Anju, na święta zawsze przyjeżdżasz do domu, choćby z drugiego końca świata. Bo święta są... święte. Rodzina musi być w komplecie.

ANJA RUBIK: Nie wyobrażam sobie świąt bez mojej rodziny. Ponieważ mieszkaliśmy długo za granicą, często się przeprowadzaliśmy. Kiedy tęsknię, to nie za konkretnym miejscem, tylko za najbliższymi: moimi rodzicami, moją siostrą i jej synkiem. Dla mnie dom jest tam, gdzie jest moja rodzina. Nieistotne, w jakim mieście, w jakim kraju.

Które święta Panie szczególnie zapamiętały?

EWA RUBIK: Wyjątkowe były ubiegłoroczne. Anja zaprosiła nas wszystkich do Wiednia, do mieszkania Sashy.

JOANNA MATUSZCZYK: Od początku wydawało mi się to dziwne, że chcą nas tak nagle wszystkich razem zebrać, że tak im zależy, że tak nalegają, upewniają się, czy na pewno możemy przyjechać. Wiedeń, u Sashy w domu... Mówię do mamy: „A może oni szykują zaręczyny?”.

EWA : A ja na to: „Nie, nie wydaje mi się”, i mówiłam to z przekonaniem. Anja była przeciwna małżeństwu. Uważała, że to nie ma znaczenia, więc nie myślałam, że zmieni zdanie.

JOANNA: Któregoś dnia rano, przed wyjściem do pracy, Anja do mnie zadzwoniła, że w Wigilię chcą się z Sashą... zaręczyć. Miałam to trzymać w tajemnicy i przyznam, że było mi bardzo ciężko. Za każdym razem, kiedy widziałam mamę, bałam się, że nie wytrzymam i zaraz jej powiem.

Zobacz także:

EWA : Podziwiam, że ci się udało. Ja bym nie dała rady (śmiech). Polecieliśmy w końcu do tego Wiednia. Byli rodzice Sashy, jego siostra z partnerem i jej syn, taki sam skład jak u nas. Sasha ma piękny apartament w starej kamienicy, urządzali go już wspólnie z Anją, a wykańczany i urządzany był tuż przed Wigilią i pod jej kątem.

JOANNA: Jest już Wigilia, a mama ma w Wigilię imieniny. Sasha pojechał na zakupy. Przywiózł mnóstwo różnych rzeczy, a wśród nich świetne wina i szampana. Mama tak patrzy na tego szampana, a ja ją chciałam jeszcze trochę podkręcić i mówię: „No popatrz, szampan, może jednak będą zaręczyny (śmiech). A mama na to: „No co ty, ja mam imieniny, pewnie stąd ten szampan”. Szampan tak stał, Anka do mnie podchodzi i pyta: „Jak mama?”. Ja mówię: „Spokojnie, jest przekonana, że świętujemy jej imieniny”. Anka na to, że mama na pewno się zestresuje – obie wiemy, że w takich sytuacjach reaguje nerwowo – więc poprosiła, żebym nalała mamie lampkę wina dla odprężenia. No i w końcu Sasha wstaje, zaczyna przemowę, wszystko staje się jasne!

EWA : Nasza Anja ma superwspomnienia z tego wieczoru (śmiech). Powiedziała: „Ja myślałam, że mama będzie nam gratulować, a ona wybiegała z pokoju z telefonem”. I tak było. Byłam w totalnym szoku, zaczęłam nerwowo wydzwaniać do brata męża, do innych osób, nie wiadomo po co.

JOANNA: A ja zaczęłam strasznie ryczeć (śmiech). Tyle dni dusiłam emocje, że w końcu nie wytrzymałam. Na weselu Anki też zaczęłam płakać, i to w połowie własnego przemówienia!

A jak Ty to pamiętasz, Anju?

ANJA: Jak lekko surrealistyczne wydarzenie (śmiech). Asia dostała histerii i uciekła do łazienki, mama wybiegła do pokoju, zaczęła nerwowo dzwonić i SMS-ować, a tata tkwił w jakimś dziwnym odrętwieniu. Chyba był w szoku, powiedział: „Super”, a potem usiadł i dalej jadł (śmiech). Rodzina Sashy bardzo przykładnie zareagowała na te zaręczyny, złożyli nam życzenia, gratulacje, a moja rodzina pokazała się jako kompletnie szalona. Oczywiście powoli wszystko do nich dotarło, ogromnie się cieszyli i to były wspaniałe święta. Apartament Sashy jest nowoczesny i otwarty, więc cały czas przebywaliśmy w tym samym miejscu. Gotowałam z mamą i z Asią, było przecudownie. Mieliśmy drugą świąteczną przygodę, bo w pierwszy dzień zaczął ulatniać się gaz, przyjechało pogotowie gazowe i... zakręcili zawory. W Wiedniu było minus 5 stopni, chodziliśmy po mieszkaniu w grubych skarpetach, ciepłych swetrach, ale dzięki Bogu Sasha ma kominek. Piliśmy więc grzane wino, gadaliśmy i siedzieliśmy przy kominku.

Co zrobisz, jak w tym roku przyjedziesz do domu na święta?

EWA: Pierwsze, co robi, to zabiera się do pieczenia ciast. Jak przyjechała z Paryża na pierwsze święta, upiekła nam sześć czy siedem ciast!

JOANNA: Anka nie piecze typowych ciast, ona je wymyśla. Ma świetne przepisy.

EWA: Bierze książkę, otwiera, studiuje przepis i robi. Jak wchodzę do kuchni, myślę sobie: „Boże!”. Tu rosną drożdże, tam uciera mak, piecze jabłka, na maśle podsmaża migdały, rozpuszcza czekoladę... Tata tylko co chwila biega do sklepu po kolejne składniki. Anka uwielbia piec i świetnie jej to wychodzi. Jej ciasta są bogate i pyszne. Naprawdę przepyszne.

 

ANJA: W tym roku Wigilię spędzamy w Krakowie, ale już mam plan, że przyjadę do domu kilka dni wcześniej i tam zamierzam napiec ciast na całe święta. Uwielbiam piec kruche ciasteczka dla taty, który je wcina bez umiaru i trzeba je chować, żeby coś zostało na drugi dzień (śmiech). W gotowaniu nie lubię monotonii. Nie lubię gotować czegoś, co znam na pamięć, bo mnie to nudzi. Nawet jak urządzam przyjęcia w Nowym Jorku dla znajomych, zawsze wyciągam jakiś dziwny przepis i próbuję to ugotować. Dla mnie: wyjdzie czy nie wyjdzie, jest drugorzędne, choć zazwyczaj wychodzi. Najfajniejsze jest samo wyzwanie kulinarne.

Sporo lat spędzili Państwo na emigracji: najpierw były trzy lata w Grecji, potem rok w Kanadzie, wreszcie prawie cztery lata w ukochanej Afryce. Jak Pani, Joanno, pamięta „swoją” Afrykę?

JOANNA: Pewnie inaczej niż moja siostra, bo Anja była dużo młodsza. Ja wspaniale się czułam w RPA. Stworzyłam swój świat, chodziłam do dobrej prywatnej szkoły, gdzie tubylcy byli wymieszani z cudzoziemcami, miałam przyjaciółki różnych nacji. Ale życie było specyficzne, na przykład nie było takiej możliwości, żebyśmy same poszły z koleżankami do miasta, chodziły po sklepach, zrobiły wypad na kawę. Była jedna dyskoteka, na którą wszystkie chodziłyśmy, ale z powodu bezpieczeństwa trzeba było nas tam zawieźć i odstawić z powrotem do domu. Tata zawsze rano nas zawoził do szkoły i odbierał z niej. Nie było takich sytuacji, że jesteśmy same. Nic nam się nigdy nie stało, choć czuło się, że może być niebezpiecznie. Ale przyzwyczaiłam się, to było moje życie. Kochałam je.

EWA: Mieszkaliśmy w Umtacie, stolicy bantustanu Transkei. Z tych okolic pochodzi Nelson Mandela. Większość czasu spędzałam z mężem w lecznicy. Mieliśmy tylko czarnoskórych pracowników i to byli wspaniali ludzie, pracowało się z nimi cudownie. Kiedy mąż jeździł na wieś leczyć zwierzęta, zawsze był serdecznie przyjmowany. Niemniej jednak były takie miejsca, gdzie nie należało chodzić. Bali się nie tylko biali, ale również czarni mieszkańcy. Nie wychodziliśmy tak swobodnie poza dzielnicę uniwersytecką, gdzie mieszkaliśmy. Na zakupy do miasta jeździłam tylko z mężem, raz na jakiś czas. Raz mnie napadnięto, ale nie mogę podawać tego za przykład, bo to mogło mi się przydarzyć w każdym kraju. Najgorzej było – i to zaważyło na naszej decyzji o powrocie do Polski – kiedy Polak (Janusz Waluś, w kwietniu 1993 r. – przyp. red.) zamordował Chrisa Haniego, jednego z przywódców opozycji, przez moment nawet ważniejszego od Mandeli. Zaczęły się zamieszki w Durbanie i Kapsztadzie, baliśmy się, że dojdą do nas. Nie wiedzieliśmy nawet, czy i jak iść do pracy, bo to stało się w Wielki Piątek. Przyjechaliśmy z mężem do lecznicy i nie wychodziliśmy ze swojego gabinetu. W końcu przyszła po nas pielęgniarka i powiedziała, że oni nas znają, wiedzą, jacy jesteśmy, i żebyśmy się nie bali. W szpitalu nasi znajomi, którzy byli lekarzami medycyny, byli zastraszani, grożono im. Zbliżały się wybory, wszyscy bali się krwawej rewolucji, postanowiliśmy wyjechać. Na szczęście okazało się, że Mandeli udało się opanować sytuację.

Gdyby miała Pani opisać małą Anję jednym słowem...

EWA: ...powiedziałabym: trzpiotka. Wszędzie było jej pełno, wlazła w każdą dziurę. Bez przerwy coś wymyślała, wpychała się, gdzie się da, często były to miejsca niebezpieczne. Na przykład kiedy jechaliśmy nad morze, do takiego prawie buszu. Ona natychmiast znikała w krzakach, gdzie można było trafić na jadowitego węża, bo zobaczyła jakąś kolorową jaszczurkę albo cudowny kwiatek.

ANJA: Tam miejscami była prawdziwa dzicz, raz nawet przyniosłam takiego węża owiniętego na patyku. Pamiętam, uwielbiałam kąpać się w oceanie, miałam taką deskę do pływania bodyboard i szalałam na niej na ogromnych falach, parę razy nawet się podtopiłam.

EWA: Teraz nie mogę się nadziwić, że byłam wtedy taka spokojna (śmiech). Ania łaziła po drzewach i biegała po całej okolicy... Niespożyta ciekawość świata ciągle ją gdzieś pchała. Pamiętam, uczyłam ją i jej koleżankę Bognę polskiego, żeby nie zapomniały. Wybierałam się czasami z nimi w ramach botaniki na okoliczne łąki, żeby coś im pokazać. Bogna grzecznie mnie słuchała, chodziła za mną, trzymając za rękę. A Anka tu zerwała kwiatek, tam leciała za jakimś ptakiem, tu kogoś zaczepiała. Żywe srebro.

ANJA: Kocham Umtatę. Byłam tam kompletnie wolna. Chodziłam do szkoły, którą bardzo lubiłam, po szkole wracałam do domu i szłam bawić się z rówieśnikami. Mama chyba do tej pory nie wie, że w ogrodzie zdejmowałam buty, chowałam w krzakach i biegałam na bosaka (śmiech). Pożyczałam od starszych kolegów rower, który miałam zakazany, bo rodzice troszeczkę się o mnie bali, i jeździłam po okolicy, bawiąc się z innymi dziećmi. Te lekcje botaniki też pamiętam. Mama fantastycznie zna się na roślinach. Powtarzała w kółko: to jest to, to jest tamto, jednak ta wiedza nie przedostała się do mojej pamięci (śmiech). Ale przyroda jest porywająca. Do dziś pamiętam ten zapach – słodki, odurzający, bardzo słoneczny.

