Panią Irenę Wielochę - KOBIETĘ ZAWSZE MŁODĄ - spotykam w jednej ze śródmiejskich kawiarni. Jest lato 2020. Umawiamy się na wywiad w Warszawie. Właśnie przebywa w stolicy. Przyjechała tu by kontynuować treningi. Te w internecie nie dają jej pełnej satysfakcji. Już z daleka bije od niej niesamowita aura - energia, radość, power! Po kilku pytaniach już wiem, że mogłabym z nią rozmawiać godzinami.

Od naszego spotkania minęło sporo czasu. Na Instagramie KOBIETY WIECZNIE MŁODEJ jest mnóstwo nowych osób. Być może Pani Irena ma trochę więcej siwych włosów i kilka nowych zmarszczek, ale to, co mówi i jak myśli o świecie oraz sobie samej nie uległo zmianie. To, co przeczytacie poniżej, to tylko skrawki jej niesamowitego życia, pełnego ciekawych anegdot, poczucia humoru i dystansu, którego tak bardzo nam teraz potrzeba w dzisiejszych czasach...

Photo: Kobieta.pl - Ola Nagel

 

Instagram, czyli pomysł na życie na emeryturze

Aleksandra Nagel – KOBIETA.PL: Pani Ireno, czuje się Pani gwiazdą Instagrama?

Pani Irena Wielocha - Kobieta Zawsze Młoda: Nie, absolutnie. Ja się przede wszystkim czuję zakłopotana, na tym Instagramie.


Skąd to zakłopotanie?

Kiedy człowiek ma tak dużo lat, co ja, a ludzie wokół obsypują cię komplementami, to jestem zakłopotana. To jest bardzo miłe i sympatyczne, ale wie Pani, ja mam 68 lat, a oni mi piszą, że jestem piękna. Nie wiem, jak mam reagować.

Pani nie uważa się za piękną?

Piękne to są 50-tki. (śmiech) Staram się robić jak najładniejsze zdjęcia i wtedy wyglądam na piękniejszą, ale nie po to, by mnie obsypywali komplementami, tylko po to, by przyjemniej się mnie oglądało.

Ciekawa koncepcja. Po co w takim razie jest Pani potrzebny ten Instagram?

W zasadzie on mi do niczego nie był potrzebny. (śmiech) Dlaczego zaistniałam na Instagramie? Bo chciałam zarabiać pieniądze.


Bardzo odważne podejście.

To jest uczciwe. Tak, jestem na emeryturze i chcę zarabiać pieniądze. Dlatego założyłam profil na Instagramie.

 

Sama Pani wpadła na to, żeby spróbować na Instagramie?

Nie do końca. Troszeczkę mnie podpuszczono. (śmiech) Kilka lat temu zaczęłam chodzić na zajęcia fitness i tam niemal od samego początku – nieskromnie mówiąc – byłam faworyzowana przez trenera. Po pewnym czasie zorientował się, że jestem świetną motywatorką dla innych uczestników. W związku z tym wykorzystywał mnie bezczelnie do motywacji innych osób. (śmiech) Nie miałam nic przeciwko temu, bo w zamian miałam niesamowite treningi. Tak to się zaczęło. Potem zaprosił mnie do telewizji, gdzie prowadził zajęcia porannej gimnastyki. Któregoś dnia jego dziewczyna mówi do mnie: „Wiesz co? Takich lasek jak ja na Instagramie jest mnóstwo, a takich osób jak Ty nie ma. Wzięłam to sobie głęboko do serca i założyłam Instagram. Tak się zaczęło. Choć przyznam szczerze, że zarabiać na Instagramie wcale tak łatwo nie jest…

Co Pani daje ten Instagram, oprócz ewentualnych kontraktów?

Wiele się tu nauczyłam. Bardzo dopingują mnie te wszystkie pozytywne opinie na Instagramie do rozwoju, dbania o siebie, żeby nie odpuszczać. Póki jestem na Instagramie, nie mam wyjścia, muszę być w formie, a wiadomo w takim wieku to różnie bywa. (śmiech) Polubiłam osoby, które mnie obserwowały i zaczęłam doceniać nasze rozmowy. Chęć zarabiania pieniędzy zeszła na drugi plan.

Właśnie, jak to jest mieć 68 lat? Wiele osób w moim wieku perspektywa starości przeraża, nie chcą o tym myśleć. A ja się zastanawiam, próbuję przygotować, oswoić…

Wie pani co, to życie na emeryturze jest ciężkie. To są zmiany różnego rodzaju w ciele i umyśle, nowe choroby, nawroty, w stawach już wszystko nie działa tak sprawnie jak wcześniej. Dlatego tak dbam o siebie. Ten czas pandemii dobrze na mnie wpłynął, nie tylko dlatego, że motywują mnie obserwujący na Instagramie. To był dla mnie sprawdzian.

Czego?

Sprawdzian wytrwałości i silnej woli - utrzymania dobrej formy, mimo tak wielu przeciwności! W dużej mierze to zasługa trenera, który jest człowiekiem odpowiedzialnym albo zapobiegliwym, trudno powiedzieć. W każdym razie na początku lockdownu zaczął nam wrzucać treningi. Zawiązała się mocna grupa wsparcia. Trzy razy w tygodniu dostawaliśmy rozpisany trening. Każdy musiał zrobić trening i pochwalić się. Trwało to jakiś czas, a jak się skończyło to postanowiłam, że przyjadę do Warszawy.

PRZECZYTAJ TAKŻE:

 

 

Kobieta zawsze młoda - seniorka z duszą nastolatki

Przyjechała Pani z Beskidu Niskiego do stolicy tylko po to, by uczestniczyć w treningach?

Nikt mi w to nie chciał wierzyć, ale to prawda. Przyjechałam, żeby być na treningach, żeby trenować na siłowni w grupie, bo to ogromna różnica w porównaniu do moich treningów w górach. Brakowało mi tego.

Większość mieszkańców Warszawy chętnie przeniosłaby się w dziewicze tereny, a Pani robi odwrotnie!

Jestem rodowitą warszawianką. W Beskidzie Niskim mamy drewnianą łemkowską chatę, z pięknym gontowym dachem. Jest tam pięknie, jest tam cudownie. Można się zakochać, ale jest jedno „ale”. Ja nie potrafię siedzieć w miejscu. Jestem taki trochę zwariowany człowiek, nie potrafię robić w kółko tego samego, mnie to mierzi, denerwuje. W związku z tym skoczyłam do Warszawy. Mam tysiące powodów, żeby tu przyjechać, ale głównym powodem były treningi. To jest dla mnie rzecz najważniejsza.

Dziękuję, że na tej liście powodów pojawiła się rozmowa ze mną. (śmiech)

Cóż, nie z każdym mam ochotę rozmawiać. Nie każdej gazecie i portalowi udzielam wywiadu.

Czuję się wyróżniona. Trochę Pani mówi jak gwiazda! (śmiech)

Powiem tak: „Jestem rozpoznawalna, ale gwiazdą się nie czuję”. Kiedyś byłam z mężem w Aninie w szpitalu i podchodzi do mnie kobieta i przynosi mi gazetę, w której udzieliłam wywiadu. „To Pani jest na tym zdjęciu?” – pyta. Miałam parę takich fajnych zdarzeń. Była pandemia, poszliśmy na spacer. Wracamy do domu. Odpalam komputer a tam wiadomość od jakiegoś pana. On pisze: „Była pani na spacerze dzisiaj, ja panią poznałem, jechałem na rowerze. Z mężem pani była, żałuję, że pani nie zaczepiłem”. Miło mi się zrobiło, a to był młody chłopak! W życiu bym się nie spodziewała! Najgorzej jest na siłowni! (śmiech) Obcy ludzie obrzucają mnie komplementami, a ja się spieszę na bieżnię! Czasami tak mnie chwalą, że aż nie wiem, co powiedzieć.

Pamięta Pani taki okres w swoim życiu, kiedy czuła się Pani taką prawdziwą laską?

Był taki czas! Choć trwał bardzo krótko. Człowiek czuje się wtedy pięknym, kiedy ma obok siebie osobę, która tak właśnie myśli. Nie chodzi o słowa. One bywają puste. Chodzi o gesty, zachowanie, spojrzenie.

Kiedy to było?

Lata 70-te. Byłam wtedy jeszcze studentką. Tańczyłam taniec towarzyski. To nie było nic poważnego. Jakiś pan z domu kultury, kilka par, jakieś konkursy amatorskie. Raczej zabawa niż na poważnie. Pojechaliśmy na turniej do Gdańska. Na tym konkursie dostałam tyle komplementów, jak nigdy w życiu i zostałam wyróżniona za najlepsze nogi! To był ten moment!

Photo: archiwum prywatne Ireny Wielochy

To jak jest z tą urodą? Jest ważna czy nie?

No jest!

A jak jest z mężczyznami? Im uroda jest potrzebna?

Z nimi to inna sprawa. Mężczyzna jest piękny nie tylko tym, co zewnętrzne. Jest piękny tym, co robi w życiu, jak się porusza, jak mówi. Czasami widzę mężczyznę, który być może nie jest zbyt urodziwy, ale jak się odezwie… Jak poczuję harmonię, od razu jest ładniejszy! Jestem w stanie zaakceptować brak urody, na rzecz tego jak on ze mną rozmawia. Być może mój osąd na ten temat wynika z tego, że mam przystojnego męża. Gdybym drugi raz miała wychodzić za mąż, to bym takiego przystojnego męża nie brała. (śmiech)

Dlaczego?

Przystojni mężczyźni są rozpieszczeni przez kobiety.

Pani też rozpieszczała męża?

Ja? W życiu! Żona to nie to samo, co obce kobiety. U mnie jest reżim. Jesteśmy już czterdzieści parę lat po ślubie. Niejedno już widziałam. Nie raz obce kobiety wręcz narzucały się mojemu mężowi bez skrupułów, przy mnie! A mężowi w to graj. Nie potrafi powiedzieć: „Odczep się, daj spokój”. Żaden mężczyzna nie potrafi. To ich buduje!

Photo: archiwum prywatne Ireny Wielochy / autor: Mikołaj Wielocha

Wiele kobiet w Pani sytuacji pewnie by obraziło się na męża. Były sceny zazdrości?

Były i zazdrość, i awantury. To normalna ludzka rzecz.

Przepis na udane małżeństwo, niedoskonały feminizm i życiowa mądrość

To jak udało się Wam przetrwać tyle lat?

Cóż, może mieliśmy szczęście? Mieliśmy trochę wspólnych zainteresowań, ale też wiele dawaliśmy sobie przestrzeni. Mąż uwielbia góry. On żył górami. Ja żyłam pracą, domem, dziećmi.

Ile mają Państwo dzieci?

Dwoje.  Mąż był pędziwiatr. Oświadczał: „Ja jutro wyjeżdżam. Nie będzie mnie 2 tygodnie, jadę tu i tu”. Czasami się zgadzałam, czasami nie. Był taki moment, że powiedziałam: „Jedź, ale pamiętaj, jak wrócisz to klucze nie będą pasowały do mieszkania”. (śmiech)

Domyślam się, że mąż nie pojechał, skoro jesteście cały czas razem. Żyjemy w świecie, w którym wiele osób jednak się rozstaje. Zamyka drzwi, łatwo te klucze wymienia, a Państwo razem 40 lat.

To było inne 40 lat. Wszystko się zmienia, społeczeństwo też się zmienia. Ja nie raz chciałam trzasnąć drzwiami, tylko czasami nie miałam wyjścia po prostu. Ktoś w jednym z wywiadów zapytał mnie: „Wie Pani całe życie się zmieniło, a Pani nie pomyślała, żeby męża zmienić?” Zaskoczyła mnie tym pytaniem, bo ja nigdy nie pomyślałam, żeby męża zmienić. Ja pomyślałam, żeby go zostawić, ale drugiego bym nie wzięła (śmiech). Mój mąż ma pewne zalety, które bardzo cenię. Jest bardzo mądrym i dobrym człowiekiem.

Chodzi o mądrość życiową?

O nie. Mądrość życiowa to moja domena. (śmiech) Chodzi o inteligencję. Mąż to bardzo oczytany człowiek.

A co mąż sądzi o tym całym Instagramie?

Mąż ma konto, ale nie jest zbyt aktywny. On tam jest, bo jest. Śmieję się, że nie mam kota, nie mam psa, ale mam męża. Trochę się boję wrzucać z nim zdjęcia, bo mi całe show potrafi zabrać! (śmiech)

Przytłacza go Pani rozpoznawalność?

Bywa ciężko. Któregoś razu zaproszono nas do Dzień Dobry TVN. Młody człowiek chciał o mnie zrobić reportaż. Planował przyjechać do mnie do domu i tu zrobić ze mną wywiad. Sugerował, by był obecny mąż i dzieci. Mnie się to bardzo spodobało, ale mąż był sceptyczny. „Nie będę obcych ludzi do domu wpuszczać” – mówił.

I co, odpuściła Pani?

Absolutnie. Powiedziałam im, że ekipa przychodzi następnego dnia. Mąż zarzekał się, że wyjdzie z domu, ale ja mu na to: „I tak zostawisz mnie z obcymi ludźmi?. (śmiech)

Został?

Najpierw stał samotnie w kuchni. Wie Pani, on całe życie był na świeczniku, a teraz sytuacja się odwróciła. Żaden prawdziwy mężczyzna na to nie chce się zgodzić. Ale poproszony o powiedzenie paru słów o mnie, zrobił to. Nawet razem pojechaliśmy na przejażdżkę rowerami, która była elementem reportażu.

Photo: archiwum prywatne Ireny Wielochy / autor: Mikołaj Wielocha

Zna się Pani na mężczyznach?

Od zawsze spędzałam sporo czasu w towarzystwie mężczyzn, bo jestem z zawodu inżynierem. Technologia drewna to męski świat!

A jak poznała Pani męża?

Uczyliśmy się w jednej szkole średniej. Do głowy mi nie przyszło, żeby takim facetem się zainteresować. Wszystkie dziewczyny za nim szalały. Mąż był wychowywany bez ojca, przez dwie kobiety: mamę i babcię. Jedynak – ukochany, wychuchany. Wcale się im dobrze nie powodziło, ale chodził do szkoły w garniturkach szytych na miarę, tu w Warszawie. Po sąsiedzku mieszkał Żyd krawiec, który pięknie szył za drobne pieniądze. Wszystkie dziewczyny w szkole się w nim kochały, ja też, choć nie tak od początku.

Trzeba się było ustawiać w kolejce?

Nie ustawiałam się w żadnej kolejce. Obojętna na to wszystko byłam aż do czasu, gdy w szkole zorganizowana została zabawa. Po szkolnych tych zabawach chodził trener tańca towarzyskiego i szukał ludzi sprawnych tanecznie. Zaprosił mojego przyszłego męża z moją najlepszą koleżanką z klasy, bo pięknie tańczyli polkę warszawską. Niestety koleżanka nie mogła chodzić na zajęcia, bo miała takiego ojca, co to mówił: „Godzina ósma, masz być w domu”. W związku z tym zaproponował mnie i tam się jakoś to skleciło. (śmiech) Więc taką to przygodę miłosną i taneczną przeżyliśmy razem.

Wspomina Pani o pracy z mężczyznami? Co to za historia?

Miałam taki epizod w życiu, że przez kilka lat pracowałam w Krośnie i tam byłam kierowniczką! Kolega mnie wciągnął, a potem odszedł i mnie awansowali. Do dziś pamiętam, jak jeden z panów, którego miałam być przełożoną nie mógł w to uwierzyć. „Ja się z tym nie zgadzam” – mówił. „Ja pójdę i zapytam dyrektora, czy to na pewno tak jest”.  Podobnie kierownik stolarni. Kiedy cokolwiek mówiłam, odwracał się ostentacyjnie. Tylko dlatego, że byłam kobietą.

To jak Pani wytrzymała tam tak długo?

Próbowałam go przenieść od innego działu, ale bez skutku. To człowiek z Jasła. Różne bywają układy w małych miasteczkach. (śmiech) Musiałam jakoś z tym żyć, a poza tym inni moi podwładni mnie lubili. Wszyscy siedzieli w jednym pokoju, tylko on w osobnym. To miał być mój pokój, ale wolałam dać go jemu. Dałam mu pokój, to nawet dzień dobry zaczął mi mówić. Czasami nawet rękę podał.

Photo: archiwum prywatne Ireny Wielochy / autor: Mikołaj Wielocha

Jak Pani na to wszystko patrzy z perspektywy czasu? Świat się zmienił na lepsze dla kobiet?

Powiem szczerze, nie jestem feministką, broń Boże. Uważam, że feministki przeginają. One odwracają się od mężczyzn w pewnym sensie, a przecież to jest niemożliwe. Razem z nimi żyją, pracują, mieszkają. Mają synów. Nie mogą odwracać się od mężczyzn.

Coś w tym jest! Wspomina Pani o synach. Wiele kobiet zastanawia się dzisiaj, jak tych synów wychować. Wiele feministek atakuje mężczyzn, a jednocześnie ma w domu syna, wychowuje mężczyznę…

Mnie feminizm drażni, bo ja wierzę w równość. Nie uważam, by kobiety były lepsze od mężczyzn, tak jak nie uważam, by mężczyźni byli lepsi od kobiet.

Photo: archiwum prywatne Ireny Wielochy / autor: Mikołaj Wielocha

Kiedy zaczyna się starość?

Ma Pani takie momenty, kiedy Pani sobie myśli: „Chciałabym mieć 20, 30 lat, a nie 68”? Czy Pani się czuje w dobrym miejscu, w dobrym czasie?

Zdecydowanie wolę mieć moje 68 lat. Kiedy byłam młodsza, byłam troszeczkę taką kurą domową. Miałam dobry zawód. Zarabiałam więcej pieniędzy od męża, a nie miałam siły tego w jakiś sposób przełamać, żebym poczuła się na równi z nim. A teraz to mi się udało. Poza tym, mam 68 lat, ale wie Pani co? Ja się w ogóle tych lat nie czuję.

To ile Pani ma lat w głowie?

Przy mężu mam 68 lat, ale jak wychodzę z domu to 18. (śmiech) A na siłowni jak jestem! Młode dziewczyny przychodzą i mówią: „O matko, pani deskę umie tak robić? Ja bym w życiu tak nie wytrzymała.” Koledzy, którzy ze mną ćwiczą, też są w szoku. Może nie podnoszę tyle ciężarów, co oni, ale jestem elastyczniejsza, zwinniejsza.

Denerwuje się Pani, gdy ktoś ustępuje miejsca w tramwaju albo w autobusie?

Wkurzam się. Kiedyś ktoś mi chciał ustąpić miejsca, jak jechałam na siłownię w sportowym stroju i z torbą.(śmiech) Ktoś mi nawet kiedyś powiedział, że muszę zacząć siadać, bo złą robotę robię innym staruszkom.

W sumie coś w tym jest, bo w końcu chyba dobrze, by młodzi ludzie starszym ustępowali miejsca. Nie wszyscy mają taką kondycję jak Pani.

Taki mój mąż na przykład. On ma chore stawy biodrowe. Jedziemy autobusem i mówię mu, żeby usiadł. To on nie, bo jak ja nie siedzę, to on też nie usiądzie. Widzi Pani, jacy Ci faceci są. Będzie cierpiał, ale usiąść nie usiądzie.

Ta starość to ciężka sprawa. Wiele osób w moim wieku cholernie się jej boi.

I słusznie!

A Pani się boi?

Boję się, autentycznie.

To ciekawe, bo dla wielu osób – przepraszam, ale muszę to powiedzieć – Pani już jest stara…

Nie ma za co Pani przepraszać. Wiem, że tak jest. Ja nie lubię starych ludzi, to okropne, ale nie lubię. Bo jak patrzę na starą osobę, to widzę siebie, a jak rozmawiam z młodymi, tak jak z Panią, to się czuję dobrze.

Pani nie lubi starszych ludzi, bo Pani się w nich trochę przegląda, jak w lustrze, prawda?

Tak i to jest straszne. Tu nie chodzi o wygląd. Do zmarszczek już się przyzwyczaiłam, do siwych włosów też. Ja się boję tej niedołężności. Starsi ludzie są niedołężni, wolniej się ruszają, mówią, reagują na wszystko i to jest coś, co jest najgorsze. Dlatego ja ćwiczę, żeby nie być taka, żeby od tego uciec.

Ale wiadomo, że to kiedyś dopadnie. I co wtedy?

Nie będę się tym teraz martwiła. Będę zawsze młoda, bo tak chcę! Wiadomo, że dopadnie, chociaż w sumie nie, jak na przykład umrę na siłowni. (śmiech)

Jak aktorka na scenie! Całkiem przyjemna śmierć. Skoro w Pani jest tyle energii, to czy Pani przypadkiem tych koleżanek rówieśniczek nie denerwuje? (śmiech)

Pewnie, że denerwuję. Wolę z młodymi przebywać. Jak widzę towarzystwo samych starszych ludzi, to od razu uciekam! Z nimi nic nie umiem nic zrobić konstruktywnego.

Ale przecież są te wszystkie spotkania emerytów, uniwersytety trzeciego wieku…  

To nie moja bajka. Na przykład taki Dancing Międzypokoleniowy. Słyszała Pani?

Nie.

To założyła Paulina Braun w Warszawie. Ona wyciągnęła starych ludzi z domu i tańczą. Dzwoniła nawet kiedyś do mnie i zachęcała do udziału. Życzyła mi nawet bym dożyła wieku z cyfrą 7 z przodu, bo podobno wtedy nabiera się odwagi do starości. Na co ja jej powiedziałam, że ja w życiu nie będę stara. (śmiech)

Lubi Pani patrzeć w lustro?

Nie cierpię patrzeć na tę babę! Gdy nie patrzę w lustro, to mam 18 lat i nic mnie nie obchodzi. Czasami jeszcze potrafię szpilki założyć i na ulicy tyłkiem zakręcić!

W mini też Pani chodzi?

Lubię krótkie spódnice, ale w nich tylko po domu chodzę. Nogi już nie te. Starość tam widać. Najlepiej jednak czuję się w stroju sportowym. To jestem prawdziwa ja! Ja chcę żyć, a sport dodaje mi energii.

A jak zaczyna się Pani dzień?

Wstaję zawsze przed 7 rano. Tak mam nastawiony budzik, ale często budzę się jeszcze wcześniej. I wstaję, bo w końcu leżenie w łóżku i czekanie na 7 rano jest głupie, nie? (śmiech) Potem zaczynam żyć.

 

ZOBACZ TEŻ: