Kontrkultura hipisowska była jak epidemia – wspomina Kora, piosenkarka i hipiska. – Przyszła do nas z USA wraz z muzyką, tekstami piosenek, ruchami wolnościowymi. Dla nas, zamkniętych w gettach komunistycznych krajów, była jak pęd świeżego powietrza, zew wolności. – W czasach mojej młodości nie przynależeć do subkultury było obciachem. To jak przyznanie się do braku własnego zdania. Ta przynależność nas definiowała, podkreślała osobowość, łączyła z innymi podobnie myślącymi ludźmi, czym sprawiała, że miało się poczucie jedności z grupą – akcentuje Kayah, piosenkarka zafascynowana ruchem rastafariańskim. – Styl punkowy był dodatkiem do mojego życia, jak ochronne ubranie, podobnie jak dla aktora – rola.

Kora: hipiserka była ucieczką od domu ciasnego, ubogiego

Schyłek lat 60. Byłam jedną z pierwszych hipisek w Polsce, dziewczyną najbardziej znanego krakowskiego hipisa Ryszarda „Psa” Terleckiego, jednego z prekursorów tej kontrkultury w Polsce. Co mnie w niej zafascynowało? Bunt, kontestacja, piękne stroje, odejście od sztampy. Muzyka, kino, cała kultura. A Kraków, gdzie się urodziłam i dorastałam, był idealnym dla hipisów miejscem. Zostałam hipiską już w liceum. Buntowałam się wtedy tak bardzo, że przestałam chodzić do szkoły. Na szczęście ta absencja trwała zaledwie 2–3 miesiące, bo moja przyjaciółka szybko wybiła mi wagary z głowy. Pamiętam, że niektóre moje wyskoki źle się kończyły, np. ze studniówki nas wykopano. Pojawiłam się na niej z moją przyjaciółką, śp. Galią, jej narzeczonym oraz z moim ówczesnym chłopakiem „Psem” Terleckim. Wyglądaliśmy tak, że nas po prostu wyproszono. Maturę również zdawałam w niekonwencjonalnym stroju, to chyba były spodnie w kratkę. Buntowałam się nie tylko ubiorem i zachowaniem, ale i werbalnie. Potrafiłam oświadczyć nauczycielom, że co innego robią, a co innego myślą. To był dla nich szok. Byłam groźna dla ich status quo. Na szczęście liceum skończyłam (mówiąc szczerze: znowu dzięki rozsądkowi mojej przyjaciółki). Byłam potem z tego nieludzko zadowolona.

Dobrze się wśród hipisów czułam. Filozofia i styl życia dzieci kwiatów to była dla mnie ucieczka od domu: ciasnego, ubogiego. Zresztą wszyscy czuliśmy się ze sobą jak wolne, wyraziste i autonomiczne jednostki. Szczególnie w tym zunifikowanym, zastraszonym świecie PRL-owskiego obyczaju. Być w grupie, ale być w niej pojedyńczo. Jak kolorowy bukiet złożony z wielu przeróżnych kwiatów. Był w nas bunt, ale i odwaga, by go okazać. Jeszcze jako uczennica przez kontakty z Piwnicą pod Baranami, z fotografami (już w szkole zostałam modelką, m.in. na okładce „Przekroju” u Wojciecha Plewińskiego) brałam udział w towarzyskim i artystycznym życiu Krakowa. Były tam i prasa, i „Tygodnik Powszechny”, i teatry, i festiwale filmowe, na które przyjeżdżali artyści ze świata. Przyjaźniłam się m.in. z Tadeuszem Kantorem, Jerzym Beresiem, Piotrem Skrzyneckim, Wiesławem Dymnym, którzy tworzyli w naszym kraju kulturę na najwyższym poziomie. Byli zafascynowani kontrkulturą hipisowską, a my przyczepialiśmy się do tych wybitnych nazwisk trochę jak małe rybki do wielkich. Próbowaliśmy też swoich sił, potem wielu z nas zostało artystami.

Grupami przemieszczaliśmy się po Polsce. Na mojej mapie był Kraków, Warszawa, Wrocław, Poznań i Łódź. Poznawałam niezależnych artystów i muzyków. Stanowiliśmy grupę przyjaciół, mieszkaliśmy w tzw. hipchatach. Kto miał wolną chatę, udostępniał ją wszystkim. Przenosiliśmy się tam na całe dni i noce, słuchaliśmy muzyki, niektórzy ją tworzyli, inni malowali, pisali wiersze. Rozmawialiśmy albo spotykaliśmy się na tzw. delikatnych odlotach. Codziennie bywaliśmy w Krzysztoforach, na wystawach artystycznych przy Plantach. Spotykaliśmy się w Krakowskim Stowarzyszeniu Fotografów Polskich, Piwnicy pod Baranami, w klubie Pod Jaszczurami. Latem na Błoniach, w parkach. I oczywiście na zlotach hipisowskich. To podczas podróży na pierwszy zlot w Mielnie przyjęłam pseudonim Kora.

Moje życie rodzinne, macierzyństwo było też jedną wielką hipiserką. Bo byliśmy bezdomni, bez pieniędzy, mieszkaliśmy w squatach, moi synowie Mateusz i Szymon zawsze byli przy mnie. I mimo braku stabilizacji czuliśmy się naprawdę szczęśliwi.

Co to znaczy „być hipisem”? To manifestowanie poglądów, które rodzą się z niezadowolenia. Kiedy słowa polityków i przywódców duchowych nie przekładają się na zwykłe życie, kiedy jest dużo niesprawiedliwości społecznej, rodzi się bunt. Bycie hipisem to nie tylko wybór życiowy, ale i kwestia mentalności. Człowiek się nim nie staje, tylko po prostu nim jest. Z tym potencjałem: duchowym, emocjonalnym, intelektualnym, przychodzi się na świat. Lata i mody mijają, zmienił się ustrój, a ja nadal jestem hipiską, tylko mój status materialny jest trochę wyższy. Dalej jestem nieodporna na hipokryzję, niesprawiedliwość, okrucieństwo, kłamstwa, które sączą do ucha politycy, nie tylko w naszym kraju. Moimi hasłami były i są: miłość i komunikacja. Z wieloma dziećmi kwiatami nadal mam kontakt, np. z Leszkiem Prorokiem, od lat mieszkającym we Francji, Profesorem (Krzysio Kownacki), Amokiem (Andrzej Turczynowicz), Balubą (Marek Liberski). I przede wszystkim z moim partnerem życiowym Kamilem Sipowiczem, autorem książki „Hipisi w PRL”. Poczytajcie... Drugie jej wydanie ukaże się na jesieni 2011, a w czerwcu inna jego ksiażka o podobnym temacie, pt. „Czy marihuana jest z konopi?”.

Kayah: ruch rasta to była muzyka reggae, dredy i pierwsza miłość

Właśnie zaczęły się lata 80. Zawsze sympatyzowałam z pokojowym ruchem hipisowskim, a także rastafariańskim. Choć przyznam, że z tym drugim raczej z rozpędu. Mówiąc szczerze nie bardzo miałam pojęcie, o co chodzi, poza tym, że urzekła mnie cała mistyczna otoczka legend i podań o plemieniu Judy, Hajle Sellassjem itd. Właściwie nigdy mnie nie ciągnęło do jakiejkolwiek religii, zawsze miałam przekonanie, że religie tylko dzielą ludzi, separują narody i wyznawców od całej reszty. Dlatego też nie zgłębiałam religijnej strony rastafarianizmu. Byłam wtedy bardzo młoda, miałam 14 lat. Miłość moja trwała tyle, ile trwał stan zakochania do pewnego rastamana :). Najatrakcyjniejsze było jednak to, że ruch ten wiązał się z określonym, jak dla mnie bardzo sexy, wyglądem, i genialną muzyką reggae. Na tym etapie rozwoju umysłowego w zupełności mi to wystarczało. A ponieważ otaczali mnie ludzie o bardzo pozytywnym nastawieniu do świata, kreatywne towarzystwo stanowiące elitę młodzieżowej rebelianckiej społeczności, byłam przekonana, że jestem na właściwym miejscu.

Nosiłam wtedy dredy, które w pewnym momencie – jakby mało było masakry dla włosów – odbarwiłam i ufarbowałam na rudo. Miałam też okres warkoczyków do pasa, chyba jako jedna z pierwszych białych dziewczyn w Polsce, ale ciężar doplecionych włosów był nie do zniesienia. Choć kosztowało to bajońską sumę i 13 godzin siedzenia na fotelu fryzjerskim, po niecałych dwóch tygodniach poddałam się operacji zlikwidowania tej fryzury. Pomagali mi w tym mój chłopak i przyjaciółka. Trwało to dłużej niż zaplatanie. A podłoga zarzucona, jak zauważyłam później, kilogramem sztucznych włosów wyglądała, jakby położył się na niej diabeł tasmański – śmieje się Kayah. – Naszym imprezowym bloczkiem startowym był klub studencki Hybrydy, gdzie swój kamień węgielny położył m.in. zespół Israel. Przyjaźniłam się wtedy z tą ekipą, z Maleo. Tutaj swoje początki miała też Armia. W ogóle byliśmy wtedy wszyscy razem.

Pamiętam też cudowne zabawowo, uduchowione imprezy u Magury, Milo i innych legend, niekoniecznie wywodzących się ze źródła rastafariańskiego. To były fajne czasy. Za wakacyjną mekkę uważałam Sopot i pola namiotowe, gdzie jak w komunie żyło się z wieloma mi podobnymi dzieciakami. W ciągu dnia grało się na „Monciaku”, a wieczorami bawiło na plaży. Bardzo niewinny czas. Dziś pewnie wyglądałoby to już inaczej. Mówię o tym z żalem. Mój syn miałby kategoryczny zakaz takich przygód. Moja mama zaś to mądra kobieta. Rozumiała, że jej sprzeciw zrodzi tylko mój bunt. Sama będąc wolnej natury, wolności mi nie zabraniała. Byłam całkiem dobrą uczennicą, więc moje subkulturowe sympatie w niczym nie przeszkadzały – zapewnia piosenkarka.

– To były czasy pełne nadziei, bardzo niewinne. Pamiętam nasze ogromne podniecenie, wszyscy bardzo potrzebowaliśmy jedności, choć można by to nazwać solidarnością. Nie chce mi się w tym pięknym obrazku doszukiwać brudów. Może idealizuję, ale mam do tego prawo, bo to przeżyłam, wyrosłam na tym, więc dziś mogę spojrzeć tylko z perspektywy zysków, nie strat. Wiadomo, stereotypy uprzykrzają życie. Ale trzeba z nimi żyć tak, by dawać przykład. Nawet jeśli miałam jakieś przykrości, dziś już o nich nie pamiętam. Widocznie były po to, by mnie wzmocnić w moim dążeniu do swobodnej autoekspresji.

Nie wiem, ilu z nas tkwiło w tym, bo taki był ten egzotyczny trend, a ilu posiadało wiedzę na temat religijności. Grunt, że trzymaliśmy się razem. Ale najważniejsze jest to, że mimo upływu 20 lat z wieloma znajomymi nadal utrzymuję kontakty. Łączą nas wspomnienia, wspólne przygody, festiwale, jak np. Rób Reggae, jak i niesamowity sentyment do tej dziewiczej rzeczywistości z tamtych czasów. Nasze przyjaźnie daleko wykraczały poza środowisko rasta. Tak naprawdę buntownicza i pragnąca zmian młodzież miała wtedy taki wspólny mianownik. Nieważne było, czy jest się ze środowiska rasta czy punk. W pewien sposób oddałam temu zjawisku hołd, wydając w Kayaksie książkę autorstwa Krzyśka Grabowskiego „Dezerter – poroniona generacja”, opowiadającą nie tylko o legendzie Dezertera, ale też o tym niezwykłym pokoleniu, którego młodość przypadła na bardzo szczególne czasy żelaznej kurtyny.