Chciałam Ci podwójnie pogratulować – ciąży i singla, bo to też takie twoje dziecko. Nie bałaś się tego, że informacja o tym, że zostaniesz matką, przyćmi wielkie wydarzenie, jakim była premiera video do singla „Pull me up”?

Nie, w ogóle! Ja jestem tak szczęśliwa z mężem i jego córkami. Dlaczego miałabym nie podzielić się tak radosną wiadomością? Poza tym jestem nauczona, ze nasze życie rodzinne splecione jest z życiem zawodowym – to dla mnie zupełnie naturalne. Jestem osobą, która zaprasza ludzi do swojego życia osobistego, co widać choćby po moich mediach społecznościowych. 

„Pull me up” ma w sobie jakąś inną delikatność – to przypadek?

Na pomysł teledysku do „Pull me up” wpadłam dokładnie 4 miesiące temu – już wtedy wiedziałam, że chce je zrobić kompletnie o miłości. Mimo że nie wiedziałam, że jestem w ciąży, byłam tą miłością wszech ogarnięta. Nie miałam pojęcia skąd ta energia się we mnie bierze. Wydaje mi się, że sam pomysł na to video musiał się zrodzić z jakiejś energii, którą wtedy miałam. Od początku wiedziałam, że chce napisać coś zupełnie innego – delikatnego, skupić się na pozytywnych aspektach relacji międzyludzkich. Teraz już wiem, dlaczego wybrałam ten singiel.

W tym teledysku zapraszasz do swojej najpiękniejszej definicji miłości – różnorodnej, subtelnej. To taki prztyczek w nos dla niektórych polityków? A wiem, że jesteś czujnym obserwatorem tego, co dzieje się w Polsce.

Ciekawe jest to, że gdy zaczynałam karierę z singlem „City of my dreams”, w teledysku kręconym w Nowym Jorku opowiadałam o homoseksualnej utopii i to video mogłoby budzić jakieś kontrowersje. A tak się nie stało. To jest niesamowite jak czasy się zmieniły. Gdy udzielam wywiadów w Berlinie, to stykam się pytaniami „dlaczego ja jeszcze walczę o prawa mniejszości?”, „komu to potrzebne w dzisiejszych czasach?”. 

Co wtedy odpowiadasz?

Odpowiadam, że może i mieszkamy w tym „wolnym mieście Berlin”, ale 80 km stąd, ludzie nie mają podstawowych praw, mniejszości są pozbawiane godności. To się naprawdę dzieje! Ja byłam wychowywana w otwartym, tolerancyjnym domu i nie wyobrażam sobie, że wykluczam jakieś kogokolwiek. Wsparcie środowiska LGBTQ + to dla mnie bardzo ważny aspekt mojej twórczości. Nie wyobrażam sobie, że ktoś nie respektuje tej misji w mojej sztuce.

Zobacz teledysk Mary Komasy - "Pull me up":

Zawsze byłaś buntowniczką?

Ja nigdy nie musiałam nazywać tego, co robię, definiować się. To, co się dziś dzieje, jest dla mnie przerażające. To pokazuje, jak bardzo byliśmy naiwni myśląc, że ta wolność jest nam dana raz na zawsze. Jestem rozczarowana moim pokoleniem. Wyrośliśmy na boomie kapitalistycznym, happy mealach i myśleliśmy, że cała praca została za nas wykonana. Czerpaliśmy z wolności, ale nie braliśmy za nią odpowiedzialności. Gdybyśmy te 10 lat temu potraktowali siebie i wybory poważnie, może nie byłoby tej sytuacji, jaka jest teraz w Polsce. Nie zwalam winy na innych. Pamiętam, że zmuszenie mnie do pójścia na wybory, gdy byłam 20-latką graniczyło z cudem. To była dla mnie abstrakcja.

Wyobrażasz sobie, że dziś wychowujesz swoje dziecko w Polsce?

Myśleliśmy z mężem o przeprowadzce. Znaleźliśmy nawet idealne mieszkanie, ale w sytuacji, gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, wycofaliśmy się z tej decyzji. Nie ma takiej szansy, że prowadziłabym ciążę w Polsce – zwyczajnie ze strachu. I ja wiem, że może teraz generalizuję, że mnóstwo rodzin powie, że przesadzam, ale ja się po prostu boję. Kocham Polskę, ale na razie za bardzo mnie stresuje to, co tam się dzieje.

