Reklama

Miałam pić szampana w jacuzzi z widokiem na ośnieżone szczyty Tatr, a zamiast tego siedziałam na zarwanej kanapie w pomieszczeniu, które śmierdziało wilgocią i kapustą. Kiedy pakowałam do walizki jedwabne sukienki i drogie kosmetyki, byłam pewna, że to będzie tydzień, który uratuje nasze małżeństwo. Nie wiedziałam jeszcze, że ten wyjazd stanie się gwoździem do jego trumny. To, co odkryłam w tej ruinie, było znacznie gorsze niż brak ciepłej wody i karaluchy w łazience.

Obiecał mi raj na ziemi

Wszystko zaczęło się od niewinnej rozmowy przy kolacji. Ostatnie miesiące były dla nas trudne. Ja pracowałam po dwanaście godzin dziennie w korporacji, walcząc o awans, który wciąż wymykał mi się z rąk, a Tomek… Tomek wydawał się coraz bardziej nieobecny. Znikał wieczorami, wracał zdenerwowany, ciągle wisiał na telefonie. Tłumaczył to nowym, „wielkim projektem”, który miał ustawić nas na lata. Wierzyłam mu. Chciałam mu wierzyć, bo byliśmy razem od siedmiu lat i uważałam nas za zgrany zespół.

– Kochanie, widzę, jak harujesz – powiedział pewnego wieczoru, nalewając mi wina.

Jego dłoń lekko drżała, ale wtedy zrzuciłam to na karb zmęczenia.

– Zarezerwowałem nam wyjazd. Tydzień w górach. Tylko my, luksusowy apartament, spa, strefa wellness. Odpoczniemy, zapomnimy o stresie. Zasłużyłaś na to jak nikt inny.

Pamiętam, jak zaświeciły mi się oczy. Pokazał mi zdjęcia w internecie: „Alpejska Perła”. Marmurowe łazienki, kominek w sypialni, przeszklona ściana z widokiem na góry. Cena za dobę zwalała z nóg, ale Tomek machnął ręką.

– Projekt wreszcie ruszył. Stać nas. Bądź gotowa w piątek – rzucił z uśmiechem, który, jak teraz analizuję, nie obejmował jego oczu.

Był to uśmiech kogoś, kto próbuje sprzedać zepsuty samochód za cenę nowego. Spakowałam się jak księżniczka. Kaszmirowe swetry, eleganckie botki, na które wydałam połowę premii, nowa bielizna. Opowiadałam koleżankom w biurze, gdzie jadę. Widziałam ich zazdrość i, nie ukrywam, karmiłam się nią. Potrzebowałam tego poczucia, że moje życie jest idealne, nawet jeśli w środku czułam, że oddalamy się od siebie.

Nie chciałam psuć atmosfery

Podróż zaczęła się dziwnie. Tomek stwierdził, że pojedziemy moim samochodem, bo jego SUV rzekomo trafił do serwisu na „rutynowy przegląd”. Zdziwiłam się, bo dbał o to auto obsesyjnie, ale nie chciałam psuć atmosfery pytaniami. Przez pierwsze trzy godziny drogi był spięty. Radio grało głośno, zagłuszając ciszę między nami, a on co chwilę zerkał na wyświetlacz swojego telefonu, który leżał ekranem do dołu na konsoli środkowej. Kiedy tylko przychodziło powiadomienie, jego knykcie na kierownicy bielały.

– Kto tak do ciebie wypisuje w piątek wieczorem? – zapytałam w końcu, próbując nadać głosowi lekki ton.

– A, to z biura. Drobne pożary, wiesz jak jest. Muszę dopilnować, żeby pod moją nieobecność niczego nie spalili – odpowiedział szybko, zbyt szybko.

Gdy zbliżaliśmy się do celu, zamiast kierować się w stronę znanych kurortów, GPS zaczął prowadzić nas w ciemne, wąskie drogi, gdzie asfalt pamiętał czasy głębokiego PRL-u. Śnieg padał gęsto, a wokół nie było widać nic poza czarną ścianą lasu.

