Twoje imię jest absolutnie nietypowe. I choć widząc je za pierwszym razem, człowiek odruchowo czyta Mariola, to Mariolą nie jesteś. Jak to się stało?

Miriola Dzik: Tak, nazywam się Miriola. Jak to się stało? Czasami trafiają się rodzice, którzy płatają ci figla na całe życie. Ojciec Mirosław, mama Jolanta, od każdego po komórce imienia i tak powstała Miriola. Człowiek z literówką. A potem jeszcze dodatkowo miłość trochę z ciebie drwi (mąż Dzik). I tak właśnie zostałam Miriolą Dzik, co brzmi trochę jak Baltazar Gąbka. Życia jest ciężka, jak mówi nasz znajomy Włoch (śmiech).

Oprócz Mirioli, jesteś jednak także KURĄ.

Tak, w życiu rodzinnym i wirtualnym jestem Kurą. Moja rysunkowa strona KURA ma całkiem sporo czytelników. Miód na moje kurze serce. KU RAdości - to rozwikłanie nazwy.

A jak zaczęła się Twoja przygoda z rysowaniem? Skąd wziął się pomysł na opisywanie rzeczywistości za pomocą rysunków?

Zawsze lubiłam rysować, ale nie zawsze umiałam. Najchętniej małe rysunki - historyjki. Najczęściej w kalendarzu mojej przyjaciółki Agnieszki. Taki własny pamiętnik z różnych podróży w niewłasnym kalendarzu. Lubię oglądać twórczość innych, obserwować jak rysują. Staram się czegoś od nich nauczyć. Byłam na kilku kursach rysunkowych. Najważniejsza wskazówka, którą wyniosłam z tych kursów to "nie siedź nad białą kartka, po prostu zacznij rysować, i rób tak codziennie". Staram się. A z rysowaniem jest trochę jak z życiem. Nic samo nie przyjdzie. Teraz, po kilku latach skrobania po białej kartce, moje ulubione zajęcie stało się moją pracą. Częściowo również dzięki mojemu mężowi, którym sam jest więźniem na etacie. Co daje nam poczucie bezpieczeństwa, a mi swobodę rysowania.

Twoje rysunki traktują często o kobiecych tematach, ale z dużym przymrużeniem oka. Jak postrzegasz rolę kobiety w dzisiejszych czasach? Jakich kobiet chciałabyś widzieć więcej?

Większość rysunków ma w sobie element autobiograficzny, stad wątek kobiecy. Kobiety, które znam, to interesujące, odważne i pewne siebie osoby. Cieszę się, że w dzisiejszych czasach możemy być kim chcemy. Ograniczenia na ogół pochodzą od nas samych. 

Mieszkam w Monachium. Mam dwie córki - 12 i 8 lat. Jedna z nich chodzi już do szkoły średniej (szkoła podstawowa trwa w Niemczech 4 lata). Cieszę się niezwykle, że w jej szkole (to katolicka szkoła żeńska) uczennice motywowane są do działania, wiary we własne siły, odwagi, do brania życia w we własne ręce. Wynoszą ze szkoły przekonanie, że oprócz talentu, liczy się wytrwałość i praca, ale też, że życie jest niezwykle ciekawe, a jego odkrywanie może sprawiać mnóstwo radości. Czasami chciałabym znowu wrócić do takiej szkoły, żeby sobie o tym wszystkim przypomnieć.

Przygotowując się do tej rozmowy, oglądałam Twoje rysunki Facebooku. Gdy je przeglądałam, pomyślałam, że z wielu wybrzmiewają zakazy, nakazy, to jak powinnyśmy wyglądać, co powinnyśmy robić. Jak sobie radzisz z tą presją „bycia taką lub siaką”?

Nie radzę sobie (śmiech). Nieustannie wydaje mi się, że jestem za gruba, za głupia, za smutna, za mało odważna. Rysunki pozwalają mi samej popukać się w głowę. 

Domyślam się, że jako kobieta i mama pracująca nie masz wiele wolnego czasu. Jak ładujesz akumulatory? Jakie są Twoje sposoby na regenerację?

Może Cię zaskoczę, ale udaje mi się znaleźć sporo wolnego czasu, głównie dzięki mojemu mężowi. Dużo czasu spędzam z córkami. Już o godzinie 14 obie są w domu, starsza nawet wcześniej. Dużo gotuję (co widać), często gramy w gry planszowe, czytamy, oglądamy filmy, rozmawiamy. Wszędzie jeździmy na rowerze. Tak naprawdę mam ten luksus, że robię to co lubię. Prawie codziennie spotykam się z koleżankami, zawsze rysuję. Od wiosny do jesieni gramy rodzinnie, kilka razy w tygodniu, w tenisa. Dużo jeździmy na wycieczki, w góry lub nad jeziora. Hmm… właśnie sobie uzmysłowiłam, jakie mam przyjemne życie (śmiech).

To czego Ci w takim razie można życzyć w 2019 roku?

Zdrowia, a poza tym, żeby mój mąż i dzieci byli szczęśliwi. I jeszcze jakiejś ciekawej wspólnej podróży. W zeszłym roku spędziliśmy cudowny czas na polu namiotowym na wydmach, nad morzem północnym w Danii, w Jutlandii. To był raj. Raju nigdy dosyć.

Zatem - zdrowia, szczęścia i rajskiego samopoczucia!