Z Beatą znamy się od lat, z czasów, kiedy była dziennikarką prasową. I wiem, że zawsze lubiła żyć w pośpiechu. Ambitna, zawzięta, szalenie pracowita. Ale kiedy spotykamy się w jej mieszkaniu na Saskiej Kępie, mam wrażenie, że jej życie nabrało jeszcze większego tempa. W telewizji prowadzi program o gwiazdach "Starter" i poranny blok "Pytanie na śniadanie". Wcześniej pracowała przy teleturnieju "Wojna płci" i show "Supertalent". Biega, wspina się, jeździ na nartach, podróżuje. A nauczyła się jeszcze jazdy figurowej na łyżwach i wystartowała w programie "Gwiazdy tańczą na lodzie". Nie mogę patrzeć, gdy pokazuje mi potężne siniaki na nogach. Gdy więc odpada z reality show, mówię sobie w duchu: "Może to i lepiej, przynajmniej się dziewczyna nie uszkodzi".

GALA: Lubisz modne gadżety, telefon-cacuszko, modny samochód?

BEATA SADOWSKA: Lubię. Doceniam ładne przedmioty. Tylko, że dla mnie najważniejsza jest funkcjonalność, dopiero potem piękno formy. A moda? Nie czekam z drżeniem na nową kolekcję Miu Miu czy Valentino. Raz paraduję w butach Prady, kiedy indziej - w trampkach przybrudzonych błotem po biegu z psem w parku. Jak nie muszę, wolę twarz bez makijażu. No, najwyżej tusz na rzęsach i błyszczyk...

GALA: Proszę, jaka zmiana, kiedyś nosiłaś się wyłącznie na sportowo.

BEATA SADOWSKA: Teraz słucham stylistów. Dzięki nim włożyłam krótką spódnicę i okazało się, że jest OK, chociaż wcześniej zarzekałam się, że to nie dla mnie. Nawet mam w szafie parę sukienek. Narzeczony mówi: "Jak cię poznałem, byłaś taka fajna, freakowa". Tak naprawdę w modzie chodzi o to, by czuć się ubraną, a nie przebraną.

GALA: Wiesz, czemu ktoś ci porysował twojego nowego zielonego coopera gwoździem?

BEATA SADOWSKA: Bo podrapał wszystkie zachodnie samochody, jakie stały na ulicy, było ich osiem. Wandalizm w czystej formie, który mnie nawet nie denerwuje. W takich sytuacjach nawet się nie wkurzam, nie klnę, po prostu opadają mi ręce. Często ktoś nam czegoś zazdrości, ale ja naprawdę żyję w przekonaniu, że jestem fajnym, uczciwym człowiekiem. I będę sobie tak z tą rysą jeździła.

GALA: Czego cię nauczyła przygoda z programem "Gwiazdy tańczą na lodzie"?

BEATA SADOWSKA: Jazdy na łyżwach (śmiech). W wieku 33 lat nauczyć się jeździć na łyżwach to megafrajda. A niedosłownie, że umiem przegrywać. 

GALA: Mimo morderczych treningów odpadłaś w pierwszym odcinku, a ja się przyłapałam na myśli, że się z tego cieszę. Nie mogę zapomnieć widoku twoich kolan pełnych siniaków.

BEATA SADOWSKA: Po zakończeniu programu w mojej komórce czekało 45 (słownie: czterdzieści pięć) SMS-ów. Pani z warzywniaka mówi, że trzymała za mnie kciuki, a na ulicy zatrzymują mnie obcy ludzie i gratulują, to jest nagroda. Wśród tych SMS-ów był jeden od dyrektorki domu dziecka na krańcu Polski, w którym byłam rok temu z prezentami. Wszyscy tam oglądali program i trzymali za mnie kciuki. Mam wokół takich fajnych ludzi.

GALA: Po co szukałaś guza na lodzie?

BEATA SADOWSKA: Lubię ekstremalne wyzwania. Chcę się sprawdzać, podwyższać poprzeczkę. Po drugie, moja mama zawsze uwielbiała jazdę figurową na lodzie. Pamiętam, jak zasiadała z kawą i oglądałyśmy mistrzostwa. Najbardziej czekała na "Bolero". To też był prezent dla niej.

GALA: Mama wiedziała, że tańczyłaś dla niej?

BEATA SADOWSKA: Chyba jej tego nie powiedziałam. Była na widowni, kibicowała, ale... odetchnęła z ulgą, bo już nic sobie nie zrobię.

GALA: Wciąż boli cię kolano?

BEATA SADOWSKA: Mam stłuczoną okostną, nie mogę uklęknąć mimo fizykoterapii, lasera, pola magnetycznego i ciekłego azotu. Do tej pory jak dotykam miejsce, gdzie był krwiak, nie czuję tego.

GALA: Teraz szykujesz się do maratonu. Kolejny test na żywym ciele?

BEATA SADOWSKA: Czysta próba zmierzenia się z własnymi możliwościami. Jestem uzależniona od biegania. Długie bieganie w ciszy jest jak medytacja. Prostuje poplątane ścieżki w głowie, odpoczywam w biegu. Jak się tylko skończyły łyżwy, wzięłam udział w Run Warsaw, pobiegnę w Biegu Niepodległości. Na treningach przeciętnie robię 10-15 km na terenie AWF, w Powsinie, Lasku Bielańskim, nad Wisłą. Najwięcej udało mi się przebiec 32 km.

GALA: Po takim wysiłku ktoś ma z ciebie pożytek?

BEATA SADOWSKA: Dopiero wtedy! Często biegam z moim narzeczonym Pawłem. Jestem skatowana, bo mężczyźni mają lepsze krążenie i mocniejsze serce, ale mija 10 minut i jestem najszczęśliwsza i mam mnóstwo energii.

GALA: Jak osoba tak zajęta ma czas na bieganie?

BEATA SADOWSKA: Im więcej mam zajęć, tym lepiej jestem zorganizowana, ale czasami łapię za wiele srok za ogon. Kiedyś ze zmęczenia i niewyspania chciało mi się płakać. Wtedy Paweł - mój głos zdrowego rozsądku, ostrzegł: "Sadziu, przywiążę cię pasami do łóżka, zasłonię okno, wyłączę telefon, a budzik nastawię za cztery godziny".

GALA: Czyżby Paweł był trenerem z zawodu?

BEATA SADOWSKA: Nie, radcą prawnym, zajmuje się doradztwem finansowym, ale oprócz tego kocha góry, narty, bieganie, wspinaczkę; był na Spitsbergenie. Po trzyletnim kursie został przewodnikiem alpejskim i może oprowadzać ludzi we wszystkich górach świata. Dzięki niemu zasmakowałam we wspinaczce, po wakacjach we francuskich Alpach koło Chamonix. Z kaskiem, czekanem, rakami, plecakiem, w śniegu. Kocham góry, ale dwa razy rozpłakałam się jak dziecko krokodylimi łzami. Wspinaliśmy się i miałam przeskoczyć z jednej skalnej ściany na drugą. Spojrzałam w dół, a tam było dwa tysiące metrów. Miałam asekurację, ale bałam się jak diabli. I ta bariera w głowie. Paweł wtedy spokojnie powiedział: "Sadziu, masz dwie możliwości, każda tak samo dobra: albo próbujesz przeskoczyć, albo wzywamy helikopter". Przeskoczyłam z twarzą mokrą od łez.

GALA: Ciarki mnie przechodzą, jak o tym opowiadasz.

BEATA SADOWSKA: Mnie teraz też, ale to fajne ciarki. Góry uczą spokoju, opanowania, podejmowania decyzji. Jestem spokojną osobą, Paweł jeszcze bardziej. Nie kłócimy się, nie podnosimy na siebie głosu.

GALA: Ani w górach, ani na ziemi?

BEATA SADOWSKA: Ani pod alpejskim niebem, ani na Saskiej Kępie. Nie ma osoby, która by wiedziała o mnie więcej niż Paweł. Zna i tę rozszlochaną, wiszącą nad przepaścią, i uśmiechniętą od ucha do ucha. On mówi, że ja i nasz pies jesteśmy do siebie podobni, szczęśliwi od świtu. Momo merda ogonem i od razu przynosi pluszowego smoka, ja też się codziennie uśmiecham.

GALA: Momo to...

BEATA SADOWSKA: Rhodesian ridgeback - w RPA takie psy używane są do polowań na lwy. W domu ja psa wychowuję, Paweł wyłącznie rozpuszcza, dokarmia mimo zakazu, tarza się z nim po podłodze, a jak leży na kanapie, to pies leży na nim, bo Momo na kanapie leżeć nie wolno.

GALA: Gdzie spotkałaś taki fantastyczny materiał na męża? 

BEATA SADOWSKA: W Warszawie, przez znajomych, daleko od klimatów showbiznesowo-medialnych. Gdyby go poprosić o wymienienie tytułu jakiegoś serialu, nie podałby ani jednego. Jak już się tak zdarzy, że wchodzimy razem na imprezę i chcą nam zrobić zdjęcie - znika. Mówi, że jest jak japońska żona, zawsze dwa kroki z tyłu. Więc jestem z japońską żoną i lubię to.