– Na pewno dobrze jedziemy? To nie wygląda na drogę do pięciogwiazdkowego hotelu – zauważyłam, czując pierwszy ucisk w żołądku.

– To skrót, kochanie. Chcę uniknąć korków na Zakopiance. Zaufaj mi. „Alpejska Perła” jest położona na uboczu, żeby zapewnić intymność – tłumaczył, ale pot na jego czole mówił co innego.

Myślałam, że to jakiś żart

Zatrzymaliśmy się po kolejnych czterdziestu minutach błądzenia po bezdrożach. Przed nami nie stał nowoczesny apartamentowiec ze szkła i drewna. W świetle reflektorów mojego samochodu ukazał się duży, stary dom typu „klocek”, z odpadającym tynkiem i krzywym ogrodzeniem. Nad wejściem wisiał smętnie przekrzywiony, drewniany szyld: „Willa U Zbyszka. Pokoje gościnne”. Zapadła cisza. Słychać było tylko szum wiatru i ciche tykanie stygnącego silnika.

– Tomek… co to jest? – wyszeptałam.

– Słuchaj, Agata – zaczął nerwowo, odpinając pas. – Było małe nieporozumienie z rezerwacją w „Perle”. Overbooking, system im padł. To jest… alternatywa. Tymczasowa. Zobaczysz, w środku jest klimatycznie. Prawdziwy góralski styl.

Wyszłam z auta, wpadając butem prosto w głęboką kałużę błota pośniegowego. Moje zamszowe botki były zrujnowane w sekundę. Ale to był najmniejszy z moich problemów. Weszliśmy do środka. W korytarzu uderzył nas zapach gotowanej kapusty, starych skarpet i dymu tytoniowego. Zamiast recepcjonistki w mundurku, przywitał nas potężny mężczyzna w poplamionym podkoszulku, który oglądał telewizję na małym, kineskopowym telewizorze.

– Państwo K.? – mruknął, nie wstając z fotela. – Klucz w drzwiach na górze. Trójka. Tylko proszę cicho chodzić, bo strop cienki, a teściowa na dole śpi. I woda ciepła jest tylko do dwudziestej, więc radzę się spieszyć.

Spojrzałam na zegarek. Była 21:15. Spojrzałam na Tomka. Był blady jak ściana i unikał mojego wzroku, nerwowo międląc w dłoniach kluczyki do auta.

Zostałam z głupiej litości

Pokój numer trzy był esencją turystycznego piekła. Dwa oddzielne tapczany pamiętające czasy Gierka, szafa, która domykała się na zapałkę, i okno uszczelnione kocem, przez które wiał lodowaty wiatr. Na ścianie widniał wielki zaciek w kształcie kontynentu afrykańskiego. Usiadłam na jednym z łóżek. Sprężyny jęknęły boleśnie.

– To są żarty, prawda? – zapytałam spokojnie, choć w środku się gotowałam. – Tomek, zabierz mnie stąd. Jedziemy do innego hotelu. Zapłacę swoją kartą, nieważne. Nie zostanę tu ani minuty dłużej.

Tomek zaczął krążyć po pokoju jak zwierzę w klatce.

– Agata, nie dramatyzuj. Jest… przytulnie. To tylko na jedną noc, może dwie. Jutro coś znajdziemy. Poza tym, wszystkie hotele są pełne, ferie są! Nie znajdziemy nic o tej porze.

– Obiecałeś luksus. Obiecałeś spa. A przywiozłeś mnie do rudery, gdzie śmierdzi grzybem! – wybuchłam. – Co się dzieje? O co tu chodzi? Przecież widziałam rezerwację!

Wtedy po raz pierwszy tamtego wieczoru spojrzał mi w oczy. Zobaczyłam w nich coś, czego nigdy wcześniej nie widziałam u mojego pewnego siebie męża. Strach. Czysty, zwierzęcy strach.

– Były problemy z przelewem – wymamrotał. – Karta mi nie przeszła, zablokowali środki… bank ma jakąś awarię. Wyjaśnię to w poniedziałek. Proszę cię, Agata. Wytrzymaj ze mną jedną noc. Dla nas.

Zostałam. Z głupiej litości i zmęczenia. Nie miałam siły prowadzić po nocy w śnieżycy. Położyłam się w ubraniu na tym strasznym łóżku, przykrywając się własnym płaszczem, bo pościel wyglądała na taką, która żyje własnym życiem. Tomek wyszedł „zapalić”, chociaż rzucił palenie trzy lata temu.

Wszystko wyszło na jaw

Nie spałam. Ściany w „Willi U Zbyszka” były tak cienkie, że słyszałam chrapanie gospodarza na dole i każdą rozmowę. Tomek stał na korytarzu. Myślał, że go nie słyszę, ale ja nasłuchiwałam z zapartym tchem.

– Mówiłem, że oddam! – syczał do słuchawki. – Daj mi tydzień. Jestem z nią na wyjeździe, nie mogę teraz… Nie, nie wie. Jak się dowie, to koniec. Błagam cię, stary, znamy się od liceum… Nie strasz mnie. Nie masz prawa…

Serce biło mi jak oszalałe. O co chodziło? W mojej głowie kłębiły się najgorsze scenariusze. Wrócił do pokoju po pół godzinie, śmierdząc tanim tytoniem i zimnym powietrzem. Udawałam, że śpię. Położył się na drugim łóżku i leżał bez ruchu, wpatrzony w sufit. Następnego ranka obudziłam się z bólem pleców i głowy. W łazience na korytarzu (tak, wspólnej łazience) nie było ciepłej wody, a lustro było tak brudne, że ledwo widziałam swoje odbicie. Zeszłam na dół, licząc na kawę. Gospodarz, pan Zbyszek, mieszał w wielkim garze bigos.

– Mąż już poleciał do wsi – zagadnął, nie wyjmując papierosa z ust. – Nerwowy jakiś. Pytał, czy można u mnie płacić zegarkiem.

Zastygłam z kubkiem w dłoni.

– Słucham? Jakim zegarkiem? – No tym takim ładnym, szwajcarskim. Powiedziałem mu, że ja lombard nie jestem, gotówka ma być. Za dwie noce z góry. Bo panienka wygląda na taką, co ucieknie przy pierwszej okazji.

Tomek próbował sprzedać swój ukochany zegarek, prezent ode mnie na 30. urodziny, żeby zapłacić za tę norę? Wtedy wszystko zaczęło układać się w logiczną, przerażającą całość. Jego auto w „serwisie” – pewnie sprzedane lub zajęte. Problemy z „przelewem”. Tajemnicze telefony. Wróciłam do pokoju i zaczęłam przeszukiwać jego torbę. Nigdy tego nie robiłam, szanowałam jego prywatność, ale sytuacja była ekstremalna. Na dnie, pod stertą swetrów, znalazłam teczkę. Nie była to dokumentacja „wielkiego projektu”. To był zbiór wezwań do zapłaty. Chwilówki, kredyty gotówkowe, pisma od windykatorów. Daty sięgały pół roku wstecz. I najgorsze: wypowiedzenie z pracy. Tomek nie pracował od czterech miesięcy. Został zwolniony dyscyplinarnie.

Prawda okazała się gorsza

Kiedy wrócił, niosąc w reklamówce bułki i parówki (nasze „luksusowe śniadanie”), siedziałam na łóżku z jego teczką na kolanach. Zbladł tak bardzo, że myślałam, że zemdleje. Reklamówka wypadła mu z rąk, bułki potoczyły się po brudnej podłodze.

– Agata, ja ci to wytłumaczę… – zaczął, ale głos mu się załamał.

– Nie pracujesz od października – powiedziałam chłodno, choć w środku rozpadałam się na kawałki. – Straciliśmy oszczędności?

Milczał. Spuścił głowę.

– Tomek, pytam cię! Gdzie są nasze pieniądze na dom? Gdzie jest twoje auto? – Auto zabrał leasing – wyszeptał. – Oszczędności… poszły na spłatę pierwszych długów. Chciałem to naprawić. Zainwestowałem resztę w pewien interes, to miało być pewne… Wszystko straciłem. Wziąłem chwilówki, żebyś się nie zorientowała, że nie ma pensji. Myślałem, że się odkuję, że znajdę nową pracę, zanim zauważysz.

Patrzyłam na niego i nie widziałam mojego męża. Widziałam obcego człowieka, żałosnego kłamcę, który przez miesiące udawał, że wychodzi do biura, a pewnie siedział w parku albo w barze, budując piramidę kłamstw.

– A ten wyjazd? – zapytałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu. – Po co to wszystko? Ta farsa z hotelem?

– Chciałem ci dać jeszcze chwilę normalności… Myślałem, że jak wygrałem te parę groszy tydzień temu na zakładach, to starczy na zaliczkę w hotelu, ale… zabrali mi to z konta automatycznie na poczet długu. Zostało mi w gotówce trzysta złotych. Tylko na to nas było stać.

Podeszłam do okna. Widok na błotniste podwórko i stertę desek idealnie pasował do mojego nastroju. Czułam się brudna. Nie od braku prysznica, ale od jego kłamstw. Byłam wściekła nie o to, że stracił pracę. Byłam wściekła, że zrobił ze mnie idiotkę. Że pozwolił mi marzyć o spa, wiedząc, że nie mamy nawet na czynsz. Że przywiózł mnie tutaj, narażając na upokorzenie, tylko po to, by dalej ciągnąć ten teatr.

– Pakuj się – powiedziałam cicho.

– Agata, przepraszam, ja to naprawię…

– Pakuj się! – wrzasnęłam tak głośno, że pan Zbyszek na dole pewnie spadł z fotela. –

Wracamy. Ty prowadzisz, bo ja jestem zbyt roztrzęsiona. A w domu… w domu porozmawiamy o rozwodzie. O ile w ogóle mamy jeszcze jakiś dom, o którym komornik nie wie.

To był koniec małżeństwa

Powrót był koszmarem. Sześć godzin w milczeniu, w atmosferze gęstej od żalu i rozczarowania. Patrzyłam na jego profil i zastanawiałam się, jak mogłam być tak ślepa. Wszystkie te nadgodziny, stres, dziwne telefony – sygnały były wszędzie, ale ja wolałam żyć wygodnym kłamstwem. Ten wyjazd miał być luksusowy. I w pewnym sensie był – bo cena, jaką zapłaciłam, była najwyższa z możliwych. Straciłam męża, zaufanie i poczucie bezpieczeństwa. Dziś, trzy miesiące później, mieszkam u rodziców. Nasze mieszkanie jest wystawione na sprzedaż, by pokryć długi – o czym dowiedziałam się już po powrocie. Tomek zniknął, podobno wyjechał za granicę do pracy na budowie, uciekając przed wierzycielami.

Czasami przeglądam zdjęcia z internetu. Nie te z luksusowych hoteli. Wpisuję w wyszukiwarkę „Willa U Zbyszka”. Patrzę na ten krzywy dom i myślę sobie, że paradoksalnie powinnam być wdzięczna losowi za ten wyjazd. Gdyby nie ta rudera, zimna woda i brudne kubki, może dalej żyłabym w bańce, czekając, aż pęknie i zniszczy mi życie jeszcze bardziej. Piekło turystów okazało się moją drogą do prawdy, choć ta prawda smakuje gorzej niż tamten śmierdzący bigos.

Agata, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama