Słyszałaś / słyszałeś o alienacji rodzicielskiej? Z pewnością wielu z Was powie, że nie, ale czy masz wokół siebie - w swojej rodzinie, wśród znajomych, kogoś, kto nie może widywać się ze swoimi dziećmi po rozwodzie? Jestem pewna, że wielu z Was odpowie twierdząco. W obliczu plagi rozwodów alienacja rodzicielska, czyli uniemożliwianie kontaktu z dzieckiem drugiemu rodzicowi to standard. W większości przypadków rodzicem alienującym jest mama, która pełni opiekę nad dziećmi, choć oczywiście zdarzają się też sytuacje odwrotne. Właśnie o tym rozmawiam z Rafałem Rynkiewiczem, tatą trzech chłopców, który praktycznie stracił kontakt z dwoma starszymi synami.

"Dzień Ojca"

Aleksandra Nagel – Kobieta.pl: Zanim zaczniemy mówić o alienacji rodzicielskiej i tym przez, co przechodzisz, opowiedz mi trochę o sobie. Kim Ty Rafał jesteś?
Rafał Rynkiewicz: Takie typowe przedstawienie się kojarzy mi się niestety z sądem, ale rozumiem tę potrzebę. Cóż mogę powiedzieć o sobie? Mam 36 lat. Jestem informatykiem. Mieszkam w okolicach Warszawy. Jednak w kontekście naszej rozmowy najważniejsze jest to, że mam trzech synów. Najstarszy Piotruś ma 11 lat. Kuba w Dzień Ojca kończy 10 lat. Najmłodszy Tomuś ma 2 latka i jego na szczęście problem alienacji nie dotyczy.


Masz obecnie jakikolwiek kontakt ze starszymi synami?
Ostatni raz, kiedy widziałem się z nimi tak „normalnie” był 8 lipca 2018 roku. Za moment będą trzy lata, jak nie mam z nimi praktycznie żadnego kontaktu. Tutaj gwiazdka z jednym wyrachowanym wyjątkiem: widziałem się z nimi w sierpniu zeszłego roku przez cztery kolejne weekendy. To był jedyny ale też znaczący wyjątek w tym 3-letnim okresie alienacji. Można powiedzieć, że jedyny kontakt, jaki mam z moimi chłopcami, jest przez dziennik elektroniczny w szkole. Wiem, że żyją, chodzą do szkoły, dostają oceny. Jak jeszcze nie było pandemii, mogłem pójść do szkoły i porozmawiać z nauczycielkami o chłopcach. Dowiedzieć się czegokolwiek. Tyle. Czasem zobaczę synów na jakimś zdjęciu, które ktoś ze znajomych podrzuci mi po kryjomu z profilu mojej byłej żony.


Dlaczego to wszystko tak wygląda?
Zacznę może od początku. Mam pełnię władzy rodzicielskiej. Zgodnie z prawem ja i moja była żona jesteśmy rodzicami na równi. Mimo to, moje kontakty z synami są bardzo ograniczone. Nie znoszę mówić „kontakty z synami”, bo to brzmi jak widzenie w więzieniu, choć w więzieniu moim zdaniem jest łatwiej o spotkanie niż obecnie z moimi synami.


Co więc się stało?

Niestety prawo w Polsce jest takie, że rodzic, który ignoruje i nie realizuje wyroku sądu może to bezkarnie robić przez czas liczony w latach… Za chwilę miną trzy lata, odkąd z nimi się widziałem normalnie. Być może dopiero teraz pojawią się pierwsze sądowe konsekwencje takiego działania mojej żony. Ja i moi synowie straciliśmy trzy lata.

Rafał ze swoim najstarszym synem Piotrusiem w sierpniu 2017 roku / archiwum prywatne

ZOBACZ TEŻ:

Rozwód - walka o wszystko


Czy spodziewałeś się tego, gdy podejmowałeś decyzję o rozwodzie?
Przed rozwodem spodziewałem się, że mogą być tego typu problemy, ale też zakładem logicznie, że po jakimś czasie te emocje ostygną i będziemy mogli rozmawiać. Liczyłem na to. Okazało się jednak inaczej. Wielokrotnie ludzie radzili mi: „To niech pan idzie do sądu”, bo przecież są mechanizmy, które to wszystko regulują. Dopiero, gdy sam wchodzisz w temat, dowiadujesz się, jak nieidealne są te mechanizmy i te nieidealne mechanizmy dotyczą coraz większej liczby osób, coraz większej liczby rozbitych rodzin.


