Małgorzata Malinowska: Patrycja, Twoja droga do upragnionego macierzyństwa, zanim na świecie pojawił się Staś, nie była łatwa. Musiałaś zmierzyć się z trudnym przeciwnikiem, jakim była endometrioza. Kiedy dowiedziałaś się o chorobie?

Patrycja Sołtysik: Choroba pojawiła się wcześniej. Pierwsze symptomy i objawy miałam jeszcze w czasach liceum. Były to bardzo bolesne miesiączki, ale zakładałam, że tak musi po prostu być. W pewnym momencie w klasie maturalnej miałam zdiagnozowany zespół jelita drażliwego, na który jak się później okazało nigdy nie cierpiałam. Wtedy te problemy z żołądkiem były połączone ze stresem przed maturą. Jako młoda dziewczyna pewnych rzeczy nie potrafiłam połączyć. Kiedy nie myślisz o macierzyństwie, nie obserwujesz tak dokładnie swojego cyklu i nie wsłuchujesz się w swój organizm. Z wiekiem ta świadomość jest większa. Diagnoza pojawiła się w momencie, kiedy tak naprawdę zaczęliśmy myśleć o tym, żeby zostać rodzicami. Uważałam, że taka jest moja uroda, że raz na jakiś czas jest taki okres, że nie jestem w stanie przez dzień wstać z łóżka albo wymiotuję z bólu. Wydawało mi się, że tak musi być. Po prostu jesteśmy kobietami. Tak to sobie tłumaczyłam.

Jak zareagowałaś na diagnozę?

P.S.: Z jednej strony czułam ulgę, bo miałam odpowiedź na wszystkie nurtujące mnie pytania, ale z drugiej strony uświadomiłam sobie, że na to nie ma lekarstwa. To nie jest choroba, na którą wezmę magiczne tabletki i ona zniknie z mojego życia. Jest to choroba nieprzewidywalna. Ja i tak uważam, że mój przypadek nie jest najgorszy, bo słyszy się o wiele trudniejszych. Jestem w stanie z tą chorobą funkcjonować, chociaż czasem jest to bardzo trudne

Jak choroba wpłynęła na spełnienie marzenia o macierzyństwie?

P.S.: Diagnozę dostałam w momencie, kiedy chcieliśmy zostać rodzicami. My razem z Andrzejem podeszliśmy do tego tematu bardzo świadomie i poważnie. Wiadomo, kiedy nie udaje się naturalnie, to trzeba udać się do specjalisty. Chciałam podkreślić, że warto namawiać do badań również mężczyzn, bo w rzeczywistości wygląda to tak, że najpierw badają się kobiety, a dopiero później panowie. W staraniach o dziecko jest się razem i my do tego tak podeszliśmy. Kolejna diagnostyka, kolejne próby chociażby inseminacji nie przynosiły żadnego skutku. Okazało się, że to jest większy problem. Laparoskopia, która miała być zwiadowczą, ale ostatecznie była razem z usunięciem ognisk, dała mi odpowiedź. Zdaję sobie z tego sprawę, że choroba wraca i daje o sobie znać. Moje szanse na macierzyństwo od razu są zmniejszone.

W końcu udało się i powitaliście na świecie Stasia.

Zobacz także:

P.S.: To jest nasz prywatny cud, ale jego spełnienie było możliwe jedynie z pomocą medycyny. Zostałam mamą z miłości i dzięki metodzie in vitro.

Jak z punktu widzenia kobiety wygląda temat leczenia niepłodności w Polsce?

P.S.: Jeśli chodzi o leczenie niepłodności, to w większości przypadków wszystko spada na kobietę, bo to się dzieje w naszym ciele. Ale to też jest bardzo długa droga. To nie są magiczne rozwiązania, ani inseminacja, ani in vitro, ani żadna inna metoda. Jak słyszę: „To idźcie zróbcie in vitro” na zasadzie, że idziemy do sklepu i kupujemy sobie tą upragnioną zabawkę. Do pewnego momentu myślałam, że przy endometriozie jest więcej pytań niż odpowiedzi. Okazało się, że to nieprawda. Tak jest przy leczeniu niepłodności. Tutaj ilość czynników, które na to wpływają, i to mówimy jeszcze o dwóch osobach, jest ogromna. Te czynniki mogą być najróżniejsze. Moja sytuacja sprzed siedmiu lat, kiedy zaszłam w ciążę ze Staśkiem była zupełnie inna, niż mam teraz. Teraz jest dużo trudniejsza.
To nie jest łatwa droga, zarówno fizycznie jak i psychicznie. Czasem nie wiem, co jest trudniejsze.

Jakiś czas temu w mediach społecznościowych otworzyłaś się na temat niepłodności, za co dziękuje Ci wiele kobiet. Czy dojrzenie do tego , żeby mówić o tym głośno było trudne?

P.S.: Było trudne i długotrwałe. Założyłam sobie w głowie, że jak się uda druga ciąża, to wtedy radośnie ogłoszę, że mam dwójkę cudownych dzieci. To nie jest takie proste. Moja pierwsza droga była trudna, ale próba spełnienia marzenia o drugiej ciąży, to są zakręty, rollercoaster i nieprzewidywalne momenty. Samo zajście w ciążę, o czym się wiele razy brutalnie przekonałam, to nawet nie jest połowa sukcesu. Do momentu kiedy zostajemy mamą, to jest bardzo długa droga i wiele rzeczy może się jeszcze wydarzyć.
My z mężem nie jesteśmy anonimowi. W klinice, w której się leczymy i jesteśmy w niej często, jest to od wielu miesięcy nasza codzienność. Jestem z moimi obserwatorami szczera. Kiedy u mnie dzieje się coś źle, to piszę o tym, bez opowiadania o szczegółach. Kiedy otworzyłam się na temat niepłodności, to ilość wiadomości, które do mnie spłynęły, pokazała, że było warto. Nagle ten temat w moim najbliższym otoczeniu przestał być tematem tabu. Powiedzenie tego sprawiło, że nie muszę tego ukrywać i czuję ulgę.
Chciałabym mieć drugie dziecko, marzę o tym, ale nie wiem czy to się uda. Z tą myślą też oswajam siebie, a także oswajamy Stasia, bo on bardzo chciałby mieć rodzeństwo. Zaczynam dopuszczać do siebie, że być może jestem mamą tylko jednego cudu, a i tak to jest wyjątkowy cud. Nie chcę być zgorzkniała, sfrustrowana i smutna. Jeszcze trochę powalczę, ale może przyjść taki moment, że powiem „Wystarczy”.

Czy rozmawiacie ze Stasiem na ten temat?

P.S.: Od początku ze Stasiem w wielu kwestiach rozmawiamy szczerze. Oczywiście to jest dopasowane do wieku. Ostatnio zabrałam Stasia nawet do kliniki. On widzi, co się ze mną dzieje. Ja nie jestem w stanie zawsze pewnych moich nastrojów ukryć. To są trudne emocjonalnie rozmowy. Nie ma co ukrywać. Dla dziecka największym marzeniem jest to, żeby mieć to rodzeństwo.

Wiele kobiet spotyka się z nietaktownymi pytaniami: „Kiedy dziecko?”. Jak już mają jedno dziecko, to słyszą: „Kiedy kolejne?” lub „A może teraz chłopiec/dziewczynka?” W momencie kiedy te pytania skierowane są do kobiet, par, które bardzo chcą zostać rodzicami a nie mogą, to musi szczególnie boleć.

P.S.: Zdecydowanie to powinna być ta intymna sfera, o którą nie pytamy. Tak jak nie pytasz kogoś, ile razy uprawia seks w tygodniu czy miesiącu. Tutaj jest podobnie. Często w mediach społecznościowych ktoś u kogoś wypatrzy brzuszek i od razu pojawia się mnóstwo komentarzy. Mi też się takie zdarzały. Nawet jak zajdę w ciążę, to będę to chciała jak najdłużej utrzymać w tajemnicy. Nie dlatego, żeby robić jakiś sekret. Tylko dlatego, że tyle rzeczy może się wydarzyć po drodze, więc chcę to przeżywać w prywatności. Nawet Stasiowi powiemy najpóźniej jak się da, żeby nie cierpiał, jeśli coś złego się wydarzy. Nam dorosłym łatwiej sobie będzie z tym poradzić niż kilkuletniemu dziecku.
Ja zawsze uczulam, żeby nie wypytywać o ciążę, o to czy ktoś chce mieć dziecko czy kolejne dziecko. Nawet jak nam się wydaje, że ktoś się zaokrąglił, to nie wypytujmy, bo być może ktoś przed chwilą stracił ciąże. Być może jest nafaszerowany hormonami i hormony tak działają. A być może jeszcze nie chce zapeszać i jest to jego prywatna sprawa.
Napisałam jakiś czas temu taki tekst na blogu: „Kapusta, czasem głowa pusta”. Dziewczyny mi do tej pory piszą, że wysyłają go takiej wścibskiej ciotce.

Obserwując Twoje konto na Instagramie widzę, że Ty masz grupę kobiet, które patrząc po komentarzach bardzo Cię wspierają i dodają sił.

P.S.: Wiesz, ja mam dwie grupy. Ta pierwsza, o której mówisz i drugą grupę hejterów i to taką mocną. U mnie dzień bez hejtu, to jest dzień stracony. Jak nie w komentarzach, to dostaję prywatnie nieprzyjemne wiadomości. To jest pokłosie portali plotkarskich. Dostaję wiadomości o wszystko: o starego męża, o długie karmienie piersią i tak dalej. Łącznie z tym, że lansuję się na tym, że nie mogę mieć dziecka. To jest ta ciemna strona. Ona czasem jest bardzo bolesna. Ale mówiąc o tej wspierającej grupie, to bardzo doceniam każdy komentarz i wsparcie. Dla mnie to jest super budujące.

W ostatnim czasie zniknęłaś z mediów społecznościowych, żeby jak napisałaś na blogu „schować się i pocierpieć”. Teraz wracasz „z ogromną siłą, o której zapomniałam”. Skąd w nas kobietach bierze się ta siła? Skąd Ty ją czerpiesz?

P.S.: Dla mnie bycie mamą to jest nadludzka siła. Kobieta jest siłą. Bycie mamą sprawiło, że w wielu sytuacjach jakie miałam w życiu, zmusiło mnie, żeby wstać z łóżka. Nie możesz zrobić sobie przerwy. Po ostatnim trudnym momencie jeśli chodzi o leczenie niepłodności, pozwoliłam sobie na aż dwa dni depresji w łóżku. Ja wiem, że muszę dla Stasia wziąć się w garść. Nie mam wyboru. Myślę, że stąd jest ta siła i hasło, że „mamy nie biorą zwolnienia” jest bardzo adekwatne. Faktycznie jakiś czas temu zniknęłam i się wycofałam. Dużo osób dopytywało się, co się dzieje. Nie potrafiłam się na wiele rzeczy otworzyć. Ale też pozwoliłam sobie na emocje: na płacz, na złość i na rozpacz. Ja wiem, że im więcej emocji tłumię w sobie, to i tak w pewnym momencie one wybuchną i uderzą ze zdwojoną siłą. Wiele moich obserwatorów czyta już między wierszami. Łatwiej mi, kiedy zrzuciłam z siebie ten balast. Tak po prostu jest. Ta choroba też nas dotyka. Niepłodność jest bliżej niż nam się wydaje. Nie ma znaczenia status społeczny czy finansowy, choć nie ukrywam, że w obecnej sytuacji, którą mamy w naszym kraju i która mnie przeraża z punktu widzenia kobiety, to jest istotne. Jeśli chodzi o koszty leczenia niepłodności, to niestety tutaj jest grupa wybranych, bo tylko ktoś, kto ma wystarczająco dużo pieniędzy, ma szansę zostać rodzicem. Wszelkie refundacje, które były chociażby siedem lat temu, zostały cofnięte. Poza tym wszyscy skupiają się na dofinansowaniu in vitro czy poszczególnych procedur, a zapominają o całej diagnostyce niepłodności. To są olbrzymie koszty. Choroba nie wybiera i każdego może dotknąć. Niestety jeśli chodzi o możliwości leczenia, to jest podział na kogoś, kto ma na to pieniądze i kogoś, kogo na to nie stać. To strasznie mnie boli i jest bardzo przykre. Dlatego chcę mówić o tym głośno.

Rozmawiając z wieloma kobietami, które starają się o dziecko nie raz słyszałam historie, które wprawiają w osłupienie. To są rady z cyklu: „Jeszcze jest Pani młoda”, „Za bardzo Państwo chcą”,” Wystarczy się odprężyć”, a nawet pojawiała się rada, żeby codziennie wieczorem napić się czegoś mocniejszego na rozluźnienie. Czy Wy na swojej drodze napotykaliście na podobne absurdy?

P.S.: Klinika, w której się leczymy i dzięki pomocy lekarza z tej kliniki mamy Staszka, to nie jest nasza pierwsza klinika. My wcześniej też byliśmy u wielu różnych specjalistów. Często słyszałam, że jestem młoda, że mam czas, że okres musi boleć. My to wszystko przerabialiśmy. Sama diagnostyka leczenia niepłodności i wybranie odpowiedniej metody też nie jest łatwe, więc tutaj tego nie krytykuję. Masz rację, że są różni lekarze, dlatego ważny jest ten upór kobiety. A teraz w obecnej sytuacji politycznej, tego uporu musimy mieć jeszcze więcej, co jest przykre. My się leczymy prywatnie, więc może jest nam łatwiej, aczkolwiek są różni lekarze. Kluczem do sukcesu w leczeniu i endometriozy i niepłodności jest znalezienie dobrego lekarza. Ważne, żeby mu ufać bezgranicznie. Ja jestem daleka od googlowania sobie różnych rzecz i zniechęcania się po miesiącu. Wtedy to nie ma sensu. To są zawsze długofalowe procesy leczenia. Jeżeli ufamy lekarzowi, to nawet niepowodzenia łatwiej jest nam przyjąć.

Czy Ty w końcu trafiłaś na takich zaufanych specjalistów?

P.S.: Ja tak naprawdę mam dwóch lekarzy. Jeden, który zajmuje się pomocą z zajściem w ciążę, a drugi jest moim ginekologiem, który prowadził ciążę ze Staszkiem. Ja będę im wdzięczna do końca życia za to, że jest Stasiek. Jeżeli nie zostanę ponownie mamą, to też nie będę miała do nich żalu. Medycyna to jedno, a drugie to natura. Medycyna tylko pomaga naturze.

Mówiłaś o ważnym aspekcie edukacji społecznej. Częściej w sieci natrafiamy na bzdury niż na rzetelne informacje, dlatego szerzenie świadomości na temat endometriozy czy niepłodności jest niezwykle ważne. Uważam, że to co Ty swoim przykładem dajesz innym kobietom, to jest lepsze niż jakakolwiek terapia.

P.S.: To co mówisz jest bardzo miłe. Ja też sama korzystam z wiedzy koleżanek. Wiele osób nie wie, co to jest inseminacja, co to jest in vitro. Ludziom wydaje się, że procedura in vitro, to jedna, dwie wizyty i po sprawie. To jest branie hormonów, cała stymulacja, zabieg w narkozie, czyli punkcja jajników i tak dalej. Gdyby ta edukacja była większa, to tych przeciwników nie byłoby aż tylu. W naszym społeczeństwie utarło się powiedzenie „dziecko z probówki”. Medycyna nie poszła jeszcze tak do przodu i żadna probówka jeszcze dziecka nie urodziła. Może kiedyś tak będzie. Dzieci rodzą kobiety. To, co robi medycyna, to tylko naprawia to, co gdzieś ta natura w danym przypadku stworzyła niedoskonałe.
A mówiąc o terapii, to uważam, że pod każdym względem w służbie zdrowia kuleje pomoc psychologiczna i psychiatryczna. Kobiety w endometriozie nie mają takiej pomocy. Kobieta w połogu nie ma takiej pomocy. To, że na oddział raz przyjdzie psycholog, to umówmy się, to nie jest realna pomoc. Uważam, że w całej procedurze leczenia niepłodności, pomoc psychologa powinna być intensywna w stosunku do całego procesu. Niestety wciąż tego brakuje.

Poruszyłaś bardzo ważny temat, a mianowicie braku pomocy psychologicznej kobietom. Często słyszymy o sytuacjach, kiedy kobieta po poronieniu leży na wspólnej sali z kobietą, która właśnie została mamą. To są wręcz niewyobrażalne sytuacje i nikt nie myśli o tym, co taka kobieta czuje.

P.S.: Jakiś czas temu czytałam wywiad z lekarzem, który powiedział, że ciężko do nich mieć pretensje, bo ich nikt nie szkoli psychologicznie. Oczywiście, nie mam pretensji. Wiadomo, że niektórzy mogliby być bardziej empatyczni. Mnie też się zdarzyło, że lekarz powiedział mi, że prawdopodobnie nie będę mogła mieć dzieci. Powiedział to takim tonem, że poczułam, jakby powiedział, że nie jestem w pełni kobietą. Innym razem pamiętam, że po badaniach lekarz powiedział, że ta macica jest w tak beznadziejnym stanie, że nie ma różnicy czy zarodek trafi do macicy czy do kieszeni, bo efekt będzie ten sam. Wiadomo, że to jest straszne, ale ja sobie zawsze tłumaczę, że to też są ludzie. Brakuje dodatkowego ogniwa w postaci psychologów i psychoterapeutów, którzy odciążą lekarzy.

Na koniec naszej rozmowy, chciałam porozmawiać o poczuciu winy w leczeniu niepłodności. Pisałaś o tym w jednym z ostatnich swoich wpisów. Dlaczego kobiety powiem wprost: obwiniają się o to, że nie udaje im się zostać matkami?

P.S.: To jest niestety naturalne. Odczuwamy poczucie porażki, mamy poczucie winy, że jesteśmy wybrakowane, w głowie pojawiają się pytania: „dlaczego ja?”, „co ja zrobiłam złego, że mnie to spotkało?” Tak samo miałam z endometriozą, a w staraniu się o dziecko jest to nasilone. Chciałabym się tak nie przejmować i nie czuć się winna, że zrobiłam coś złego, że się tym razem nie udało, no ale się nie da. Tak jesteśmy skonstruowane. Rozmawiając z innymi kobietami, one mi mówią, że też mają podobnie. Chcąc nie chcąc bierzemy to na siebie.

Dziękuję Ci za rozmowę.