To rzadko spotykane w polskim artystycznym środowisku stanowisko – twoja otwartość i szczerość, brak drogi na skróty czy kompromisy. Nie boisz się, że w niektórych kręgach zostaniesz takim „wrogiem publicznym” jak Olga Tokarczuk? Choć trochę już ci tego zazdroszczę…

Cudowne towarzystwo!  Po wyroku zakazu aborcji w Polsce, chodziłam z mężem na protesty pod dom Julii Przyłębskiej, który to znajduje się, o ironio!, w tym „lewackim, okropnym Berlinie”. W momencie, gdy podpisywała wyrok TK, nie ponosiła żadnych konsekwencji strajków w Polsce, nie spojrzała żadnej Polce w oczy, tylko siedziała w jednej z najbogatszych dzielnic Berlina. Byliśmy tam wyzywani od terrorystów – czy ja się tego boję? Moja rodzina jest na celowniku od wielu lat. Ale artyści, których ja cenię, są odważni i nie boją się mówić tego, co czują, zabierają głos, jeśli mają taką możliwość. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym milczeć, gdy komuś dzieje się krzywda. 

Czy myślisz, że bycie mamą, zmieni cię jako artystkę? 

Jestem tego bardzo ciekawa. Mimo że mam wizerunek osoby bardzo wyzwolonej, „lewaczki”, to my żyjemy w bardzo spokojny i tradycyjny sposób. Wyszłam za mąż jako 23-latka. Musiałam przeskoczyć kilka etapów bardzo szybko - w wieku 36 lat mam już odchowane 20-latki, córki męża. Teraz czuję się bardzo spokojna i szczęśliwa. Tego spokoju w moim zawodzie jest zawsze za mało, ale czy to mnie zmieni – nie wiem. Moim wzorcem macierzyństwa jest moja mama, która miała nas czworo, ale zawsze dbała też o swój rozwój i to mi się w niej bardzo podobało. Macierzyństwo tylko dodało jej siły. Jedno jest pewne – niczego sobie nie odmawiam - pozwałam sobie na wszystko.

Przed tobą teraz wspaniały czas, ale wróćmy jeszcze na chwilę do tych gorszych wspomnień. Wielokrotnie opowiadałaś w wywiadach o endometriozie, która często jest jednoznacznym wyrokiem dla kobiety. Co czuję kobieta, która chce zostać matką, a która słyszy „nigdy nie zostaniesz matką”?

To były różne emocje. Ja dowiedziałam się o endometriozie jak miałam 23 lata i w ogóle nie rozumiałam, czym jest ta choroba. Myślałam, że to coś, co minie. Przeszłam pierwszą operację, potem terapię lekiem hormonalnym Vissane i życie wróciło do jakiejś normy. Ale gdy byłam 20-latką, miałam zupełnie inną perspektywę – wtedy wydaje ci się, że masz jeszcze mnóstwo czasu, by zajść w ciążę. My staraliśmy się przez 13 lat, przez które testowałam różne terapie i które pomagały mi na funkcjonowanie bez tej choroby.

Dodajmy, że bardzo bolesnej choroby.

Absolutnie. To choroba, która nie tylko wpływa na ból fizyczny, ale za nim idzie obciążenie psychiczne. Było mi momentami bardzo ciężko. Moja rodzina i znajomi wiedzieli, co się ze mną dzieje i wspierali mnie w walce z tą chorobą. A ja całe życie musiałam jej podporządkować - przestrzegać diety, ćwiczyć, chodzić na terapie. Dodatkowo z tyłu głowy słyszysz ten tykający zegar, gdy przekraczasz 30-stkę. I myślisz, że to już przestaje być magiczne myślenie. Przy endometriozie lekarze nie mówią absolutnie „nie”, ale zajście w ciążę jest na pewno utrudnione. Zaczynasz kombinować. Przestajesz się już dzielić tym wewnętrznym dialogiem, który prowadzisz w głowie. Uznajesz, że nie potrzebujesz pomocy, a na pytanie o ciążę odpowiadasz, że „jest ok”. Myślisz, że jesteś silna i dasz sobie radę, ale zaczynasz się bać, czy macierzyństwo nie jest już dla ciebie zamkniętym rozdziałem? Przyznam, że planowaliśmy już nawet in vitro we wrześniu. 

Zawsze zastanawiałam się, jak to możliwe, że jesteś tak aktywna, żyjąc z takim bólem, z taką chorobą.

