Wybudowała pani dom na wyspie Wolin? Pani Joanno, czyżby zamierzała pani tu osiąść? 

JOANNA BARTEL: To będzie moje miejsce na resztę życia. Tu będę sobie mieszkała, w domu, na który sama zarobiłam. I sama go zaprojektowałam, stosownie do moich potrzeb. Nareszcie mam własną pracownię, gdzie mogę rozłożyć pędzle i farby do malowania, a nawet maszynę do szycia.

Ślązacy poczują się zdradzeni z powodu tej przeprowadzki... 

JOANNA BARTEL: Ja ciągle kocham Śląsk i Chorzów, i mój blok, gdzie mam kochanych sąsiadów - panią Terenię z panem Zygmuntem i ich córkę Celinę - którzy pilnują tych moich 36 metrów kwadratowych. Tam jest tak swojsko, że nawet dzieci na podwórku za mną nie krzyczą: "O, Andzia! Andzia!" - bo się przyzwyczaiły. Ale chcę żyć na Wolinie.

Dlaczego? 

JOANNA BARTEL: Na Śląsku jest straszny klimat z powodu dewastacji środowiska. A tutaj pachną sosny w lesie, który z trzech stron otacza mój dom. Z czwartej mam widok na jezioro, gdzie kwitną nenufary. Jezioro ma ze 40 hektarów i mało ludzi tu przyjeżdża. Lubię w nim pływać.

Jak pani tu trafiła? 

JOANNA BARTEL: Jeżdżąc na FAMĘ, czyli Festiwal Artystyczny Młodzieży Akademickiej do Świnoujścia. Poznałam fajnych ludzi, których często odwiedzałam, a z nimi jeździłam po wyspie. Urzekła mnie. Zebrałam fundusze, a Krzyś Hanke - mój filmowy mąż Bercik ze "Świętej wojny", zaczął naciskać, żebym zaczęła budowę. Dobrze się stało, bo teraz, przy tych cenach, nie dałabym rady. A dzięki moim przyjaciołom dom jest prawie wykończony.

Ale nie absorbuje on pani na tyle, żeby myślała pani o rezygnacji z aktorstwa i występów na estradzie? 

JOANNA BARTEL: Nie, nie. Mam w życiu misję: leczenia dusz poprzez bawienie ludzi.

To coś w rodzaju powołania? Nie rozpoznała go pani od razu... 

JOANNA BARTEL: A to dlatego, że Pan Bóg dał mi za wiele talentów. Jako dziewczyna po maturze nie wiedziałam, co wybrać. Marzyła mi się filologia polska i weterynaria, i jeszcze Akademia Teatralna, ale ta była za daleko od domu, bo aż w Krakowie. No i nie chciałam załamywać rodziców, bo to spokojni ludzie, a tutaj proszę: nie dość, że im się artystka trafiła, to od razu aktorka (śmiech). W końcu wybrałam grafikę na Akademii Sztuk Pięknych. Ale dyplomu nie zrobiłam, bo jednak ciągnęło mnie na scenę. Pod koniec studiów trafiłam do zespołu Andrzeja Rosiewicza, gdzie głównie tańczyłam.

Czyżby rodzice nie akceptowali pani wyboru? 

JOANNA BARTEL: Pochodzę z tradycyjnej rodziny. Tato 40 lat pracował w hucie, a mama gotowała w domu obiady. Oni nie mogli zrozumieć tego mojego wędrownego trybu życia, nie wierzyli, że praca na estradzie to zawód, z którego można się utrzymać, zarobić na chleb. Strasznie się bali, że będę klepać biedę.

Budowa domu chyba ostatecznie rozwiała ich obawy? 

JOANNA BARTEL: Wybudowałam go również po to, żeby je rozwiać. I po to, żeby ich tu zapraszać z Niemiec, żeby rodzina była w kupie.

Z wielu pani życiowych ról najważniejsza jest rola córki... 

JOANNA BARTEL: Ano wygląda na to, że żyję z nieodciętą pępowiną. Rodzice zawsze byli dla mnie ważni, do tego stopnia, że zabierałam ich ze sobą na koncerty. Mama poznała moje koleżanki i teraz jeździ ze mna na Festiwal Gwiazd do Międzyzdrojów, gdzie czuje się jak wśród swoich. Wie pani, że ja nawet do tych Niemiec wyjechałam ze względu na rodziców? To oni mnie namówili w latach 80. Mówili: "Nie wiadomo, co się w kraju wydarzy, tu sama jesteś..."

No właśnie, sama... 

JOANNA BARTEL: Mój zawód jest bardzo zazdrosny i wymaga poświęcenia. A poza tym... Takie miałam szczęście. Zawsze byłam dojrzała, odpowiedzialna, opiekowałam się rodzicami i młodszym bratem. Moi faceci szukali we mnie opiekunki. Wieczni chłopcy mi się trafiali, chyba ze czterech! Jeden był alpinistą i tylko myślał, gdzie by tu się wspiąć na jakąś górę. Drugi - gitarzysta - tylko mu było w głowie, żeby gdzieś wystąpić. Jakże tu z takimi rodzinę zakładać, skoro widzę, że nie myślą poważnie? Pojechałam do Niemiec, do rodziców, chociaż tu miałam już jakąś pozycję zawodową.

I zabawiła tam pani 12 lat... 

JOANNA BARTEL: Poznałam chłopaka, który prowadził galerię sztuki w Kolonii. Ja wstawiałam do niej swoje obrazki. Bo w Niemczech malowałam dla chleba. Byłam specjalistką od portretów. Poza tym prałam, sprzątałam i... czułam, że wegetuję, ponieważ nie występowałam. Koleżanki mówiły: "Żal, Andzia, że nie występujesz". Też żałowałam, ale myślałam: "Klamka zapadła, sama to sobie wymodziłaś, dobrze ci tak".

Co sprawiło, że zmieniła pani zdanie? 

JOANNA BARTEL: Pomogła mi rozmowa z kolegą, który powiedział: "Andzia, ty wszystko robisz tak, żeby ludzie naokoło - rodzice, przyjaciele - byli z ciebie zadowoleni, a ty najmniej. Zacznij myśleć o sobie". Zaczęłam się nad tym zastanawiać i dojrzałam, żeby słuchać siebie i brać pod uwagę to, co dla mnie ważne. Najpierw zaczęłam występować dla Polonii w Niemczech. Potem postanowiłam wrócić do kraju i tu grać. I wkrótce przyszła propozycja zagrania w serialu "Święta wojna", który przyniósł mi popularność. Myślałam, że nagram z 10 odcinków. A tutaj proszę, już ponad 270!

Sukces jest bezsporny, ale czy nie żal pani tamtego związku? 

JOANNA BARTEL: Z tym moim Niemcem? Uchowaj Boże! Dla niego najważniejsze były sprawy zawodowe, ja też zaczęłam jeździć do Polski i tu pracować. Ten związek sam rozjechał się w szwach. Rozstaliśmy się w zgodzie. Podarowałam mu używany samochód, a on mi futro z norek... Ja mam trochę spóźniony zapłon: w wieku 38 lat zrobiłam prawo jazdy, gdy miałam 40 lat nauczyłam się niemieckiego, po pięćdziesiątce zaczęłam być popularna, pewnie po siedemdziesiątce wyjdę za mąż. To żartem, bo na serio cieszę się, że sercowe wzloty i upadki mam za sobą.

Wraz z dojrzałością przyszła satysfakcja z życia? 

JOANNA BARTEL: Tak się stało. Jak byłam młoda, to i głupia, patrzyłam, gdzie tu się pobawić. A teraz świat mnie ciekawi. Gdy w Niemczech poszłam na kurs języka, to się naprawdę starałam. I zdałam z wyróżnieniem. Jeszcze się z rosyjskiego podciągnęłam, bo miałam zajęcia z Niemcami, którzy przyjechali znad Wołgi.

Lubi pani popularność? 

JOANNA BARTEL: Późno przyszła, więc zdążyłam się do niej przygotować. Kiedyś udawałam żonę Piotrka Fronczewskiego, bo gdy sam siedział przy stole, to ludzie nie dawali mu spokojnie zjeść. Lubię, gdy nieznajomi się do mnie uśmiechają albo kłaniają mi się na ulicy, to miłe. Ale jak ktoś tupie ze złości, bo zaraz chce mieć mój autograf lub chce się ze mną fotografować i kolegować, to ja się dziwię. Po co mu to? Ludzie! Przecież ja jestem taka sama jak wy.

Znani artyści mimochodem wywierają wpływ na innych. Czy pani również ma tego dowody? 

JOANNA BARTEL: Ostatnio celniczki na granicy w Olszynie powiedziały, że wylansowałam fryzurę "na Andzię". Podobno dziewczyny się tak strzygą. One nie wiedzą, że to ja sama tak się obcięłam, bo inaczej nie umiem! Albo ktoś inny stwierdził: "Pani pokazała, że tusza może być estetyczna i kobiety przestają się tak szaleńczo odchudzać". To miłe chwile.

Ma pani w sobie także sporo liryzmu. Prawda to? 

JOANNA BARTEL: Prawda. Bo... ja piszę poezje. I jak jest fajna publiczność, to śpiewam dla niej 2-3 liryczne utwory.

Co jest dla pani ważne? 

JOANNA BARTEL: Żeby po prostu żyć i cieszyć się tym, co jest. Staram się zatrzymywać w pamięci chwile spędzone z przyjaciółmi, ponieważ boję się, że to wszystko minie. Trzeba smakować chwile i akceptować ludzi takimi, jacy są.

Joanna Bartel

Zaczynała pod koniec lat 70. w zespole Andrzeja Rosiewicza, później występowała m.in. z Tadeuszem Drozdą. Zagrała w kilku filmach. W latach 80. zniknęła z estrady: wybrała spokojne życie w Niemczech. Po powrocie do kraju nadal występuje na estradzie, ale Polacy pokochali ją za rolę Andzi, żony Bercika, w serialu komediowym "Święta wojna". W filmie "Skazany na bluesa" zagrała rolę Krystyny Riedel, matki znanego muzyka Ryszarda Riedla.