Spotykamy się w jej ulubionej kawiarni na Powiślu. Dorota Zawadzka czeka na mnie razem z mężem Robertem Myślińskim. Na pierwszy rzut oka widać, że żyć bez siebie nie mogą. Po chwili uprzejmej rozmowy Robert się podnosi. "Będę czekał w domu, kochanie" - mówi do żony. "A buzi?", Dorota domaga się czułości. I w tym momencie bardziej przypomina zakochaną nastolatkę niż stanowczą i silną Supernianię, którą znamy z telewizji. Już po chwili rozmowy zaczynam też rozumieć, co mają na myśli jej studenci, gdy mówią, że Dorotę Zawadzką należałoby wekować i podawać jako lek przeciwko depresji. Bo choć Superniania nie jest typem śmieszki, to człowiek przy niej nabiera głębokiego przekonania, że nic złego nie ma prawa się stać.

GALA: Podobno na psychologię zdają ludzie, którzy mają ze sobą problem...

DOROTA ZAWADZKA: Jestem psychologiem i nie mam problemu. To znaczy mam! Całą masę problemów. Nie lubię na przykład się przemieszczać. Boję się samolotów, pociągów. Z czego to wynika? Z chorej wyobraźni. Pewnie niebagatelną rolę odgrywa też to, że przeżyłam poważny wypadek samochodowy - czterokrotne dachowanie w maluchu, i wykolejenie pociągu. Jestem również nadopiekuńczą matką. Dostaję białej gorączki, gdy nie wiem, co się dzieje z moimi synami. Doskonale pamiętam, jakie głupoty przychodziły do głowy moim kolegom, gdy byliśmy nastolatkami. I synowie śmieją się, że w związku z tym napiszą książkę "Superniania. Historia prawdziwa". No fakt, bywam upierdliwa. A poza tym trudno jest mi się pogodzić z tym, że oni mają już własne życie. Mama jest im potrzebna, ale nie w tak wielkim stopniu, w jakim oni są potrzebni mnie.

GALA: A inne problemy?

DOROTA ZAWADZKA: Potrafię być uparta jak osioł. Jak się czegoś boję, to nie ma takiej możliwości, żebym się na to zgodziła. Podobnie jest wtedy, gdy czegoś nie lubię. Jestem zapominalska. No i jem za dużo. A ponieważ mam fatalną przemianę materii i śmieję się, że tyję od wody, to jestem gruba. Mam z tym problem o tyle, że wśród handlowców chyba wciąż pokutuje przekonanie, że jeśli kobieta jest gruba, to za karę powinna nosić bure wory, które ją schowają do stóp. Czasami chodzę do sklepów dla kobiet w ciąży, bo mają tam fajne spodnie.

GALA: Ale generalnie chyba pani siebie lubi?

DOROTA ZAWADZKA: Tak. Mam wiele zalet. I w przeciwieństwie do większości ludzi w tym kraju mówię o sobie dobrze. Bo wychodzę z założenia, że jeśli ja siebie nie pochwalę, to nikt tego za mnie nie zrobi.

GALA: Nieprawda! Pani znajomi mówią, że jest pani fajna, silna, stanowcza. Ale są też tacy, którzy mówią: co z tej superniani za matka, skoro jej synowie wolą mieszkać osobno...

DOROTA ZAWADZKA: Już tłumaczę, dlaczego tak jest. Gdy starszy syn, który jako zdolne dziecko maturę zdawał w wieku 17 lat, osiągnął pełnoletność, to mój tata, który na co dzień mieszka na wsi, zaproponował mu swoje warszawskie mieszkanie. Paweł był zachwycony, a mnie ogarnęło przerażenie, ponieważ uważałam, że nie jest jeszcze na to gotowy. Ale on się uparł, więc co mogłam zrobić... Jako matka załamywałam ręce, gdy jechałam do niego i w lodówce nic nie było, a przez mieszkanie trudno się było przekopać, bo wszystkie ubrania leżały na wierzchu. Jestem jednak o niego spokojna, bo to jest dojrzały facet, który od zawsze wie, czego chce od życia. Natomiast jeśli chodzi o młodszego, Jędrka, to gdy rozstawaliśmy się z byłym mężem, on miał 13 lat. I razem spytaliśmy go, z kim woli zostać. Powiedział, że z tatą, bo tam ma szkołę, swoje książki, płyty, swoje zapachy - po prostu swój świat. Rozumiałam jego argumenty, ale nie zmienia to faktu, że...