Fizycznie było mi bardzo źle – zaciskałam zęby, jak większość kobiet z endometriozą. Byłoby mi dużo łatwiej, gdyby ludzie dookoła wiedzieli, czym jest ta choroba. Nie musiałabym tłumaczyć tego, co się ze mną dzieje. Ale jak inni zaczynają kwestionować to, co czujesz, to jest moment, gdy opadają ci ręce z bezsilności. Dlaczego mam się tłumaczyć z tego, na co nie mam wpływu? Zapytałaś mnie dlaczego powiedziałam o swojej ciąży – dlatego, że ja wiedziałam, że na ten temat będzie szum medialny i to spowoduje, że każdy dziennikarz będzie musiał odmienić słowo „endometrioza” przez wszystkie przypadki, gdy będzie pisał o mojej ciąży. To było coś, co było dla mnie bardzo ważne – by dać kobietom nadzieje. Żeby mnóstwo osób napisało o endometriozie, bo nadal mówi się o niej za mało. A 1 na 10 kobiet cierpi na tę chorobę - to ogromna liczba kobiet na całym świecie, które zmagają się z różnymi stopniami tej choroby. 

Wiele naszych czytelniczek mówi o bagatelizowaniu tego problemu, często słyszą: „a to taka babska przypadłość?”, „znowu ma humorki”, „pewnie ma okres”.

Jakieś 2 miesiące temu próbowano przepchnąć w Sejmie ustawę na finansowanie zabiegu laparoskopowego w leczeniu endometriozy, niestety nie przeszła. A na świecie jest masa kobiet, młodych dziewczyn, które cierpią i nie mają postawionej diagnozy. 

Z czym ty musiałaś się zmagać na co dzień?

Mój okres był tak nieprzewidywalny, że zawsze miałam ze sobą bluzę, którą przewiązywałam się w pasie, ubranie na zmianę w plecaku. Źle się czułam, miałam takie bóle, które wyłączały mnie z normalnego funkcjonowania, praktycznie musiałam leżeć. To było uczucie, jakby ktoś kroił mnie na żywca jakimś ostrym narzędziem. Wyobraź sobie, że musisz stanąć na scenie i śpiewać – to było bardzo trudne.

Ta choroba nieleczona, może prowadzić również do depresji.

Miałam wiele momentów, w których siebie nie poznawałam. Czasem myślę o tych kobietach, które kilkadziesiąt, kilkanaście lat temu cierpiały na tę chorobę, kiedy już zupełnie nikt nie mówił o niej, kiedy nawet nie miała nazwy. Podejrzewa się, że np. Audrey Hepburn cierpiały na tę chorobę. A depresja Marylin Monroe była spowodowana właśnie endometriozą. Bardzo dużo szukam, śledzę nowinki na temat tej choroby.

Nie zamknęłaś jeszcze tego rozdziału?

Nie, zupełnie nie. Kiedyś się mówiło, że to mija, gdy się zajdzie w ciążę, ale to mit. Ja się szykuję, że ta choroba może w każdym momencie wrócić. Boję się tego momentu. Moje ciało mnie zawiodło w tylu momentach życiowych, że straciłam do niego zaufanie. Jestem cały czas bardzo czujna. 

Czy były takie momenty, gdy musiałaś z czegoś zrezygnować przez chorobę?

Oczywiście, że tak. Jestem perfekcjonistką – starałam się wykonywać swoje zadania najlepiej jak to możliwe, co później przekładało się na to, że długo dochodziłam do siebie. Zdarzało się, że nie mogłam się pokazać na nagraniach w studio, bo tak źle się czułam. To bardzo indywidualna sprawa. Każda cierpiąca na "endo" kobieta uczy się dostrajać życie do choroby. Planowałam wszystko z kalendarzem w ręku, a choroba nadal potrafiła mnie zaskoczyć. Nie zawsze się udawało – musiałam z wielu rzeczy rezygnować.

Ten ból, ten mrok, ten smutek przekładał się trochę na twoją muzykę?

Trudno powiedzieć, dlatego że ja od zawsze żyłam z tą chorobą. Może to, że mówię o niej otwarcie, sprawiło, że nie zakładam masek, jestem uczciwa, odsłaniam się przed ludźmi. Może stąd też moje piosenki są tak bardzo osobiste.

Jesteś urodzoną aktywistką.

To była przemyślana rzecz. Wiesz, ile dostałam wiadomości od kobiet z podziękowaniami, że się podzieliłam tą informacja. Ja jestem wdzięczna dziennikarzom, że mogłam spełnić swoje poczucie misji. Choroba nie jest wdzięcznym tematem, a w tym kontekście można o niej pisać w pozytywnym kontekście. 

„Pull me up” napełnia totalnie spokojem – tak jakby ciężar spadł ci z ramion.

Wiedziałam od początku, że ta piosenka ma się kojarzyć z czymś lekkim, kolorem różowym, palącym wakacyjnym słońcem. Za namową brata wróciłam też do śpiewu operowego. Nigdy nie napisałam takiej piosenki. To była czysta intuicja. „Pull me up” to zapowiedź tego, co wydarzy się na płycie. Odzyskałam pełnię swojego głosu. Stanęła za mną armię kobiet.