Joanna, odkąd pamięta, miała silne bóle w kręgosłupie. W związku z tym, że jest grafikiem, za każdym razem tłumaczyła sobie, że jest to spowodowane pozycją w jakiej przez lata pracowała. Mimo rehabilitacji ból z czasem stawał się coraz silniejszy. Kiedy pytam Joasię, co tak naprawdę sprawiło, że postanowiła bliżej przyjrzeć się problemowi odpowiada, że to była intuicja. „Moja intuicja była tak silna i tak głośno krzyczała we mnie, że coś jest nie tak i trzeba to zbadać”.

Po zrobieniu szczegółowych badań okazało się, że ma zmianę w rdzeniu kręgowym na granicy odcinka piersiowego z odcinkiem szyjnym. Wyniki wskazywały zmianę wielkości około 3 centymetrów. Niestety w tego typu przypadkach, gdzie w grę wchodzi rdzeń, nie ma możliwości zrobienia biopsji, ponieważ groziłoby to paraliżem. W tym przypadku diagnoza opierała się tylko na badaniach rezonansowych, które potwierdzały, że jest to jeden z rodzajów nowotworu, zwany glejakiem. Lekarze nie dawali Joannie nadziei. Poinformowali ją, że prawdopodobnie jest to nowotwór złośliwy, a ponieważ jest umiejscowiony w rdzeniu, to każda ingerencja grozi paraliżem.

Wyszłam z gabinetu, nogi się pode mną ugięty, świat przestał istnieć. Wpadłam w czarną dziurę rozpaczy. Trwało to przez bardzo długi okres czasu. Nie byłam w stanie funkcjonować. Płakałam i żegnałam się już ze światem. Myślałam o tym, co będzie z moimi dziećmi.

Właśnie wtedy nastąpił przełom: „Zaczęli wokół mnie pojawiać się ludzie, którzy chcieli mi pomóc. Między innymi Wienio (mój osobisty anioł stróż), który dał mi kopa do myślenia "power of mind" i próbował wyciągnąć z tej czarnej otchłani”. Kiedy wśród znajomych rozeszła się informacja, że Joasia jest chora, odezwała się Jej znajoma, która zaoferowała pomoc. W między czasie pojawiły się jeszcze inne diagnozy, że niekoniecznie musi to być nowotwór złośliwy, że może to być coś łagodnego.

„Zaczęłam szukać lekarza, który podjąłby się zoperowania mnie. Okazało się, że operacja tego typu jest tak trudna, że praktycznie niemożliwa. Był taki moment, że zaczęłam się zastanawiać nad szukaniem pomocy za granicą.” Wtedy okazało się, że jedna ze znajomych Joanny współpracuje z kobietą, która stworzyła aplikację Mednavi i Medtransfer (autorką aplikacji jest Innocenta Dźwierzyńska). Aplikacja ta pomaga chorym na nowotwór przejść przez chorobę. Jak się okazało ich autorka ma za sobą doświadczenia z nerwiakiem zdiagnozowanym w głowie.

„Zaczęłam z nią rozmawiać i ona dała mi wielkie nadzieje, że jest szansa i żeby się nie załamywać. Tak trafiłam do doktora Jacka Furtaka, neurochirurga.” Joanna pojechała do Bydgoszczy. Pamięta to jak dzisiaj, że od razu w gabinecie lekarza zwróciła uwagę na tabliczkę, na której widniał napis: „Rzeczy niemożliwe załatwiam od razu, na cuda trzeba poczekać”. Lekarz powiedział, że podejmie się operacji, ale nic nie może obiecać. „Ja spojrzałam mu w oczy i czułam, że on jest w stanie to zrobić. Dał mi nadzieję.”

Stanęłam przed najtrudniejszą decyzją w życiu: operować się czy nie. Zostawić to i dać sobie szansę na jakiekolwiek życie? Czy spróbować podjąć się operacji ryzykując, że już nigdy nie będę chodziła i będę sparaliżowana? Podjęłam decyzję, kierując się również intuicją, że chcę podjąć to ryzyko.

Rok temu Joanna była operowana i wycięto jej guza. „Po operacji obudziłam się w nowej rzeczywistości. Byłam najszczęśliwsza na świecie, ponieważ ruszałam nogami. To była ogromna radość.”

Po operacji Joanna czekała półtora tygodnia na wyniki biopsji. „To było najdłuższe półtora tygodnia w moim życiu” – wspomina. Okazało się, że guz był typem łagodnym glejaka, co dobrze rokuje na przyszłość.

Ja sobie mówię, że jego już tam nie ma, że jest usunięty w całości i nigdy nie odrośnie. Taka jest moja intencja.

Niestety po wycięciu guza z rdzenia, zostały skutki neurologiczne, z którymi Joanna zmaga się do tej pory. Jednak nie poddaje się i wciąż poszukuje rozwiązań, które łagodzą te dolegliwości.

Joanna w rozmowie ze mną porusza jeszcze jeden ważny aspekt, o którym mało mówi się w przypadku osób chorych onkologicznie. Pacjenci, którzy dowiadują się o chorobie, nie otrzymują żadnego wsparcia psychoterapeutycznego w polskich szpitalach. „Ludzie zostają z diagnozą zupełnie sami, ewentualnie z rodziną. Nie rozumiem, dlaczego nie jest rozwinięty system opieki psychologicznej albo holistycznej. Pomoc holistyczna w takich przypadkach jest drugim najsilniejszym działaniem, które może uratować życie” – podkreśla.

Joanna podkreśla, że poszła w kierunku holistycznego podejście do zdrowia, dzięki Fundacji Oriny Krajewskiej „Bądź”. Rozmowa z ludźmi z grup wsparcia działała na nią leczniczo. „W moim przypadku nic więcej nie dało się zrobić. Teraz trzeba było uwierzyć w to, że się wszystko udało, że mam dobre rokowania i myśleć pozytywne. Zaczęłam pracę nad własnym zdrowiem psychicznym i swoją przygodę z medytacją. Medytacja w moim przypadku bardzo mi pomaga w leczeniu. Wiara w to, że to nigdy nie wróci jest chyba silniejsza od tego, jak może być naprawdę. Mam wrażenie, że jeszcze długa droga przede mną, ponieważ w tym całym procesie medytacyjnym jest kilka poziomów wchodzenia w siebie. Dodatkowo stosuję również różnego rodzaju terapie, które mogą mi pomóc, m.in. przez przyjmowanie oleju CBD, który wycisza mój uszkodzony system nerwowy”.

"Wiem, że nigdy nie mogę dopuścić do siebie lęku ani stresu i nie chcę tego. Staram się myśleć bardzo pozytywne, że to co mnie spotkało miało mi dać odpowiedź na to, że ja coś muszę w życiu zmienić i ten nowotwór był po coś. Dzięki temu doświadczeniu wprowadziłam zmiany w swoim życiu. Nigdy nie myślałam w sposób tak duchowy, jak teraz. Nigdy nie skupiałam się tak bardzo na otaczaniu siebie zdrową energią. Staram się nią emanować i bardzo mi na tym zależy, żeby inni mieli taką szansę co ja. Znalezienia takiej drogi. Zazwyczaj ludzie po takich diagnozach siedzą w domu, biorą Xanaxy i modlą się o to, czy mają szansę dalej żyć. Znam osoby, które mają diagnozy dużo gorsze niż ja. Mówię o nowotworach złośliwych" - dodaje.

Joanna podkreśla, że „drogą do zdrowienia była armia ludzi, która za mną poszła.” Byli to przyjaciele, znajomi, ludzie z pracy, a także osoby, które spotkała na swojej drodze: Ina Dźwierzyńska, Klaudia Pingot, Sylwia Pogorzelska. „Każda z nich na kolejnym etapie mojego leczenia miała swój udział. Bez nich nigdy bym z tego nie wyszła. Bez nich to wszystko by się nie udało. Tej choroby nie wygrywa się bez ludzi” – dodaje.

Dziękuję za każdy dzień, który dostałam. Zrobię wszystko dla swojego zdrowia, żeby to utrzymać.

Joanna właśnie rozpoczęła półroczną kurację metodami niekonwencjonalnymi. Aby móc przejść całe leczenie potrzebuje wsparcia finansowego od ludzi dobrej woli, dlatego uruchomiła zbiórkę na stronie Pomagam.pl.

Każda wpłata to krok do odzyskania zdrowia. Pomóżmy Jej w tym!

 

To Cię również może zainteresować:

Her Story: "W tej chorobie wiek nie ma znaczenia. Umierały przy mnie same młode osoby"

"Ciąża była książkowa. Po porodzie zobaczyłam Zuzię i to był ogromny szok. Córka nie miała ucha" [HER STORY]

Joanna Górska opowiada nam o trudnej walce z rakiem: "Miałam bardzo dużo pretensji do Boga, do świata, do swojego organizmu, który mnie zdradził"