JOANNA: Pamiętam, jak z Bogną sprzedawały kwiatki. To była córka lekarzy, którzy mieszkali na terenie szpitala, przyjaciółka Anki z tej samej klasy. Ani jednej, ani drugiej nie brakowało pieniędzy, ale one sobie wymyśliły, że muszą mieć własne, nie wiadomo po co, bo same nawet nie chodziły do sklepu. Miały taki zmysł ekonomiczny. Zbierały po całej okolicy kwiatki, robiły kolorowe bukiety, a potem chodziły po domach sanitariuszy, pielęgniarek, kucharek, sprzątaczek i sprzedawały. Dla świętego spokoju każdy dawał im randa czy dwa, wiedząc zapewne, czyje to dzieci, byleby już tylko sobie poszły (śmiech).

Jak Pani wołała na młodszą córkę?

EWA : Zawsze była Anią. Tata na nią czasami mówił Anulka, ale zwykle Anka.

Kiedy Anka zaczęła marzyć o byciu modelką?

 

EWA: Miała siedem lat, kiedy powiedziała, że chce iść do szkoły modelek. To było w Afryce. Zanim dostaliśmy dom w Umtacie, przez trzy miesiące mieszkaliśmy w hotelu. Któregoś dnia odbywał się tam pokaz mody. Przyjechało mnóstwo ludzi, śliczne modelki i różne panie, które zawodowo zajmowały się szukaniem nowych twarzy. Anji wszędzie było pełno, jedna z pań od razu ją zauważyła i zapytała, czy nie chce chodzić do szkoły modelek. No więc Ania oczywiście zaraz do nas przybiegła i powiedziała, że ona chce chodzić do szkoły modelek. Nawet nas nie pytała, tylko stwierdziła. Z trudem jej to wyperswadowaliśmy. Ale to prawda, że od małego uwielbiała się przebierać.

ANJA: Pasjonowałam się modą. Oglądałam w kółko teledyski George’a Michaela, obserwowałam, jak rusza się Linda Evangelista, byłam kompletnie zafascynowana Naomi Campbell. W tamtych czasach pokazy Miss Świata czy Miss Universum były jeszcze prestiżowe, więc zasiadaliśmy przed telewizorem i oglądaliśmy je całą rodziną. Pasjami się przebierałam, organizowałam pokazy, przedstawienia.

Czym się córki różnią?

EWA: O, z tego się nie przygotowałam (śmiech). Jedna jest ciemną szatynką, druga blondynką. Obydwie są bardzo szczupłe. Asia ma charakter bardziej rozważny. Jak była dzieckiem, zawsze przy mnie, zawsze na kolankach. Do dziś nie lubi się przemieszczać, przerażenie ogarnia ją na samą myśl o tym, że miałaby się przeprowadzić, nawet jeśli chodzi tylko o zmianę mieszkania. Anja to żywe srebro, które lata po całym świecie. Myślę, że w czasach naszych emigracyjnych wędrówek była dużo młodsza i może mniej to przeżyła psychicznie.

JOANNA: W każdym miejscu zostawiałam przyjaciół, miłości. W Grecji, w Kanadzie, w RPA, w Stanach. Pierwszą miłość też zostawiłam w RPA. Pamiętam, że strasznie tęskniłam, chciałam od razu wracać. W Polsce już nie znałam nikogo oprócz babci i dziadka. Ciężko było mi się tu odnaleźć.

Osiem lat różnicy to dużo. Jak się Pani dogadywała z siostrą?

JOANNA: Wtedy to było dużo, teraz tak się tego nie czuje. Jak była malutka, to się nią zajmowałam. Zostawałam z nią w czasie wakacji, jak rodzice chodzili do pracy, na wczasach, jak chcieli gdzieś wyjść wieczorem, ja z nią zasypiałam. Pamiętam, ubierałam ją w sukieneczki (śmiech). Ale nigdy nie miałyśmy problemów z dogadywaniem się. Zdarzały się jakieś małe kłótnie, o głupoty – że ona coś zabrała czy że wchodziła do pokoju, kiedy przychodzili  moi  znajomi. Zamiast iść spać, co chwila się pojawiała, pod byle pretekstem (śmiech).