GALA: Widzę, że jesteś na potęgę zakochana. Jest jakaś skaza na tym monolicie?

BEATA SADOWSKA: Paweł ma mnie za potworną bałaganiarę, choć jestem przekonana, że kocham porządek. Inna rzecz, że wysprzątane mieszkanie jestem w stanie doprowadzić w pół godziny do stanu, jak po przejściu tajfunu. Nadal twierdzę, że jestem porządna. Ale żeby tak za każdym razem chować płaszcz do szafy po wejściu do domu?

GALA: Powiedziałaś kiedyś: "Mam dziadka Chińczyka i uwielbiam sushi. Taki ze mnie azjatycki mix". To był żart, oczywiście?

BEATA SADOWSKA: Kiedyś ktoś mnie spytał, skąd te skośne oczy, opowiedziałam więc wzruszającą bajeczkę o dziadku, który przyjechał z Pekinu, wykładał na UW sinologię, zakochała się w nim moja babcia, studentka sinologii. Jak byłam małą dziewczynką, dziadek czytał mi po chińsku bajki, śpiewał piosenki. Ty też się dałaś nabrać.

GALA: Wcale się nie wypieram.

BEATA SADOWSKA: Mama pochodzi z Białegostoku, na wschodzie Polski było wielu Tatarów, może się jakiś zaplątał? Historyjka wymyślona, ale za każdym razem, gdy ją opowiadam, bardziej wiarygodna.

GALA: Nikt nie próbował przetestować twojego poczucia humoru, np. jakaś gwiazda ze świata, z którą robiłaś wywiad?

BEATA SADOWSKA: Jack Nicholson mi zaimponował, bo żartuje tak lekko, jak oddycha. Jak go spytałam, co jest najfajniejszego w życiu 67-letniego mężczyzny, odpowiedział: "dobre jedzenie i dobre pieprzenie". Harvey Keitel na konferencji prasowej zaczął się ze mną umawiać na randkę. Chciał mnie speszyć.

GALA: Udało mu się?

BEATA SADOWSKA: Dałam odpór. Trochę mi się ugięły kolana i wróciła trauma z dzieciństwa, gdy byłam chorobliwie nieśmiała. Czasami wraca, gdy jestem w dużej grupie ludzi, których nie znam.

GALA: Żartujesz! Prowadziłaś tyle masowych imprez.

BEATA SADOWSKA: W telewizji nie myślę o milionach widzów; mówię do jednej osoby, która jest mi przyjazna.

GALA: Pracowałaś między innymi w radiu, telewizji, prasie. W Sejmie, MTV i TVN Style. Dlaczego zrezygnowałaś z dziennikarstwa politycznego?

BEATA SADOWSKA: Wiesz, ilu moich znajomych zszokowała ta decyzja? To zajęcie natychmiastowo gratyfikowane społecznie, ale ja, biegając po korytarzach sejmowych po kilkanaście godzin, miałam wrażenie, że tracę życie. Odeszłam. Nie żałowałam tego nigdy. Świat jest zbyt ciekawy, by go poświęcać na politykę. To były też inne czasy; dziennikarze sejmowi naprawdę się kumplowali. Pamiętam, jak ktoś zdobył dźwięk, czyli wypowiedź polityka, to inni się podłączali kablem, tzw. kaseciakami. Teraz to się nie zdarza. Częściej zamiast sztamy jest ostra rywalizacja.

GALA: Jakie masz plany na najbliższy czas? Oczywiście poza ukończeniem 42 km maratonu? Znajdziesz czas na własny ślub?

BEATA SADOWSKA: Dokładnie to 42 km i 195 metrów. Chcę pobiec za rok w Warszawie, ale może wcześniej wystartuję gdzieś na świecie. A potem, jak trzeba będzie... zobaczymy. Może kolejne ekstremalne wyzwanie i zostanę mamą.

GALA: Pracujesz w telewizji - trudnej firmie. Dziś cię fetują, jutro ci dziękują.

BEATA SADOWSKA: To wpisane w zawód; jednego dnia jesteś gwiazdą, drugiego cię nie ma. Mój optymizm bierze się z przekonania, że poradzę sobie w każdej sytuacji. Wierzę, że jest życie poza telewizją. Założę schronisko dla psów, wyrób pierogów, produkcje pieczarek albo rzodkiewek... Albo zacznę się uczyć czegoś całkowicie od początku.