GALA: Bolało?

DOROTA ZAWADZKA: Tak i boli do dzisiaj. Musiałam jednak sobie uświadomić, że z ojcem nie stanie mu się żadna krzywda i że wybrał tamten dom nie dlatego, że ojca kocha bardziej. Bo gdyby poszedł wtedy ze mną, tak naprawdę mieszkałby sam. Ponieważ moje rozejście się z mężem odbyło się prawie w tym samym momencie, w którym zaczęła się "Superniania". I patrząc wstecz, uważam, że bardzo dobrze się stało, bo mój były mąż dał Jędrkowi szkołę życia, jakiej ja - jako matka - nigdy bym mu nie dała.

GALA: To znaczy?

DOROTA ZAWADZKA: Nauczył go rzeczy, które ja robiłabym za niego: pościeliłabym jego łóżko, pozmywała po nim, powiesiła ręcznik rzucony na podłogę w łazience itd. Za obydwoma moimi synami bardzo tęsknię i najchętniej spędzałabym z nimi każdą wolną chwilę. Wcześniej z Robertem, moim obecnym mężem, wynajmowaliśmy 30-metrowe mieszkanie. Teraz wreszcie kupiliśmy własne i Jędrek ma u nas swój pokój.

GALA: Synowie pogodzili się z tym, że rodzice postanowili się rozejść?

DOROTA ZAWADZKA: Rozwód rodziców dla dzieci zawsze jest bolesny. Jędrek na początku nie chciał tego zrozumieć, potem rozumiał, ale się buntował. Przechodził wszystkie fazy. Ale i ja, i mój były mąż, który też jest psychologiem, staraliśmy się rozstać tak, żeby Jędrek ucierpiał jak najmniej. Nie chcę wybielać ani siebie, ani jego, ale myślę, że naprawdę daliśmy Jędrkowi wsparcie. Paweł w ogóle nie miał z tym problemu. Stwierdził, że dla niego nic się nie zmieniło, bo ma i mamę, i tatę, a poza tym i tak mieszka oddzielnie.

GALA: A jak synowie zareagowali na to, że w pani życiu pojawił się nowy mężczyzna?

DOROTA ZAWADZKA: Szybko zaakceptowali Roberta, choć oczywiście bliskość między nimi musiała się dopiero narodzić. Dzisiaj bardzo się lubią. W wakacje, gdy ja pracowałam przy programie, to Robert odwoził Jędrka na kolonie, dawał mu pieniądze i chodził z nim na zakupy.

GALA: Chłopcy nie mieli pretensji?

DOROTA ZAWADZKA: Ale o co? Nie rozstałam się z mężem dla Roberta. Podobnie jak i Robert nie rozwiódł się dla mnie z żoną. Spotkaliśmy się jako wolni ludzie.

GALA: Sporo zmieniło się, odkąd prowadzi pani "Supernianię"...

DOROTA ZAWADZKA: Moje życie stanęło na głowie i czasem robię rzeczy, których nie lubię.

GALA: Na przykład?

DOROTA ZAWADZKA: Maluję rzęsy i usta na wielkie wyjścia. Na planie "Superniani" muszę sama wykonać pełny makijaż. Nie umiem tego robić, więc efekt czasem potrafi być zaskakujący. Któregoś dnia na przykład moja pani producent w pewnym momencie przyjrzała mi się uważnie i powiedziała: Dorota, coś ci się stało w oko! Okazało się, że umalowałam tylko jedno. A nakręciliśmy już pół odcinka. Na co dzień nie używam kosmetyków. Raz na rok kupuję jakiś krem, potem o nim zapominam, krem traci w końcu ważność i trzeba go wyrzucić. Ale odkąd jestem "Supernianią", potrafię przypomnieć sobie, że powinnam nałożyć podkład. Nakładam więc ten podkład. Tyle tylko, że nieumiejętnie i w związku z tym mażę nim także po oczach i po ustach, które nabierają wtedy białej barwy. Tak wychodzę na ulicę. I nie lubię się właśnie za to, że zaczęłam się kontrolować.

GALA: A może to nie kontrola, tylko zwyczajna ludzka próżność?

DOROTA ZAWADZKA: Chyba nie... Ja lubię być kobietą i lubię się podobać, ale wcale nie uważam, że potrzebny jest mi do tego makijaż. To strata czasu. Ale gdy u siebie na Powiślu wychodzę w dresach i jakichś kapciach po warzywa, to słyszę, jak ludzie szepcą: Ona? Niemożliwe. Taka nieumalowana i nieuczesana? Wtedy mówię: Ona, ona. Po czym wracam do domu i zastanawiam się, że może powinnam jakoś podtrzymywać wizerunek "Superniani"? Ale za chwilę myślę: Nie, mam to w nosie! Powiem pani szczerze, że chciałabym, żeby było tak jak kiedyś. Bo wtedy mogłabym sobie do woli chodzić po osiedlu w powyciąganych dresach.

GALA: To se ne vrati, jak mówią Czesi...

DOROTA ZAWADZKA: To samo kiedyś powiedział mi Piotr Najsztub. Stwierdził, że już nigdy nie będę wiedziała, czy to, że ktoś jest dla mnie uprzejmy, spowodowane jest tym, że mnie lubi i ceni, czy po prostu tym, że jestem rozpoznawalna. Nie chciałam się z nim zgodzić. No, ale to był początek mojej pracy jako "Superniania". A teraz czasami się zastanawiam, czy Najsztub nie miał racji. Chociaż... Mierzę ludzi swoją miarą. Jestem osobą uprzejmą, grzeczną, sympatyczną i uczynną, to chcę wierzyć, że ludzie właśnie dlatego są dla mnie mili.

GALA: Ale urzędniczki proponują, że obsłużą panią poza kolejnością nie ze względu na pani uprzejmość, ale rozpoznawalność właśnie...

DOROTA ZAWADZKA: Tylko że ja nigdy z tych przywilejów nie korzystam. Zawsze w takich sytuacjach powtarzam, że jestem takim samym klientem jak inni i będę stała w kolejce. Pilnuję się, żeby nikt nigdy nie mógł mi zarzucić, że w jakiś sposób wykorzystuję tę swoją popularność.

GALA: Dlaczego nie lubi być pani traktowana jak gwiazda?

DOROTA ZAWADZKA: Bo nią nie jestem. Dla mnie gwiazdą jest Beata Tyszkiewicz, Grażyna Szapołowska, Janusz Gajos. Bo gwiazda to jest ktoś, kto nie tylko ma coś w środku, ale też gdy gdzieś wchodzi, skupia uwagę wszystkich i roztacza wokół siebie jakiś pył. Ja tego nie mam z całą pewnością. Dzwoni do mnie na przykład Szymon Majewski, czy Kuba Wojewódzki i zapraszają do swoich programów. Odmawiam, bo nie mam potrzeby promowania siebie ani parcia na szkło. Mam "potąd" występowania w telewizji.

GALA: A proszę powiedzieć, jaka jest pani odpowiedź na zarzuty, jakie pojawiły się niedawno w internecie, że dzieci w programie "Superniania" zmuszane są do płaczu?

DOROTA ZAWADZKA: Czytałam to i nie mogłam uwierzyć! Mogę przysiąc, że w żadnym odcinku, który ja prowadziłam, żadne dziecko nigdy nie było zmuszane do płakania. Jeśli ktoś mi to zarzuca - chętnie spotkam się z nim na sali sądowej. Czasami jest tak, że mówię dziecku, że czegoś nie może wziąć albo czegoś mu nie wolno. Dziecko wtedy płacze, ale to jest naturalna reakcja.

GALA: Myśli pani, że powrót do poprzedniego życia jest możliwy?

DOROTA ZAWADZKA: Oczywiście, jak najbardziej. Zamierzam wrócić na uczelnię.

GALA: Naprawdę, kiedy zgasną kamery, nie będzie pani tego wszystkiego brakować?

DOROTA ZAWADZKA: Będzie cudownie! Uwielbiam tę robotę. Ja tym żyję, ciągle o tym mówię. Mam ogromną satysfakcję, gdy czytam SMS-y od matek, z którymi pracuję, i od dzieci. "Tęsknię za tobą" - pisze mi na przykład 10-letni chłopiec z pierwszego odcinka. "Róża zasnęła w pięć minut. Kocham cię!" - pisze jakaś matka. Dzięki takim słowom wiem, po co to robię. Dzięki "Superniani" mogłam spełnić marzenia. Ale czuję się już zmęczona.

GALA: A ja myślałam, że piekielnie szczęśliwa. W końcu jest pani świeżo upieczoną mężatką. Czy po rozwodzie spodziewała się pani, że spotka jeszcze miłość?

DOROTA ZAWADZKA: Pamiętam pewną rozmowę z moją siostrą. Wszystko się wtedy w moim życiu waliło i byłam na skraju załamania. Ale powiedziałam jej: Aniu, zobaczysz, ja jeszcze spotkam miłość życia. Siostra stwierdziła, że jestem nienormalna, bo przecież porządnych facetów już nie ma. A ja następnego dnia w internecie poznałam Roberta.

GALA: Weszła pani na portal randkowy?

DOROTA ZAWADZKA: Nie. Jestem maniaczką gry w scrabble, w kości i w kierki. Ale przy okazji jestem też gadułą i często do tych ludzi, z którymi w internecie gram, piszę: cześć, skąd jesteś itd.

GALA: Nie boi się pani? Przecież tam aż roi się od zboczeńców i oszołomów!

DOROTA ZAWADZKA: Różnych ludzi się spotyka, to prawda. Ale żeby ktoś taki panią zaczepił, musi mu pani dać na to przyzwolenie. Gdy jakiś pan spytał mnie: "W co jesteś ubrana, kotku?", odpisałam: "W IQ". A tego dnia, o którym mówię, weszłam na stronę poświęconą poezji. I tam zaczęłam rozmawiać z Robertem. Od razu o wszystkim. Po trzech dniach spotkaliśmy się w realu i nie pamiętam, kto z nas pierwszy to zaproponował, pewnie ja. Wcześniej poprosiłam go, by przysłał mi swoje zdjęcie. Gdy dostałam fotkę w okularach, napisałam: "Stary, oczy! Muszę je widzieć". Gdy w odpowiedzi przysłał mi zdjęcie, na którym był z kobietą, spytałam, który to on. Od tamtej pory spotykaliśmy się codziennie, dzięki czemu poznaliśmy wszystkie kawiarnie w okolicach placu Trzech Krzyży w Warszawie.

GALA: I co było dalej?

DOROTA ZAWADZKA: Gadaliśmy, gadaliśmy, gadaliśmy... O wszystkim: o życiu, o związkach, o dzieciach, o morzu, o górach. Pewnego dnia dołączył do nas Paweł. I wtedy Robert spytał go, czy nie ma nic przeciwko temu, żeby zabrał mnie na Mazury. Mnie przytkało, bo gdy byliśmy sami, o niczym takim nie wspomniał. No i Paweł powiedział: Słuchaj, nie wiem, to jest wasza sprawa. Chyba możesz. Na Mazurach nic się między nami nie wydarzyło, ale to właśnie tam, gdy pewnego wieczoru siedzieliśmy na pomoście, Robert stwierdził, że chyba mógłby spędzić ze mną życie. Od tamtej pory zaczęły się śmieszne podchody, bo zaczęliśmy o sobie myśleć w kategoriach damsko-męskich.

GALA: Na pierwszy rzut oka widać, jak bardzo jest pani w mężu zakochana. Rozumiem, że w ogóle się nie kłócicie?

DOROTA ZAWADZKA: Oczywiście, że się kłócimy! Głównie o to, kto kogo bardziej kocha. Robert daje mi poczucie bezpieczeństwa i mnie rozbawia. Czasem nie mogę uwierzyć w szczęście, jakie mnie spotkało. Patrzę wtedy na niego i pytam: Co ty robisz z taką babą jak ja? A on na to: Z taką głupią? Kocham! Jest tak dobrze, że to jest aż niebezpieczne. Do niedawna tę błogość zakłócały mi myśli, że prędzej czy później na pewno coś złego się wydarzy. Aż pomyślałam: Kurczę, jestem dobrym człowiekiem i mnie się to po prostu należy. I tego się trzymam.