ANJA: Ja byłam ta młodsza siostra, wpatrzona w Asię i w jej przyjaciół. Ona była nastolatką i jej świat mnie fascynował. Na nieszczęście – dla Asi oczywiście –  byłam przekonana, że jej znajomi mnie uwielbiają, więc non stop przychodziłam i przesiadywałam u nich na kolanach. Uważałam, że to jest miejsce dla mnie. Byłam mała i upierdliwa(śmiech). Moja biedna siostra musiała namęczyć się, żeby się mnie pozbyć. A jak już udało jej się oddelegować mnie do łóżka, często siedziałam po cichu pod jej drzwiami. Zawsze chciałam z Asią spać. Jest częściowo siostrą, częściowo moją drugą mamą. Bardzo się mną opiekowała.

Co Pani czuła, Joanno, kiedy Anja zaczęła robić światową karierę?

JOANNA: Było mi bardzo miło, cieszyłam się. W przeciwieństwie do naszej mamy ja do tego podchodzę inaczej, spokojniej. Cieszę się ogromnie, że się spełnia i że jej to dobrze wychodzi, ale się tym nie ekscytuję. Kiedy słyszę, a często się to zdarza: „Niesamowite, ty masz TAKĄ siostrę!”, nie bardzo wiem, co odpowiedzieć. Ja tego tak nie odbieram. Dla mnie ona jest moją siostrą, moją Anką. Po prostu. Jak ją widzę w telewizji, nie patrzę na nią pod kątem jej światowej kariery. Patrzę na moją siostrę. Nigdy nie byłam zazdrosna. Zawsze się mnie o to pytają, więc z góry pani odpowiadam.

EWA: A ja potwierdzam.

ANJA: Uwielbiam w Asi to, że może rozmawiać z królową Anglii, Hugh Grantem, kasjerką w sklepie spożywczym czy panią z okienka na poczcie i jest zawsze taka sama. Jest sobą. Zabieram ją na różne imprezy, na pokazy, poznaje znane osoby i nie robi to na niej wrażenia, zachowuje się naturalnie, nie ma w niej żadnej egzaltacji. Za to ją kocham. Ona widzi wszystko takim, jakie jest, bez tego lukru, sztafażu. Instynktownie świetnie wyczuwa ludzi. Kilka razy powiedziała mi, co sądzi o osobach, które dopiero poznałam, i to się bardzo szybko potwierdziło. Ufam jej osądowi.

A jaka jest mama?

ANJA: Mama jest kompletnie szalona, niesamowicie aktywna, ciągle coś robi, z kimś rozmawia, coś organizuje, gdzieś biegnie. Bardziej przypomina Włoszkę niż Polkę, bo ma niesamowity temperament i jest bardzo ekspresyjna. Jest bardzo rodzinna, żyje dla rodziny, jesteśmy jej całym światem. Ja latam non stop, ale za każdym razem muszę wysyłać SMS-a, jak wsiadam i jak wysiadam z samolotu. Kiedy jestem w egzotycznym miejscu, gdzie nie ma zasięgu, więc nie dzwonię, cała rodzina się niepokoi. Wszyscy, łącznie z biedną Asią, siedzą przed telewizorem i oglądają z niepokojem wiadomości, czy przypadkiem nie stało się coś złego z jakimś samolotem. Mama lubi dramatyzować. Jest też troszeczkę kontrolująca, ale tę cechę ja też po niej odziedziczyłam (śmiech).

Pani Ewo, miała Pani wątpliwości, kiedy okazało się, że modeling to droga zawodowa Anji? Mówiła jej Pani: „Dziecko, idź na medycynę albo zostań prawnikiem”?

 

EWA: Bałam się, oczywiście. Bardzo żałowałam, bo Anka świetnie się uczyła, we wszystkich przedmiotach szło jej znakomicie i uważałam, że szkoda taki talent zmarnować. Na szczęście maturę zrobiła w bardzo dobrej szkole brytyjskiej w Paryżu, choć okupioną ciężkimi wyrzeczeniami. Miała 17 lat, kiedy została tam zupełnie sama, i to był chyba najgorszy czas w jej życiu. Długo miałam wyrzuty sumienia, że jej na to pozwoliłam, że nie została w domu. A teraz, kiedy oceniam to na chłodno, wydaje mi się, że to ją zahartowało, wiele rzeczy osiągnęła przez tamtą twardą szkołę życia.

ANJA: Zostałam rzucona na głęboką wodę, musiałam sama się sobą opiekować: pracować, uczyć się, pamiętać o rachunkach, o zakupach... Było to dla mnie bardzo ciężkie. Szczególnie pierwszych kilka miesięcy. Ale nie wróciłam do domu. Jak coś sobie postanowię, staram się to osiągnąć. A kiedy mi się nie udaje, jest to dla mnie duża osobista porażka. Paryż był doświadczeniem, które mnie dużo nauczyło, dało mi mnóstwo poweru na przyszłość. Ale z drugiej strony, jak teraz patrzę na to wszystko, to jednak potem potrzebowałam paru lat w Nowym Jorku, żeby odzyskać pewność siebie. Byłam dzieckiem bardzo aktywnym, odważnym, ufnym. W Paryżu gdzieś mi to umknęło, szczególnie ta pewność siebie.

Zawsze byłaś dzielna i...

EWA: ...szalona (śmiech). Mieszkała w Paryżu, na 6. piętrze starej, wysokiej kamienicy, gdzie sufit w mieszkaniach jest zazwyczaj na wysokości 3,5–4 metrów. Któregoś dnia Anja zatrzasnęła drzwi i dopiero po powrocie do domu zorientowała się, że nie ma klucza. Długo się nie zastanawiając, zapukała do sąsiada na 5. piętrze, starszego pana. Coś mu wytłumaczyła, przeprosiła i zanim staruszek zorientował się, co się stało, wyszła na balkon i po takich bocznych metalowych barierkach wspięła się do siebie. Jak się już wspięła i otworzyła uchylone – na szczęście – balkonowe okno, dopiero spojrzała w dół. A na dole było czarno (śmiech). To był taki malutki placyk, gdzie zbiegało się kilka ulic, a teraz zbiegło się mnóstwo ludzi, przyjechała policja, pogotowie i straż pożarna. Przyszło dwóch policjantów, dali jej ustną naganę.

ANJA: Najśmieszniejsze, że dwa tygodnie później znowu się spotkaliśmy. Zepsuła mi się toaleta, zadzwoniłam do właścicielki mieszkania, a ona obiecała, że się tym zajmie i wyśle hydraulika. I faktycznie, na drugi dzień wracam po południu do domu, a wszystko jest zreperowane. Ale patrzę, a ta stara toaleta stoi na środku pokoju w kartonie. Zadzwoniłam do kolegi i z jego pomocą wyrzuciliśmy ją do śmieci. Na drugi dzień, o 5.30 rano, dzwoni do drzwi konsjerżka z pretensjami i... znajomymi policjantami. Okazało się, że jest zakaz wyrzucania takich rzeczy do kubłów, więc śmieciarze toaletę wyjęli i... porzucili na środku ulicy. A że było to centrum Paryża, zachwyceni turyści pstrykali sobie zdjęcia. Ja w szlafroku próbowałam ją zepchnąć na bok. Policjanci śmiali się i pytali, co wymyślę następnym razem (śmiech).

A co spektakularnego Anja zmalowała w dzieciństwie?

EWA: Miała w szkole bardzo zabawne występy językowe. Wróciliśmy do Polski w grudniu, a od lutego Ania poszła do prywatnej szkoły ze względu na angielski. Pamiętam, był koniec kwietnia, pani wchodzi do klasy i pyta dzieci: „Moi drodzy, zbliża się 3 maja. Czy wiecie, co to jest za dzień?”. Wszyscy siedzą cicho, tylko Anka się wyrywa. Trzyma rączkę w górze, a pani myśli sobie: „Mój Boże, dziecko wychowane na emigracji, a takie patriotyczne”, i mówi głośno: „No powiedz, Aniu, powiedz wszystkim dzieciom”. A Ania z dumą: „3 maja są urodziny mojej siostry” (śmiech).

JOANNA: W szkole w Umtacie był taki zwyczaj, że raz w roku wszystkie dzieci wybierały sobie jakiś temat, przygotowywały go, omawiały z nauczycielką, a potem prezentowały go przed całą szkołą i rodzicami, po angielsku oczywiście. Ania wybrała temat: dinozaury. Siedziała nad książkami, zadowolona, a mnie i mamę poprosiła, abyśmy pomogły zrobić jej taką wielką głowę dinozaura rexa na patyku. Nadszedł dzień występu, dzieci prezentują po kolei referaty, rodzice klaszczą, w końcu Anka wychodzi na scenę. Staje i mówi. Mówi, mówi, mówi... ja się rozglądam, gdzie jest dinozaur, ale nigdzie głowy rexa nie ma. Siedzimy dalej, widać, że Ania już kończy i nagle, powoli zniżając głos, mówi: „A myślicie, że one wymarły? Myślicie, że ONE wymarły??? O NIE!!! Pewnego dnia one tu jeszcze wrócą!!!”. Nagle wyciąga głowę dinozaura i zaczyna ryczeć: „Uaaaa!!!”. To był taki ryk, że pani sobie nie wyobraża. Sala była przyciemniona, ludzie się przerazili, bo w pierwszej chwili nie zrozumieli, co się stało. Ale potem Anka zebrała grzmiące brawa, a my gratulacje od dyrektora i nauczycieli.

Zmieniła się od tamtej pory?

EWA: Jest w innym wieku. Z podlotka stała się kobietą. Na co dzień w stosunku do innych nie zmieniła się wcale. Ludzie często się dziwią, że nie ma w niej gwiazdorstwa.

JOANNA: Stała się bardziej pewna siebie, w pozytywny sposób.

EWA: Anja co chwila zaskakuje nas przyjemnościami – niespodziankami. Tacie na okrągłą rocznicę urodzin podarowała Rolexa. Mojemu mężowi takie rzeczy sprawiają ogromną przyjemność, więc bardzo się ucieszył. Jak mieliśmy 25. rocznicę ślubu, wyprawiła nas najlepszą klasą na wycieczkę statkiem po Morzu Śródziemnym, zrobiła nam tym wielką radość. Na statku czekał na nas szampan z gratulacjami. W Paryżu, jak mąż miał urodziny, zafundowała nam parodniowy pobyt w superwarunkach, a kolacja urodzinowa odbyła się na barce płynącej po Sekwanie.

Gdy Anja przyjeżdża do domu, macie swoje rodzinne rytuały?

 

EWA: Anja zawsze idzie na masaż, bo mamy bardzo dobrego masażystę. Chodzimy do lekarzy, jak potrzebuje. Wieczorem wspólna kolacja. Bardzo mało wychodzimy. Czasami jakaś wystawa, ale rzadko. Najważniejsze są rozmowy, taka zwyczajna bliskość, bo najczęściej Anja pojawia się na dwa–trzy dni. Tego czasu ciągle brak i trudno się nacieszyć. Śpi w pokoju Asi, bo tam ma wygodniejsze łóżko, ale rano siedzi u siebie, bo tam jest biblioteczka i komputer. Ona ma taki rytuał, że wstaje rano, jest woda, kawa i internet. Coś przeczyta, gdzieś zadzwoni, sprawdza pocztę. Ale głównie siedzi w kuchni, rozmawia i obżera się (śmiech). Świeży chlebek i masełko – nie wyobraża sobie pani, ile ona może tego zjeść. Oczywiście normalnie nie je dużo, wiadomo, ale jak przyjeżdża do domu, jest dyspensa na okrągło. Potrafi zjeść prawie osełkę masła dziennie! To jest nasza ukochana gwiazda.