Postanowienia noworoczne Kingi nie zmieniają się od czterech lat. Powtarza: „Żeby ten rok nie był gorszy od poprzedniego”. – Byłabym nieuczciwa, gdybym narzekała. Pewnie, mam kilka marzeń... Ale jeśli zostanie, jak jest, będę szczęśliwa – mówi i, jak to ona, uśmiecha się całą twarzą. Jest drobniejsza niż na ekranie, delikatniejsza. Zdrowe, mocne, kasztanowe włosy. Idealna cera, zadbane dłonie. I dziewczęce iskierki w oczach. – Nauczyłam się cieszyć chwilą. To wyświechtane, ale już wiem: szczęście pochowane jest w drobiazgach. Już to wiem, bo nie wie-   działam wcześniej. Dziś rano popatrzyłam na kwiaty, które wczoraj dostałam od kogoś, i tak mi się zrobiło miło. Ucieszyłam się owsianką, którą jadłam na śniadanie w towarzystwie mamy – uśmiecha się. – A my czasem wpadamy w pułapkę tworzenia sobie wizji życia, której nie jesteśmy w stanie dosięgnąć. Mamy problem z radością dnia codziennego. Wielu moich znajomych ma tak wysoko zawieszoną poprzeczkę, że cieszą ich tylko sukcesy spektakularne. A one zdarzają się nieczęsto.

Zdeterminowana

Ma dobry czas. Ile pozytywnych emocji wzbudza w ludziach, pokazała jej wygrana w „Tańcu z Gwiazdami”. Teraz jest gwiazdą TVN-u. I sprawną bizneswoman, z głową pełną nowych pomysłów. – Ambitna byłam zawsze. Ciągnęło mnie dalej i dalej.
 Jako dziewczynka stawała w długiej kolejce, by zapisać się na zajęcia dodatkowe organizowane w Pałacu Kultury i Nauki. Mieszkała na Osiedlu za Żelazną Bramą, miała blisko. – Ale tylu było chętnych, że wolne miejsce zostało już tylko na robótkach ręcznych. Poszłam na nie. Masakra – śmieje się. Chciała pływać. Widać już wtedy umiała być zdeterminowana i walczyć o realizację swoich pomysłów. Z sukcesami. – Gdy rozpoczęły się zajęcia, po prostu poszłam na basen. Bez legitymacji, że niby jeszcze nie odebrałam z sekretariatu, za to już przygotowana, w kostiumie pływackim. Stanęłam przed trenerką i powiedziałam: „Nie starczyło dla mnie miejsc, ale bardzo chciałabym pływać...”. Była tak rozbrojona moją postawą, że pozwoliła mi wskoczyć do wody.
Odwaga w skakaniu, nawet na główkę, nie opuściła jej. Kilka lat temu, już jako spełniona dziennikarka, wymyśliła, że będzie produkować kosmetyki, jakich w Polsce nie było. Czysto roślinne, ekologiczne. Pachnące, by ich używanie było rozkoszą. – To był sprawdzian, że można sobie coś wymyślić i to stworzyć – przyznaje. Nie myślała o zysku. – Gdy tak niedawno powiedziałam na kongresie kobiet przedsiębiorczych, panie roześmiały się, że to taka polska poza. Ale to prawda: w głowie miałam ideę. Marzyły mi się balsamy, ale bez dodatku ropy.
Wspólny biznes zaproponowała przyjaciółce, którą poznała przez dzieci. Spotykały się przy tej samej piaskownicy. – Trochę się bałam, czy nasze relacje nie popsują się przez pracę. Niepotrzebnie. Magda myśli jak ja, i jest jak czołg. Zajmuje się stroną biznesową, ja marketingiem. Mam szczęście do ludzi – szeroko uśmiecha się Kinga. – Wspólnie z inną przyjaciółką, Katarzyną Wende, prowadzę agencję PR. I to już od 10 lat.

Mama

Wstaje o 6.30, późno kładzie się spać. Nie marnuje czasu. – Czasem słyszę powątpiewania, że skoro mam tyle obowiązków, to na pewno zaniedbuję dzieci. A to nieprawda – uważa.
 Jej córki Pola i Iga mają dziś 13 i 10 lat. Ciekawe świata, mądre dziewczyny. – Jeszcze w Stanach poznałam teorię ludzi zapracowanych: od ilości wspólnie spędzanego czasu ważniejsza jest jego jakość.  Rano, przed wyjściem Poli do szkoły, piją razem herbatę. Czasem trwa to 15 minut. – Ale: stuprocentowej uwagi. Rodzic nie może udawać, że ze wspólnego czasu czerpie radość, on ma ją czerpać! – przekonuje. – I ten kwadrans może być bardzo ważny.
Wieczorami, o ile nigdzie nie wychodzi, mają rytuał wspólnego czytania. Kinga, wiceprezeska Stowarzyszenia ABC XXI, wierna jest akcji „Cała Polska czyta dzieciom”. Ale z córkami siada na dłużej niż zalecane dwadzieścia minut. – Wiadomo, z książkami należy oswajać dwulatków, starsze dzieci mogą czytać same. My wspólnie przerabiamy lektury filozoficzne. To wyzwanie! – mówi z werwą. – Zaczęłyśmy od „Świata Zofii” Josteina Gaardera, potem kupiłam Kołakowskiego, krótkie teksty, przystępne – opowiada. Choć czasem wolałaby po „Faktach” odpocząć, poczytać sobie, zadzwonić do kogoś. – Ale to daje mi wielką radość. Czas dla siebie mam po 22.
 Ma dzielne dzieci, mówi. Wcale nie jest im łatwo. Wspomina zakłopotanie Poli, gdy przyszła na otrzęsiny do jej gimnazjum. Tłum rodziców, i ona, znana twarz. – Z jednej strony cieszyła się, że jestem. Z drugiej była skrępowana, że wszyscy na mnie patrzą. Efekt uboczny pracy na wizji. Czasem słyszę: jak ci to przeszkadza, to zmień pracę. Ale ja ją lubię! Przykro mi tylko, że dotyka to dzieci.  W zamian, oczywiście, dostają coś innego: ona zabiera je na plan „Dzień Dobry TVN”. Tata, Tomasz Lis, na wywiady. – Nie każde dziecko siedziało na kolanach Tony’ego Blaira czy Lecha Wałęsy. Ale czy tym się dzieci psuje, czy wyposaża na przyszłość?

 Koniec, czyli początek

Przez wiele lat była głównie żoną i matką. Czy zastanawia się czasem, jak wyglądałoby jej życie, gdyby nie rozpad związku? Po 12 latach odszedł od niej mąż. Do jej przyjaciółki, zresztą świadka na ich ślubie. Sensacja, prasa mnożyła plotki. Ona, mimowolna bohaterka, milczała. Dziś też nie komentuje przeszłości. – Moje życie codziennie mi udowadnia, że wszystko dzieje się po coś. Po co, widać po jakimś czasie.
Trudne chwile pokazały jej, na przykład, jaka jest silna. – Nigdy nie postrzegałam siebie jako osoby mocnej. Jestem zodiakalną Rybą, emocjonalnie labilną. Uczucia mam rozpięte na sto w górę i sto w dół: jak kocham, to po grób, jak mi się coś podoba, to ekstatycznie, a rozpaczam do cna. Okazało się, że jednak umiem zacisnąć zęby, wyznaczyć sobie cele, systematycznie pracować. Dla mnie to było odkrycie. Niezłomna, aktywna, a przy tym dziewczęca. Dla wielu, zwłaszcza kobiet, stała się  symbolem wychodzenia z kryzysu. Czyta to między innymi w e-mailach, jakie dostaje. Stan na dziś: w jej skrzynce czeka 3,5 tysiąca nieotwartych wiadomości. Zwierzeń, żalów, próśb. Kiedyś odpisywała na bieżąco. – Dzięki tym listom zrozumiałam, że wszyscy mamy te same problemy i jednakowy kłopot z ich rozwiązaniem. Czy wielki prezes, czy pani z kiosku – jedna do mnie pisze, więc wiem. Każdego rani to samo: złe słowo, odrzucenie, obojętność. I brak kogoś, kto by wysłuchał. Autorzy większości listów chcieli mi się po prostu wygadać. Bo my na co dzień wstydzimy się o sobie mówić, zabierać komuś czas… Pomyślałam, że zbiorę to, co odpisywałam tym ludziom, co mówią psychologowie, i wydam poradnik z pozytywnym przesłaniem, że zawsze jest jakieś wyjście. Jeszcze nad nim pracuję.

Dziennikarka

Od zawsze chciała pisać. Marzyła o pracy w mediach. – Podobał mi się sam pomysł interpretowania rzeczywistości, pracy ze słowem. Brałam udział w olimpiadach z języka polskiego – wspomina Kinga. Kiedyś opowiedziała o tych planach matce chrzestnej, Danucie Rinn. Był rok 1985. – Zapytała: „Ciekawe. A w jakim piśmie chcesz pisać? Dziennikarz powinien głosić prawdę, pokaż mi takiego”. Miała rację. Gdy składałam papiery na dziennikarstwo, powstrzymała mnie: „To nie jest dobry moment. Tu wciąż wykładają ludzie, którzy uczyli kłamać. Nie było zmiany kadr”. – Kinga zdecydowała się na italianistykę. – Same dziewczyny. Myślałam: szkoła wychowująca eleganckie gospodynie domowe dla Włochów. Okazało się, że uczyli tam wybitni wykładowcy, legendy. – Potem, tak jak marzyła, zdała na dziennikarstwo.
Jeszcze jako studentka italianistyki zgłosiła się do konkursu na prezenterów muzycznych. Trafiła do telewizji. Ale najlepszą szkołą dziennikarstwa okazały się cztery lata w USA, dokąd wyjechała z mężem, korespondentem „Wiadomości”. Uśmiecha się na wspomnienie wywiadów z Tomem Hanksem, Meryl Streep... – Jestem jedyną osobą w historii dziennikarstwa w Polsce, która dostała akredytację na rozdanie Oscarów. Każdy, kto starał się o nią, wie, że to prawie niemożliwe dla kogoś z Europy – podkreśla. Na czerwonym dywanie stawała cztery razy. Zawsze interesowała się kinem. Kilka miesięcy temu zdradziła, że chodzi jej po głowie pomysł na film. Z przyjaciółką już napisały scenariusz. Jest na etapie poprawek. – Ale przed nim jeszcze bardzo daleka droga – nie ma złudzeń. – O czym będzie? Nie, nie powiem! Zdradzę tyle, że to komedia.

Dobra energia

Sama śmieje się często. I tak dobiera znajomych, by to byli ludzie, którzy akceptują ją, a ona ich, bo po co się męczyć? Upowszechnia zwyczaj dzwonienia do siebie, ot, by powiedzieć coś miłego. Z jedną przyjaciółką co rano, w ramach wizualizacji, powtarzają sobie, że mają fantastyczne życia. – Niedawno ona napisała sobie na tablicy: „Chcę być jak Kinga Rusin”. Strasznie mnie to rozbawiło – dziennikarka jeszcze się śmieje. – Może wydawało się jej, że mam więcej energii niż ona?  A ma jej mnóstwo. Bo dba o siebie. Trzyma się diety zgodnej z grupą krwi (ma 0). Unika słodyczy, potraw z białej mąki. Kluski, owszem, razowe, gryczane. I rusza się. – W marcu, sama nie wiem czemu, postanowiłam nauczyć się biegać – opowiada. – To też sztuka! Jak to ja, podeszłam do tego naukowo. Biegałam z trenerem, trzy razy w tygodniu. Nauczył mnie słuchania swojego ciała i wyłapywania momentów, kiedy tętno się reguluje i można dłużej pobiec. Świetna sprawa. Od lat jeździ konno, zaraziła tym córki. – Koń ma wyższą o stopień temperaturę niż człowiek, przekazuje mu dużo ciepła. I dobrą energię. Przy czesaniu jonizuje się jego sierść, a to poprawia nastrój. W naszym klimacie musimy sobie szukać dodatkowych źródeł energii – wzdycha, patrząc za zimowe okno. – Jazda rano ustawia podejście do życia na cały dzień. Czy jest spełniona? Stan na dziś, koniec roku 2009. Uśmiecha się. – Lubię siebie. Czuję się akceptowana, a w różnych etapach mojego życia nie do końca tak było. Mam dużo pozytywnej energii, choć są we mnie i negatywne emocje. Wolałabym oczywiście ich nie mieć... Powtarzam jak mantrę, że nawet jeśli mam do kogoś żal, to nie ma to znaczenia. Najważniejsze jest, i tak tłumaczę córkom, by kładąc się spać wieczorem, móc sobie powiedzieć: „Minął kolejny fantastyczny dzień. I już nie mogę doczekać się następnego”.

Kinga Rusin, fot. ONS