To wydaje się logiczne, skoro mamy coraz więcej rozwodów. Tymczasem w tym wszystkim dziecko to nie jest majątek, który łatwo podzielić. To żywy człowiek…
Musimy zrozumieć, że rozwód dla każdego dziecka jest traumą. Jego świat się wali jak domek z kart.


To będzie pytanie prosto z mostu: rozstaliście się przez Ciebie?
Tak, to ja chciałem rozwodu. Mogę śmiało powiedzieć, że nie jestem idealny. Przyznaję się do tego uczciwie.


Czy pomyślałeś, że to wszystko, co Ciebie spotkało to rodzaj zemsty? Przepraszam za to sformułowanie, które brzmi jak dialog z brazylijskiej telenoweli, ale czuję, że jest coś na rzeczy…
Myślę, że tu należy mówić o dwóch etapach. Na początku myślę, że mogła być to forma zemsty. Moim zdaniem często tak jest. Tylko to jest początek. Dalej nie jestem przekonany, czy to jest zemsta.


To co jest dalej?
To jest bardzo złożony problem. Całe nieszczęście zaczyna się już w momencie samego rozwodu. W Polsce rozwód może być procesem bez orzekania o winie, ale często tak nie jest. Ja co prawda rozwiodłem się już na pierwszej rozprawie i bez orzekania o winie którejkolwiek ze stron, ale doświadczyłem na własnej skórze, jak to wszystko działa. Moim zdaniem nasze państwo motywuje ludzi do tego, by podczas rozwodu ze sobą walczyli. Sugerują, żebyśmy nie rozstali się po prostu, tylko szukali winnego i zaczęli walczyć. Niestety podczas rozprawy rozwodowej wyciąga się przeciw tej drugiej stronie wszystko, co tylko się da. Adwokaci też motywują do walki. Tutaj też zaczyna się zranienie, chęć zemsty i wyciąganie „ciężkich dział” przeciwko sobie. Zaczyna się wojna niestety bardzo często motywowana z zewnątrz.


Czyli małżeństwo, które się rozstaje, otrzymuje od państwa dodatkowe impulsy, by ze sobą walczyć?
Dokładnie. Wchodzisz do sądu w miarę nieskłócony, ale w czasie rozwodu jesteś tak zmotywowany do walki, że wychodzisz z sali sądowej z bardzo dużym pokładem złej energii. Wtedy pojawia się ta chęć zemsty.
Później moim zdaniem chodzi niestety o pieniądze. Prawda jest taka, że za dzieckiem idą pieniądze. Mamy 500 plus. Mamy alimenty. To jest duży zastrzyk gotówki i jest ona ważna dla mamy moich dzieci.


Myślę, że dla każdego pieniądze są w jakimś sensie ważne, ale przyznam szczerze, że tej motywacji nie rozumiem. Gdybym chciała funkcjonować w ten sposób, że myślę o dzieciach również w kontekście comiesięcznego dużego dopływu gotówki, to by mi nawet zależało, by ten ojciec miał kontakt z dziećmi i by chętnie płacił te alimenty. Nie jest tak?
Nie do końca. Musisz zrozumieć kontekst. Miałem wyśmienite relacje z moimi chłopcami. Wracałem z pracy. Witali mnie w drzwiach i we trzech bawiliśmy się po męsku do upadłego. Myślę, że moja była żona się tego trochę boi, bo jeżeli chłopcy będą mieli ze mną świetny kontakt, to może się wydarzyć, że będą chcieli być ze mną. Więc bezpiecznej jest, kiedy nie mają żadnego kontaktu z ojcem. Oczywiście to są moje domysły, bo przecież nikt nie powie tego na głos, ale podejrzewam, że może być to powód, dla którego nie widuję moich synów.


Jeśli ten powód jest prawdziwy, to jest to jeszcze bardziej tragiczne. Jestem kobietą i matką i trochę rozmawiamy jak matka i ojciec. Ja w pewnym sensie rozumiem ten strach Twojej byłej żony. Być może w niej jest takie zranienie i ból: „Straciłam męża, a zaraz mogę stracić też dzieci”?
Być może, ale to jest myślenie toksyczne. Moja była żona jest osobą, dla której cały świat zawsze kręcił się wokół dzieci i wokół męża. Ona nie miała i wciąż chyba nie ma takiej przestrzeni tylko dla siebie. Wciąż żyje życiem innych. Rozwód z pewnością pogłębił ten stan.


Jeśli ona nie jest pewną siebie, dojrzałą emocjonalnie kobietą, a jej wartość zależy od męża i od dzieci, to jest możliwe, że chce trzymać je jak najbliżej siebie… Ona ma w sobie sporo strachu. Ona nie ufa.
Ja rozumiem, ale wiesz, jeśli te emocje nakręca jeszcze prawnik, nakręca państwo polskie, zamiast wspierać, to co się dzieje? Dzieci tracą ojca, a życie ich matki zaczyna kręcić się wokół tego konfliktu. Moja żona miała na przykład na początku taką „zabawę”, że przedstawiała sytuację lekko wypaczoną wszystkim naszym wspólnym znajomym. Prowadziła sobie nawet licznik, ile osób usunęło mnie ze znajomych na Facebooku. Konflikt urasta do takiego momentu, że potem, nawet jeśli taka osoba alienująca miałaby jakiś przebłysk, to głupio się przecież wycofać…

Rafał ze swoim najmłodszym synkiem / archiwum prywatne

PRZECZYTAJ TEŻ:

Rozwód a dzieci


W tym wszystkim są dzieci – dwoje chłopaków, którzy – jak wynika z wielu mądrych książek o wychowaniu – potrzebują zarówno mamy, jak i taty.
Ja po prostu mam świadomość, jak moi chłopcy muszą to przeżywać, jak to musi na nich działać, jaki mają konflikt wewnętrzny. To jest bardzo dobrze pokazane na tym filmie Fundacji Kocham Cię Tato. To ich niszczy od środka – wiem to i jestem bezsilny. To cholernie boli – masz świadomość, że dziecko ma pranie mózgu i nic nie możesz z tym zrobić.


Skąd wiesz, że mają pranie mózgu?
Jeśli moja była żona mówi chłopcom, że ich porwę, albo że przyjadę i zabiję ich dziadka, to mi serca pęka. Gdy miałem zobaczyć ich w sierpniu zeszłego roku, to powiem szczerze, że bardzo się obawiałem, jak to będzie. To było dwa lata po tym, jak praktycznie się nie widzieliśmy. Wiedziałem, że mieli pranie mózgu. Czytałem o sytuacjach, gdzie dziecko jest alienowane od jednego rodzica i potem widzi tatę po drugiej stronie ulicy i zaczyna uciekać, bo boi się, że go zamorduje. W ten pierwszy weekend chłopcy byli tacy, jakby kij połknęli, ale potem na szczęście się wyluzowali.


Płakałeś wtedy?
Oczywiście. Na to nie ma siły. Wciąż zdarza mi się ryczeć. Nawet teraz, gdy wysyłałem tobie ten kilkuminutowy spot o alienacji rodzicielskiej, nigdy nie byłem w stanie obejrzeć go do końca, żeby nie zalać się łzami. Wiesz, przy chłopakach zawsze się trzymam. To jest coś takiego, że rozrywa cię od środka, ale na zewnątrz nie chcesz tego pokazać.

Alienacja rodzicielska


Mówisz, że alienacja rodzicielska to temat tabu, o którym niewiele mówi się w Polsce. Jaka jest skala tego problemu? Jak na to patrzysz i jak na to patrzą instytucje?
O statystykach ciężko mówić, bo nikt takich oficjalnie nie prowadzi, ale ja wiem, że skala tego problemu jest ogromna. Przykład? Podzieliłem się moją historią z kolegami w pracy. Okazało się, że na sześć osób w moim zespole dwie osoby znają ten problem, bo mają taką sytuację w rodzinie lub wśród znajomych. Wiele osób wie, że jestem związany z tym tematem i przychodzą do mnie po radę. Nie tylko mężczyźni, ale też kobiety, które również doświadczają alienacji rodzicielskiej, jeśli dzieci nie są z nimi.
Co do samych instytucji, na szczęście zazwyczaj funkcjonariusze policji, którzy się zjawiają, są rozsądni i są w temacie, ale po prostu nic nie mogą. W najlepszym wypadku mogą pouczyć rodzica, który nie realizuje kontaktu, żeby zmienił swoje postępowanie. Niestety mają rolę wyłącznie kronikarzy, która przydaje się ewentualnie na potrzeby sądu.
Dużym problemem są szkoły i przedszkola. Tu naprawdę można byłoby coś zrobić, a niestety nic się nie dzieje. Wygodniej jest ignorować problem, nie widząc w tym dziecka. „Rodzice mają konflikt, my się w to nie wtrącamy”. A przecież nauczyciel czy dyrekcja pewne działania mogliby wykonać – poinformować sąd czy wydział rodzinny, że coś się dzieje. Czasami mogłaby coś zmienić nawet rozmowa z rodzicem, który alienuje dziecko. Tymczasem szkoła zamyka na to oczy.


