jest fantastyczna. W "Magdzie M." nie do pobicia. Z Pawłem stanowili świetną parę.

GALA: Jak ci się pracowało z najprzystojniejszym polskim aktorem?

MAGDALENA WALACH: Jest bardzo dobrym kolegą. To normalny, miły facet. Otwarty na innych, zawsze starał się pomóc. Na przykład podpowiadał słowa, których nie było w scenariuszu, żebym przed kamerą wypadła na "przekonująco zaskoczoną". Uratował mi - czyli Marcie - życie. To była trudna scena. Samochód, którym jechała Marta, został zepchnięty z nasypu. Paweł, czyli Ważka, przenosi Martę na rękach do swojego samochodu, by gnać do szpitala. Scenę kręciliśmy późnym wieczorem. Było ciemno, padał deszcz, a nasyp był pochylono o jakieś 40 stopni. Nie jestem piórkiem, a Paweł musiał powtarzać tę scenę kilkakrotnie. Naprawdę wykazał się sprawnością!

GALA: Twój mąż Paweł Okraska nie jest zazdrosny?

MAGDALENA WALACH: Nasz zawód wymaga bliskiego kontaktu z partnerem. Wiemy o tym i wzajemnie sobie ufamy. Poza tym mój mąż jest bardzo przystojny.

GALA: Paweł Okraska też miał intymne sceny z Moniką Krzywkowską w "Suplemencie" Krzysztofa Zanussiego...

MAGDALENA WALACH: Miał, miał. Sama widziałam. Ale to przecież film.

GALA: Melanie Griffith, gdy jej mąż Antonio Banderas ma kręcić gorące sceny, przyjeżdża na plan czuwać nad małżeńskim szczęściem. Ty nie?

MAGDALENA WALACH: U nas jeszcze do tego nie doszło (śmiech).

GALA: Jest między wami zawodowa rywalizacja?

MAGDALENA WALACH: Nie ma. Oboje staramy się pracować z oddaniem. Ale po przyjściu do domu i zamknięciu drzwi prowadzimy inne życie. Prawdziwe. Na pierwszym miejscu jest 16-miesięczny Piotruś, nasz synek. Opiekujemy się nim na zmianę w zależności od tego, kto akurat pracuje. Czasami zwracamy się o pomoc do niani. Mamy dystans do aktorstwa. Nie łączymy życia z pracą.

GALA: Jesteś teraz na fali wznoszącej. Podobno mężczyźni nie najlepiej znoszą, gdy żona robi karierę...

MAGDALENA WALACH: Był moment, kiedy to Paweł był na fali. Zagrał w dwóch filmach Krzysztofa Zanussiego: "Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową" i "Suplement", i przez kilka lat grał w "M jak Miłość" geja Michała Łagodę. Nasz zawód jest nieprzewidywalny. Można pracować i to dużo, a potem przychodzi czas milczących telefonów i chwila odpoczynku. On też jest potrzebny.

GALA: Mimo wszystko to czas niełatwy.

MAGDALENA WALACH: Dlatego mamy do tego dystans i siebie nawzajem. Rozumiemy, jak to bywa bolesne.

GALA: Jesteście parą od czasu studiów. Czy od razu wiedziałaś, że to wielka miłość?

MAGDALENA WALACH: Nie. Uczucie rozwijało się powoli.

GALA: Skończyłaś 30 lat. Czy to był dla ciebie ważny moment?

MAGDALENA WALACH: Oczywiście. Zostałam mamą. Najwspanialsze przeżycie. Sens mojego życia to rodzina. Kiedy na planie mam wolną chwilę, oglądam zdjęcia dzieciaka. Chcesz, to ci pokażę (Magda wyjmuje z torby telefon komórkowy i pokazuje mi zdjęcie pyzatego blondasa). Mam ich w komórce 250! Plus 40 filmów. Ale nie tylko ja tak szaleję, Paweł, też.

GALA: Chcecie mieć więcej dzieci?

MAGDALENA WALACH: Bardzo!

GALA: Łatwo z tobą wytrzymać?

MAGDALENA WALACH: Są momenty, kiedy się sprawdzam rewelacyjnie, a są takie, kiedy jestem pogubiona, a świat mnie przerasta... I wtedy Paweł staje na wysokości zadania, jest podporą, oparciem.

GALA: Przyznajesz, że jesteś bardzo emocjonalna. Zdarzyło ci się tego żałować?

MAGDALENA WALACH: Zdarza się, że górę biorą negatywne emocje. Powinnam nad tym popracować. Ciągle to sobie obiecuję. Ale kiedy popełnię błąd, przyznaję się do niego i przepraszam. Czasem wybucham, ale wolę to niż tzw. ciche dni. To jest dopiero koszmar! Jestem za tym, by wszystko sobie wyjaśnić.

GALA: Potrafisz rzucić talerzem?

MAGDALENA WALACH: Raz w życiu zdarzyło mi się, że czymś rzuciłam. To nie był talerz... ale jednak. Nie ma czym się chwalić. Na szczęście mam wyrozumiałego męża. Szukałam takiego poczucia bliskości i bezpieczeństwa, jakie mąż mi daje. Teraz najważniejszy jest dla nas synek. Staramy się mu poświęcać jak najwięcej czasu. Po jego urodzeniu byłam w domu przez pół roku. Potem musiałam wrócić do teatru. A kiedy Piotruś miał 10 miesięcy rozpoczęłam "Twarzą w twarz". Najtrudniejsze jest dla mnie wychodzenie z domu, bo towarzyszy mu protest małego.

GALA: Zostawisz dziecko w dobrych rękach...

MAGDALENA WALACH: Trudno sobie wyobrazić lepsze. Paweł wzrusza mnie swoją czułością w stosunku do dziecka. Najpiękniejszy widok: prawie dwumetrowy mężczyzna schyla się nad maleństwem i bierze je na ręce, a dziecko bezpiecznie zasypia.

GALA: Krzysztof Zanussi mówi, że powtarza młodym ludziom, iż miłość to ciężka praca.

MAGDALENA WALACH: Zgadzam się. To nie jest coś, co się raz złapało, poczuło i można to tak zostawić. O to, żeby ludziom było ze sobą dobrze, trzeba walczyć. Codziennie starać się o siebie, zabiegać o względy, poznawać. Bez tego uczucie szybko by minęło. Miłość dojrzała to nie motylki w żołądku, tylko chęć bycia z drugim człowiekiem w każdej sytuacji. Kiedy przeżywamy w związku trudne momenty, nie mam ochoty uciekać, tylko o nas i nasze uczucie walczyć.

GALA: Nigdy nie pakowałaś walizek, żeby pojechać do mamy?

MAGDALENA WALACH: Nigdy. Burze i kryzysy się zdarzają. Zamiast się kłócić, lepiej pomyśleć, jak przychylić nieba drugiej osobie każdego dna.

GALA: Co jest dziś niebem dla ciebie?

MAGDALENA WALACH: Domowa codzienność, której mi brakuje. Jestem mamą na minuty - widzę synka rano i przez godzinę wieczorem po powrocie z pracy. Nie czuję się z tym dobrze. Ale wiem, że już jutro będzie lepiej.