Choć same nie uważają się za bohaterki, dla nas nimi są. Wszystko robią z pasją, udowadniając, że w życiu można dawać z siebie 200 procent i być szczęśliwą. Oto pięć wyjątkowych kobiet. Warto je naśladować!

MAGDA PROKOPOWICZ - ZAŁOŻYCIELKA FUNDACJI RAK’N’ROLL. WYGRAJ ŻYCIE
O jej walce z rakiem głośno zrobiło się w mediach ponad rok temu. Magda zachorowała dokładnie 15 lat po śmierci swoich rodziców na nowotwór. W czasie leczenia odkryła, że jest w ciąży. Choć lekarze doradzali aborcję, urodziła zdrowego synka. Dziś, mimo przerzutów do wątroby i kości, wychowuje czteroletniego Leonka i prowadzi dwie firmy. Rok temu założyła fundację „Rak’n’Roll. Wygraj życie”, której celem jest m.in. odnowienie poczekalni onkologicznych i zbudowanie pierwszej w Europie kliniki, w której leczone będą kobiety w ciąży chore na nowotwory. – Dla mnie choroba stała się początkiem nowego życia – opowiada Magda.
– Przez pierwsze trzy lata nie potrafiłam o niej mówić, odizolowałam się od rodziny i przyjaciół. Dopiero kiedy urodziłam zdrowego Leonka, nabrałam wiary w siebie i siły. Jeszcze w szpitalu, po porodzie, powiedziałam bratu, że w czasie ciąży przeszłam obustronną mastektomię i pierwszy raz pokazałam się bez peruki. Miałam ochotę krzyczeć, że jest jeszcze wiele do zrobienia dla chorych na raka. Magda chciałaby odczarować tę chorobę. Pokazać, że wiele osób z nią wygrało lub żyje przez długie lata.
– Moim celem jest zmotywowanie pacjentów, żeby się leczyli i wpłynięcie na lekarzy, żeby mniej przedmiotowo traktowali chorych – twierdzi. Mimo choroby Magda prowadzi normalne życie. – Zanim zachorowałam, miałam mniej siły niż teraz – opowiada Magda. – Leoś dodaje mi energii, a fundacja działa na mnie terapeutycznie. Gdybym nic nie robiła, pewnie wpadłabym w depresję – dodaje. Rak nauczył ją pokory, cierpliwości i wiary w to, że jutro wszystko może się zmienić na lepsze. – Zrozumiałam, że życie jest tu i teraz – mówi. – To nie tak, że przytrafiają się nam chwile szczęścia. Życie całe jest szczęściem, a zdarzają się tylko złe momenty.

OLA WOJCIECHOWSKA - ZAŁOŻYCIELKA FUNDACJI ARTEDUCT
Chociaż nigdy w życiu nie napisała swojego CV, z pewnością byłoby ono imponujące jak na 32-latkę. Ola ukończyła trzy kierunki studiów: europeistykę, marketing i wiedzę o kulturze. Zanim założyła Fundację ArteDuct, propagującą kulturę i sztukę, pracowała przez sześć lat w korporacji, gdzie, jak mówi, wszystkiego się nauczyła.
Była też m.in. rzecznikiem Teatru Narodowego, szefem PR w Polskim Radiu i dyrektorem jednej z edycji Festiwalu Era Nowe Horyzonty. – Ludzie w Polsce boją się zmian – mówi. – Chcą mieć etat, stabilizację. Ja jestem tego przeciwieństwem. Gdy czuję, że nauczyłam się w pracy wszystkiego, idę dalej, żeby wykorzystać tę wiedzę. Nigdy nie bałam się rzucić posady, nie mając nic na oku, bo zawsze pojawiała się interesująca propozycja.
Skąd pomysł na fundację? – Spotkałam w życiu wielu wartościowych ludzi – mówi. – Nie chciałam tracić z nimi kontaktu. Z kolei gdy pracowałam w Operze, zakochałam się w muzyce klasycznej i w moim mężu Łukaszu, który jest dyrygentem. On mnie inspiruje i pokazuje mi piękno tkwiące w muzyce. Potem zaczęłam wymyślać projekty edukacyjne, które przybliżają młodym ludziom sztukę.
Dziś fundacja ArteDuct organizuje wiele takich inicjatyw, w tym lekcje umuzykalniające w szkołach. – Niektóre nasze działania nie przynoszą grosza, na innych zarabiamy, ale pieniądze nie są najważniejsze – stwierdza Ola. – Ważne, żeby robić w życiu rzeczy, które są w zgodzie z tobą i dawać innym chwile uniesienia. Jeśli robisz coś z zaangażowaniem i pasją, sukcesy i pieniądze same do ciebie przyjdą.

KAROLINA MARIA SIUDYŁA - WŁAŚCICIELKA AGENCJI PUBLIC RELATIONS MAGNIFICO PR
W ciągu zaledwie siedmiu lat jednoosobową działalność gospodarczą przekształciła w firmę PR, która ma wśród klientów największe globalne marki (m.in. Deutsche Bank, Western Union i Avon) i która niedawno zadebiutowała na giełdzie. Dziesięć lat temu, w trakcie studiów, Karolina przyjechała spod Opola do Warszawy do pracy w jednym z teatrów. Na miejscu okazało się, że jej etat dostał ktoś inny. Mimo to została. – Mogłam wrócić pierwszym pociągiem do domu, ale postanowiłam zawalczyć – wspomina. Dzięki pomocy przyjaciół udało jej się znaleźć pracę. – Siedem lat temu, dokładnie 11 września, wyrzucono mnie z hukiem z agencji PR-owej, w której pracowałam – opowiada. – Nie pozwolono mi nawet zabrać z biurka mojego kubka.
Dziś jestem wdzięczna losowi, bo gdyby nie to doświadczenie, nie byłabym tu, gdzie jestem. Jeszcze tego samego dnia wysłałam do znajomych SMS-a: „Nie mam roboty, pomóżcie, dajcie mi jakąkolwiek pracę”. Po pięciu minutach odezwał się kolega. Szukał kogoś do PR-u, ale nie na etat. Musiałam założyć działalność gospodarczą, ale już na starcie miałam święty spokój i lepszą pensję. Po miesiącu moja firma miała dwóch klientów, a po dwóch miesiącach zarabiałam więcej niż moi rodzice razem.
Dziś firma Karoliny ma na koncie ponad tysiąc projektów dla 150 firm. Oprócz pracy najważniejsza jest czteroletnia Nadia. – Dziecko dało mi kosmicznego kopa energii – mówi. – Moje życie to zarwane noce, wstawanie codziennie o 5 rano, żeby odpisać na zaległe maile i odsypianie w co drugi weekend, ale ja to kocham – wyznaje.
Od niedawna pochłania ją jeszcze jeden projekt: praca nad portalem pro-in vitro www.cudinvitro.pl. Są na nim przedstawione historie par, których nie stać na kosztowny zabieg in vitro. Internauci mogą wybrać parę i wesprzeć finansowo jej zabieg dowolną kwotą. – To jak zostanie finansowym ojcem chrzestnym czyjegoś dziecka – mówi. – In vitro to poważny społeczny problem. My nie chcemy bawić się w politykę. Chcemy ułatwić jednym ludziom pomaganie drugim. Rok temu w Sylwestra Karolina zrobiła tablicę marzeń. Przyczepiła do niej zdjęcie afrykańskiego dziecka. – Chciałabym wyjechać na trzy miesiące do Afryki, założyć byle jakie spodnie, zmyć makijaż, zdjąć żel z paznokci i szczepić dzieci.
Codziennie spotyka mnie coś dobrego: wygrywam przetarg, zdobywam nowego klienta. Chciałabym to oddać, ale tym, którzy potrzebują pomocy. Kiedy powiedziałam o tym znajomemu, zdziwił się: „Wiesz, ile kasy przejdzie ci koło nosa, jeśli wyjedziesz?!”. Odpowiedziałam mu: „Ale ile energii zyskam!”. W życiu jest tak, że jeśli nastawiasz się na zarabianie, to będziesz tylko zarabiać. Jeśli nastawiasz się na życie, to będziesz żyć.

BASIA RYL - WOLONTARIUSZKA ORGANIZACJI HABITAT FOR HUMANITY
Niedawno zapytałam Martynę Wojciechowską, czy jest kobieta, która jej imponuje. Bez wahania odpowiedziała: – Basia! Ma 27 lat, na co dzień pracuje jako marketingowiec w koncernie i mogłaby się skupiać tylko na karierze. A jednak jeździ w wakacje do Afryki i Azji i buduje domy dla ubogich rodzin. Basia o organizacji Habitat For Humanity dowiedziała się przypadkowo, sześć lat temu.
Pierwsze domy pomagała stawiać w Gliwicach. Dwa lata temu z amerykańskim oddziałem Habitatu wyjechała do Etiopii, a w maju tego roku do Wietnamu. Budowanie domów w egzotycznych krajach nie jest jednak sposobem na darmowe wakacje. Basia, jak wszyscy wolontariusze, sama opłaca przelot i pobyt na miejscu. Na budowie  pracuje fizycznie, wykonując lżejsze prace, np. przecina cegły na pół. – Często ludzie pytają, dlaczego po prostu nie dam pieniędzy jakiejś organizacji, która pomaga biednym. Odpowiadam im, że to nie to samo. Dla ludzi w Afryce czy Azji ważne jest to, że ktoś się nimi interesuje. Po drugie, często swoją pracą pokazujemy im, że są w czymś od nas lepsi. My nie potrafimy postawić domu z gliny. Oni tak. To buduje ich poczucie własnej wartości.
Co jej samej dają te wyjazdy? – Każdy to cegiełka do poznania siebie: tego, kim jestem i co sobą reprezentuję – mówi. – Te wyjazdy uczą pokory. Wydaje ci się, że jesteś super, a jedziesz do Wietnamu i okazuje się, że nie potrafisz równo pomalować ściany. Zapamiętałam starą kobietę, od której w Etiopii kupowałam przy drodze kawę. Ledwo wiązała koniec z końcem, ale zawsze dawała mi więcej ziaren, niż mi się należało, bo zasadą Etiopczyków jest dawać więcej, niż się ma. To postawa godna naśladowania.

OLGA KWIECIŃSKA - WSPÓŁPROWADZI PROGRAMY TELEWIZYJNE „MIĘDZY KUCHNIĄ A SALONEM” I „REWOLUCJA NA TALERZU”
„Wulkan energii” – mówi o niej każdy, kto ją zna. Jest rzecznikiem prasowym Akson Studio, firmy która wyprodukowała najgłośniejsze filmy i seriale ostatnich lat: od „Katynia” Andrzeja Wajdy po „Magdę M”. Prowadzi programy „Między kuchnią a salonem” w TVN i „Rewolucja na talerzu” w TVN Style, a prócz tego jest żoną i mamą dwóch chłopców, która codziennie ma na głowie więcej spraw niż my wszystkie przez tydzień. Kiedy umawiamy się na sesję, Olga pierwszy wolny dzień ma dopiero za tydzień. Szybko okazuje się, że dla niej „wolny” oznacza, że musi „tylko”: wyprawić w przedszkolu młodszemu synowi kinderbal, pójść z drugim na tenisa, podpisać ważną umowę i spotkać się ze mną na wywiad. A to wszystko do południa! – Jeśli chodzi o liczbę codziennych zajęć i obowiązków, to nie różnię się niczym od milionów polskich kobiet – mówi Olga. – Ale rzeczywiście, wszystko robię z uśmiechem i chyba to mnie wyróżnia.
Skąd w niej tyle energii? – To kwestia charakteru – odpowiada. – Kocham pracować, ciekawią mnie ludzie, wszystko lubię sprawdzić, dotknąć, poznać. Gdy miałam 18 lat i rodzice w ramach kary za kiepskie wyniki w szkole załatwili mi w wakacje pracę salowej w szpitalu dziecięcym, to od pierwszego dnia oddałam się jej. Wstawałam o 6 rano, robiłam to, co salowe, i rozmawiałam z dziećmi i ich rodzicami. To było ciężkie doświadczenie, ale nauczyło mnie słuchania innych. Mając za męża adwokata, Olga pewnie nie musiałaby pracować zawodowo. Po co więc bierze tyle na siebie? – Praca daje mi radość – nie ukrywa. – Poza tym uważam, że ze wszystkiego, co robimy, czerpiemy na przyszłość. Gdy byłam na urlopie macierzyńskim, to angażowałam się w prowadzenie domu na sto procent. A przy okazji opanowałam do perfekcji sztukę organizacji czasu, co teraz bardzo mi się przydaje.
Olga przyznaje, że lubi życie na maksa i nie boi się zmian. – To nie ma nic wspólnego z pewnością siebie – mówi. – Ja mam w sobie odwagę do próbowania nowych rzeczy i wiarę, że każde doświadczenie ma głęboki sens.