Być może szkoła mogłaby być czymś w rodzaju neutralizatora i bufora bezpieczeństwa. Tylko niestety ma wiele własnych problemów. A jak Ty wyobrażasz sobie taką pomoc szkoły?
Ja nie oczekuję zbyt wiele, ale jeśli szkoła nie chce nawet porozmawiać z mamą moich chłopców, to coś jest nie tak. Dyrektor nie zareagował nawet, gdy prosiłem, by chłopcy poszli do psychologa.
Słyszałem kiedyś o bardzo kreatywnej akcji, która miała miejsce w części szkół. Akcja polegała na tym, że rodzice czytają dzieciom. Rodzic ma szansę przyjść do klasy i poczytać bajki dzieciom, a w moim przypadku to jest jedyna możliwość, by zobaczyć swoje dziecko. To jest jakiś pomysł.
Zależy mi bardzo, by nauczyciele przestali unikać tematu, ale spojrzeli na wszystko przez pryzmat nie konfliktu rodziców, a potrzeb dziecka. W każdej szkole ten rozwód gdzieś jest jako temat, bo uczniowie tego doświadczają. Może raz na dwa lata szkoła mogłaby zrobić jakieś spotkanie z rodzicami, jakieś warsztaty z hasłem „Rodzice nie krzywdźcie swoich dzieci”. Dlaczego tak niewiele mówi się o tym w szkołach?

Koniec roku szkolnego


Zbliża się koniec roku szkolnego. Masz szansę zobaczyć swoje dzieci?
Rzeczywiście takie wydarzenie to jeden z niewielu momentów, kiedy mogę zobaczyć swoich chłopców. Opowiem o zakończeniu roku szkolnego sprzed 12 miesięcy. Przyszedłem, by przynajmniej zobaczyć moich chłopaków z daleka. Ich matka, jak zobaczyła, że jestem gdzieś w tłumie rodziców, wzięła ich za ręce i zaczęła wyciągać ich z sali. Ciągnęła za te ręce jak kozę na powrozie przez tłum dorosłych. Uciekła przez drzwi awaryjne i dzieci nawet nie poszły na rozdanie świadectw. Tak to wygląda.


Brzmi to przerażająco i w sumie w takiej sytuacji nauczyciel powinien zareagować. Myślę sobie o Twojej historii i zastanawiam się, co Ty jako doświadczony już ojciec alienowany możesz powiedzieć tym, którzy dopiero zaczynają tę walkę?
Jedna rzecz, z której trzeba sobie zdać sprawę już na samym początku, żeby zaoszczędzić sobie nerwów, to że absolutnie wszystko zostanie użyte przeciwko alienowanemu rodzicowi. Podam przykład: prezenty. Jeśli chciałbym przekazać mojemu dziecku prezent przez nauczyciela z okazji Gwiazdki czy urodzin, to jeśli ten prezent będzie drobny, ta druga strona powie, że jestem sknerą, która nie chce dawać na synów pieniędzy. Jeśli dam drogi prezent, to powie, że chce dziecko przekupić. Jak nie dam prezentu, to też źle. Będzie tak z każdą rzeczą i każdą sytuacją i trzeba się na to przygotować.
Niektórzy mówią, że w ogóle droga sądowa nie ma sensu. Wtedy niestety ta alienacja się wzmacnia, bo dziecko staje się narzędziem w walce. Im więcej będziesz chcieć w sądzie uzyskać, tym większe pranie mózgu będzie miało dziecko.


A Ty jak sądzisz. Warto walczyć o dzieci w sądzie?
Ja sądzę, że w moim przypadku na tyle daleko to zaszło, że gorzej być nie może i sąd jest moją ostatnią deską ratunku. Ja traktuję to jako walkę o przyszłość moich chłopców. Bo to, co się dzieje, to nie jest tylko teraz. To będzie miało wpływ na całe ich życie. Jest tylko jedno narzędzie, które może mieć realny wpływ, jeżeli rodzic alienujący się nie opamięta. Jedyny finalny sposób to jest zmiana miejsca pobytu dzieci ustalona przez sąd. To jedyny skuteczny mechanizm.


