Przez ostatnie trzy lata w jej życiu wiele się działo: nagrała ósmą płytę, zakochała się, urodziła dziecko, przeprowadziła do nowego domu. – Szybkie tempo. Wiele obowiązków, niepewności. Łatwo nie jest, choć to na pewno dobry czas w moim życiu – mówi. Jest po kolejnej nieprzespanej nocy, bo karmi piersią półrocznego Ignasia. Mimo zmęczenia wygląda świeżo i dziewczęco. Drobna, bez makijażu, z naprędce upiętymi włosami. Co rusz poprawia niesforną grzywkę. – Pozytywniej patrzę na świat. I zaczynają mnie denerwować moje dawne smutne zdjęcia.

Miłości

Gdy dwa lata temu spotkała Marcina, perkusistę sesyjnego, poczuła zawrót głowy. – Kaśka, będą problemy, powiedziałam sobie. Miałam 35 lat, 11-letnią córkę Olę i pomyślałam: chciałabym mieć drugie dziecko. Pragnęłam tego od paru lat, ale… nie było z kim go „zorganizować” – uśmiecha się łobuzersko. Przed Marcinem była w kilku związkach. – Cztery lata temu pojechałam na wakacje do Tajlandii. Były słonie, kapitalne jedzenie, klimat, woda, tajskie masaże, tanie jak barszcz. Odjazd. I mimo że był ze mną mój ówczesny chłopak, łapałam się na myśli: brakuje mi czegoś. Nie czułam go, to nie było TO. Jak się spotyka dwoje ludzi, musi być chemia.
Poczuła ją, gdy poznała Marcina. Przypadkowo, w studiu nagrań. – Wróciłam odurzona do domu i z myślą o nim napisałam piosenkę „Niewzruszony”. To moja ulubiona na nowej płycie.
O sobie i Marcinie mówi: podobni. Ponuracy i wrażliwcy. – Ciągnie mnie do takich ludzi. Niełatwych. Może podświadomie szukam trudności, rywalizacji, niepewności? Nigdy nie zrealizowałabym się w związku z księgowym, gdzie wszystko byłoby oczywiste. Marcin ujął mnie bardzo prostymi rzeczami, dobrym sercem. Ma cechy warte zachodu. A że z powodu koncertów rzadko jest w domu… Przez tę jego nieobecność nasz związek jest trochę taki „nieskonsumowany” – Kasia zamyśla się. Patrzy przez okno. – Czasem trzeba odpuścić, dać trochę czasu. Nie chcę bitew i rozstań z byle powodu. Zwłaszcza że mamy dziecko. Dziś jestem ciut starsza, chyba mądrzejsza. Chcę, żeby Ignaś miał ojca. Mam ogromną ochotę, abyśmy pomieszkali razem, porobili coś wspólnie.
Za sobą ma trudne doświadczenia męsko-damskie. Przy córce stara się unikać tematu jej taty, Kostka Yoriadisa. Poznali się w 1996 r., gdy Kostek został producentem jej trzeciej płyty. – Dzisiaj nie mam z nim żadnego kontaktu. Przepadł. Ludzie, którzy nie potrafią unieść się ponad swoje słabości, nawet dla dobra dziecka, są dla mnie mali. Bo czy może być coś piękniejszego na świecie od bezwarunkowej miłości własnych dzieci? – pyta retorycznie. Ola i Ignaś dają jej siłę, radość. – Ola jest taka kolorowa, temperamentna, komunikatywna, radosna. Lubiana w szkole. Tak naprawdę to ona pierwsza nauczyła mnie mówić „kocham”, okazywać uczucia.
Śmieje się, że przy dzieciach nie czuje się jak mama. – Przy Oli raczej jak starsza siostra. A gdy patrzę na synka, nie do końca wierzę, że jest mój. To wszystko tak szybko się stało. W wywiadach często mówiła, że brakuje jej poczucia stabilizacji i szczęścia. – Samotność, jak śpiewał Ryszard Riedel, to „taka wielka trwoga”. Trzeba mieć rodzinę, dla kogoś się starać. Ciągnie mnie do ludzi, ciepła. Tak długo rządziłam sama sobą, aż zaczęto mnie postrzegać jako Zosię Samosię. Teraz podobno złagodniałam. Bo karmię piersią. Postanowiłam więc karmić jak najdłużej – żartuje. I poważniejąc, dodaje: – Jestem zmęczona byciem motorkiem w związku. Doskonale wiem, że dam sobie radę. Bo dawałam zawsze. Tylko że ja już nie czuję potrzeby, żeby to komukolwiek udowadniać.
W 2007 roku, gdy była jeszcze sama, pojechała na koncert Barbry Streisand do Berlina. – Nie wierzyłam, że kiedyś mi się to uda. Powinnam więc chyba szaleć z radości, a byłam smutna. Bo taki moment chciałoby się dzielić z kimś, złapać za rękę. Ja w dłoni miałam tylko bilet.

Demony

– W każdym z nas są niezaspokojone tęsknoty. Każda piosenka, którą napiszę, pozwala mi je lepiej zrozumieć i oswoić – tłumaczy. Nazywa siebie defetystką. – Oj, trudno się ze mną pracuje, bo zawsze mówię „nie uda mi się”. Moi znajomi dziwią się: „O co ci chodzi? Tyle osiągnęłaś!”. Trzeba mieć do mnie anielską cierpliwość. Po wywiadzie często łapię się za głowę: „Jezu, ile bzdur nagadałam”. Chciałabym bardziej w siebie uwierzyć. Ale można zgromadzić kilka platynowych płyt, przeboje, nagrody i… nadal wątpić. Dlatego nigdy nie czułam, że odniosłam sukces. Jestem dla siebie najokrutniejszym przeciwnikiem: ciągnę siebie w dół i biczuję. Mam naturę ponuraka – mówi otwarcie. Jak mało która gwiazda przyznaje, że chodzi na psychoterapię. – Lubię te spotkania. Pomagają. Bardziej niż kiedyś akceptuję siebie. Dawniej obrażałam się, teraz potrafię przyznać: moim problemem jest poczucie winy, nerwowość, brak wiary w siebie. I staram się cieszyć choćby grabieniem liści w ogrodzie, słońcem, spacerem. Pytana, czy nadal uważa, że „życie to kilka chwil, które warto zapamiętać. Reszta to szara rzeczywistość”, potakuje. – Sztuką jest odnaleźć w codzienności fajne rzeczy. Tyle że dla mnie nie jest to takie oczywiste. Zawsze miałam kłopoty, by się z czegoś cieszyć tak do końca. Choć już nie jestem takim smutasem jak kiedyś.
Wielką radość, i to z samego faktu, że żyje, poczuła przed 12 laty. – Samolot, którym wracałam z Oslo z koncertu Eurowizji, wpadł w dziurę powietrzną. Zaczęły otwierać się schowki bagażowe, zmiana ciśnienia odjęła wszystkim rozum, ludzie wrzeszczeli. Całe życie stanęło mi przed oczami. Pomyślałam: koniec. Ale wylądowaliśmy cało. I była to najpiękniejsza wiosna, jaką pamiętam. Zobaczyłam cudowną zieleń. Wtedy intensywnie poczułam, co to znaczy być szczęśliwą.
Niemniej po tym zdarzeniu nabawiła się lęku przed lataniem. – Bez tabletek uspokajających i lampki wina nie wsiadam do samolotu. Ale – absurdalnie – teraz moim ulubionym programem jest „30 sekund do katastrofy” i „Katastrofy w przestworzach”. Uwielbiam te rekonstrukcje wydarzeń. Potem wsiadam w samolot i analizuję wszystkie dźwięki.
Zawsze była uważna. I miała bardzo duże wymagania, wobec siebie i innych. – Prozaiczny przykład. Zamawiam panią do sprzątania. Ale nim ona przyjdzie, ja sama sprzątam dom. Bo trochę wstyd mi, że ona zobaczy mój bałagan.

Pogadać od serca

– Jest zachłanna na wysoki poziom, a związana kontraktami musi iść czasem na kompromisy. To ją frustruje – mówi o Kasi Zbigniew Hołdys, znany muzyk, współzałożyciel Perfectu. – Na jej głowie jest dbanie o siebie, utrzymanie dzieci, domu, a sama przyznaje, że nie ma najsilniejszej psychiki. Jest taka słaba-silna. Potrafi być uparta jak oślica i podjąć trudną decyzję. Tylko że potem nie śpi w nocy. To nie jest typ zimnego wojownika – ocenia Hołdys.
Spotkał ją 13 lat temu w stołecznym klubie Stodoła, na koncercie amatorów. – Śpiewała „Summertime”. Ale tak, że poczułem ciarki. Potem, gdy nagrała pierwszą płytę, jako wydawca gazety muzycznej zaproponowałem jej wywiad. Zastrzegłem tylko: będziemy gadać, ale o życiu. To było wielogodzinne, szczere wyznanie. Nie opublikowałem go. Było zbyt osobiste. Uznałem, że tak wrażliwej osobie jak Kaśka należy się wsparcie. Ochrona. Przyjaźnimy się już ponad 10 lat. Jest dla mnie jak młodsza siostra. Udzielam jej życiowych instrukcji. Kiedy przysyła mi SMS: „Musimy się spotkać”, wiem, że to znaczy: zaraz, jak najszybciej, bo ma poważną sprawę do przedyskutowania. Ona potrzebuje kogoś, kto powie szczerze, bez ogródek: postąpiłaś tak i tak. Łajania przyjmuje bez obrażania się – dodaje z uznaniem Hołdys. – Kaśka pisze smutne teksty, ale ma też łobuzerską naturę. Lubi sypać pikantnymi żartami czy mówić przezabawnym żargonem. Bardzo lubią ją wszyscy muzycy, z którymi występuje. Mówią, że Kaśka to taka kobieta-kumpel. Z nią można konie kraść. – Nie jestem zwierzęciem towarzyskim – przyznaje sama artystka. – Przyjaciele? Kilku. Fani wypominają mi, że jestem straszna, bo nie integruję się z nimi po koncercie. A ja po postu boję się nieznanych ludzi. A czasem… czasem nawet boję się tych, których znam – śmieje się.

Dom

By czuć się dobrze, potrzebuje intymności. Ideał: ogień na kominku, czerwone wino, łaszące się koty. – Przez ostatnich 5 lat mieszkałam na osiedlu. To była udręka. Nie miałam odwagi głośno włączyć muzyki. Pamiętam, jak piosenki ćwiczyłam na słuchawkach, śpiewając cicho, skrępowana obecnością sąsiadów za ścianą. Wtedy zaczęła szukać nowego miejsca. Znalazła. – Przeszłam prawdziwą drogę przez mękę. Moja dzielnica jest pod kuratelą konserwatora zabytków. Na same pozwolenia remontu, przeróbek czekałam rok. Na budowę jeździłam w ciąży, naładowana niesamowitą energią, chyba z kosmosu. I przyznaję: raz zwątpiłam, spakowałam się i wróciłam na stare śmieci! Dzisiaj przyzwyczaja się do nowych kątów. – Są jeszcze „nie moje”. Wciąż je urządzam. Ma być klasycznie, prosto. Moim wymarzonym, ukochanym miejscem miała być sypialnia: duże łóżko, telewizor, na którym miałam oglądać filmy Woody’ego Allena… – ironizuje. – Ale telewizora nie ma, łóżko zawalone jest pampersami i śpię w nim z dzieckiem. Nie mam teraz czasu na siebie. Biegam po schodach między studiem nagraniowym w piwnicy a łóżeczkiem na drugim piętrze. W swoim nowym domu po raz pierwszy poczuła się na celowniku. – Łatwo mi zrobić zdjęcie, gdy wynoszę śmieci, jadę na rowerze. Potem ze zdziwieniem oglądam siebie w internecie. Jaki ze mnie materiał na sensację? Nie jestem skandalistką. Mam zbyt wielkie poczucie obciachu, by sobą epatować! Nigdy nie czuła się pupilką mediów. – Moje płyty były masakrowane przez recenzentów. Ale nawet prywatnie nigdy nie należałam do osób, na które się chuchało-dmuchało.

Sulejówek

Lat dorastania w podwarszawskim Sulejówku nie wspomina bajkowo. – Rodzice często byli nieobecni, pracowali czasem na dwie, trzy zmiany. Dla moich braci – starszych ode mnie o 7 i 14 lat – też nie byłam partnerką do rozmów czy zabaw – wspomina. Raczej wycofana, uciekała w muzykę jak w lepszy świat. Słuchała Kate Bush i jeszcze jako dziecko śpiewała na mszach w chórze kościelnym. – Pamiętam, że kiedy wykonałam po raz pierwszy solówkę, ksiądz spojrzał spod okularów i powiedział: „Taka mała, a tak głośno śpiewa”. – W liceum zaczęła wyprawiać się do Jarocina. – Rodzicom mówiłam, że jadę nad morze, do ciotki. Na wyjazd sama zarabiałam, np. pracując w sklepie mięsnym albo jako kelnerka. Chciałam szybko być niezależna.
Gdy nie dostała się na polonistykę – zabrakło jej kilku punktów – jak sama mówi: obraziła się na cały świat. – Wtedy uznałam, że będę śpiewać. Czułam, że chcę to robić i że ma to sens. Rodziców moja decyzja nie zachwyciła – oczekiwali, że zdobędę konkretny zawód. Miała zaledwie 21 lat, kiedy wydała swoją debiutancka płytę. – Może dlatego osiągnęłam sukces, bo pragnęłam pokazać rodzicom, że dopnę swego? Nasze relacje ociepliły się dopiero, gdy sama zostałam mamą. Otrzymałam od nich wsparcie i pomoc. Kiedyś tata mi powiedział, że nie mieli czasu rozpieszczać swoich dzieci i tak naprawdę ich kochać. Teraz mają czas dla wnucząt – uśmiecha się. I dorzuca ciepło: – Mam nadzieję, że ja moim najbliższym stworzę ciepły i fajny dom.