Wtedy dzieci trafiają pod Twoją opiekę, a co z matką?
Wtedy są na co dzień ze mną i ze mną mieszkają, a drugi rodzic stopniowo powinien mieć wprowadzane regularne kontakty z dzieckiem. Nie od razu, bo miał na tyle toksyczny wpływ na dzieci, że to wymaga czasu. Tu ważne jest, by odbudowana została relacja z drugim rodzicem.


Być może to jest właśnie moment, którego Twoja była żona najbardziej się boi…
Możliwe, ale z drugiej strony swoim postępowaniem robi wszystko, by ułatwić sądom tę decyzję. Ponieważ absolutnie ignoruje jakiekolwiek postanowienia, pouczenia sądu i wyroki. Ma na piśmie, że robi tym krzywdę dzieciom.


Mówisz, że walczyć o przyszłość swoich dzieci. Z pewnością wiele na ten temat czytałeś. Co dzieje się z takim dzieckiem alienowanym, gdy dorasta?
Wiele problemów wynika z tzw. konfliktu lojalnościowego. Dziecko domyślnie kocha obu rodziców. Pierwsze kilka lat jego życia to jest 100-procentowe zaufanie do rodziców. To dziecko traci jednego rodzica, czyli w zasadzie traci pół swojego świata, a dodatkowo drugi rodzic mówi mu, że tamten rodzic to jest zło wcielone. Dziecko odruchowo kocha tego rodzica i chce mieć z nim kontakt. Żeby przetrwać w tym trudnym otoczeniu mentalnie niszczy siebie i pół swojego ego.
Tutaj jest mowa o depresjach, o dużo częstszych próbach samobójczych, o konfliktach z prawem, o problemach w nawiązywaniu kontaktów międzyludzkich, o problemach w związkach. To wszystko przekłada się na dalsze życie.


Dodatkowo, z tego co napisałeś mi w mailu, alienacja dotyczy nie tylko Ciebie, ale też całej Twojej rodziny…
To, że jest odcinane całe pół rodziny od moich dzieci, to jest absolutny standard alienacji. Moi rodzice, czyli dziadkowie chłopaków, też nie widzieli ich kilka lat. Moja babcia, czyli ich prababcia, może już nigdy ich nie zobaczyć. Odcięcie połowy świata, „bo tak, bo mogę.”Myślę, że jeśli dorosły ma pranie mózgu przez dłuższy czas, to jest ono skuteczne, a co dopiero małe dziecko! Może już nigdy nie chcieć mieć kontaktu z drugim rodzicem i jego rodziną.
Liczę się z tym, że to wszystko niedługo może się skończyć i mogę nic więcej nie uzyskać, jeżeli sąd nie zdecyduje się przekazać mi synów. Bardzo bym sobie życzył, by chcieli kiedyś ten kontakt odbudować. Jeżeli nie uda mi się to przez najbliższych kilka lat.

Walka o dziecko


Czy mimo wszystko warto?
Na pewno nie warto tylko czekać, bo wtedy nic się nie wydarzy. Warto, bo ja chcę tylko jednego, by moje dzieci wiedziały, że ja jestem. Jeśli za pięć, za osiem czy nawet za piętnaście lat będą chcieli do mnie przyjść, to ja będę. (łzy)
To ważne, co mówisz. Często jest bowiem tak, że te alienowane dzieci, gdy już dorastają, to na pytanie: „gdzie ojciec?”, to odpowiadają: „Tata odszedł”… Wiesz co, absolutnie rozumiem ludzi, którzy w takiej sytuacji się poddają i rzeczywiście odchodzą. Oni odpuszczają, bo to zabija. Nikt, kto tego nie przeżył, nie jest sobie w stanie wyobrazić, jak to zabija. To jest walka ze wszystkimi – drugim rodzicem, z sądem, ze szkołą. Część osób nie jest w stanie przez to przebrnąć. Jestem w stanie usprawiedliwić kogoś, kto powie: „Wolę zapomnieć, że mam dziecko niż tak cierpieć”. Te osoby po jakimś etapie walki wycinają dziecko z pamięci, żeby żyć dalej.


A Ciebie ta walka zabija?
Walczę o synów, ale nie chcę by ta walka kierowała całym moim życiem. Staram się sprowadzić to do poziomu logicznego i koncentrować się na tym, co naprawdę mogę zrobić w tej sprawie. Staram się żyć dalej.
Chciałbym też dodać, że alienacja nie dotyczy tylko i wyłącznie ojców. Mam koleżanki, które też były alienowane. Zdarza się to w drugą stronę, tylko może wówczas mniej bazuje to na emocjach, a jest bardziej wyrachowane.
Słuchając Ciebie, zaczynam sądzić, że to wszystko to jakaś brutalna i okrutna gra, w której liczy się tylko to, kto wygra…

Być może kojarzysz takiego człowieka – on teraz trochę usunął się w cień - prowadził stowarzyszenie „Dzielny Tata”. Niektórzy z tej grupy ludzi za daleko „odpłynęli” w tej walce.  On robił złą robotę alienowanym rodzicom, bo miał bardzo kontrowersyjne poglądy. Wiele osób postrzegało walczących rodziców przez jego pryzmat. Miał jedno takie twierdzenie: „Który rodzic pierwszy przywłaszczy, porwie dziecko, ten je potem ma”. To bardzo brutalna prawda polskiego wymiaru sprawiedliwości.
Na czym bowiem w ogóle polega alienacja? Mam dziecko, wyjeżdżam kilkaset kilometrów, odcinam dziecko, a wtedy – zanim te wszystkie sprawy sądowe zostaną rozpatrzone – mijają dwa, trzy lata. To jest ogromny czas, kiedy dziecko ma cztery czy pięć lat, to jest wszechświat. W tym czasie robi się pranie mózgu. Dziecko realnie traci kontakt z drugim rodzicem. Rodzic alienujący przeciąga ten czas, a potem jest badanie OZSS, w którym psychologowie i pedagodzy stwierdzają, że dziecko nie ma z drugim rodzicem żadnej więzi. No jak może być inaczej?! Taki jest fakt po trzech czy czterech latach alienacji. Co robi wówczas polski wymiar sprawiedliwości? Dla "dobra dziecka" zatwierdza stan obecny, bo dziecko czasami potrafi się nawet już bać tego drugiego rodzica. To jest gra o dziecko. Jeśli jesteś „miększy” i patrzysz na wszystko przez pryzmat dziecka, chcesz się dogadać, to przegrywasz.


Może jednak warto przegrać, by wygrać? Twoja historia przypomina mi biblijną historię mądrego Salomona. Życzę Ci byś w sądzie spotykał tylko i wyłącznie sędziów, którzy chcą dobra dziecka…
Są mądrzy sędziowie, nie wszyscy, ale są.


Wiesz, ja współczuję Tobie, współczuję nawet Twojej żonie, ale przede wszystkim współczuję Twoim synom. Oni tak naprawdę są ofiarami tego wszystkiego. Chciałabym, aby sądy i polskie instytucje zaczęły skupiać się właśnie na tym…
To jest rzeczywiście najważniejsze. Mnie bardzo zależy na tym, by mieć jakikolwiek kontakt z synami. Chciałbym móc się z nimi spotykać i krok po kroku odbudowywać nasze relacje. Jedyne, co mogę robić teraz, to przyjeżdżać pod bramę jak pies.

Chciałbym, żeby moi chłopcy wiedzieli dwie rzeczy: że ich kocham i że to wszystko, co się wydarzyło i co się dzieje, to nie jest ich wina. Mówiłem im to, gdy spotkałem się z nimi w sierpniu.  Wiedziałem, jak muszą się czuć z tym wszystkim. Chciałem tylko, by wiedzieli te dwie rzeczy: nie mam żadnego żalu i ich kocham.


Ten spot jest dokładnie o tym. W tym wszystkim nie jest ważne, co czujesz Ty, co czuje Twoja była żona, tylko to, co czuje Twoje dziecko.
Ono jest samo. W Dzień Ojca zadzwonię do nich i złożę Kubie życzenia z okazji urodzin. Znam efekt, ale i tak to zrobię. By im powiedzieć kiedyś, że co roku dzwoniłem.

 

P.S. Na zdjęciach w galerii tylko jedno zdjęcie jest z najstarszym synem - to zdjęcie cieni. Pozostałe zdjęcia to Rafał i jego najmłodszy synek Tomuś. Jak mówił mi Rafał, nie ma on wielu zdjęć ze starszymi synami. Większość została na dyskach, do których dostęp ma matka dzieci.

PRZECZYTAJ TAKŻE: