Jesień może zaczyna się mimozami, ale potem jest tylko deszcz i chłód – pomyślałam ze złością. Właśnie uświadomiłam sobie, że moje nieprzemakalne buty, za które ostatnio dałam całkiem sporą sumkę, nie są dostateczną barierą przed wilgocią. No cóż, może i nie przemakają, ale nie mają cholewki, więc jak się wejdzie niechcący w głęboką kałużę, to najpierw robi się zimno, później gorąco ze złości (ale tylko na moment), a potem znów zimno i mokro. Miałam dość. Rozejrzałam się. Nie znałam tej okolicy, muszę tu tylko coś dostarczyć. Jakiś spożywczak, second hand, obok apteka, poprawki krawieckie… O, jest i kawiarnia!

Zapisani sobie w gwiazdach? Historia Moniki

Kiedy otwierałam drzwi, owionął mnie bardzo przyjemny zapach kawy i czekolady. I to cudowne ciepełko, którego tak bardzo pożądałam! Było wczesne popołudnie w środku tygodnia, więc tłoku nie było, ale jednak całkiem sporo stolików było zajętych. Wnętrze było przytulne, choć zagracone. Jakiś stary kredens nadawał kawiarni staroświecki urok dworkowej jadalni. Stoliki były różnej wielkości a krzesła nie do pary, niektóre drewniane, inne wiklinowe. Było też kilka miękkich foteli. Na ścianach stare fotografie.
Wstawiłam ociekający deszczem parasol do stojaka przy drzwiach, płaszcz powiesiłam na wieszaku z rogów jelenia. Wkurzyłam się. Jem mięso, ale jestem przeciwna zabijaniu zwierząt dla sportu. Gdyby była ciut ładniejsza pogoda, pewnie wybrałabym inny lokal. W końcu sali znalazłam sobie mały stoliczek, przy którym spędziłam cudowną godzinę popijając najpierw gorącą czekoladę z bitą śmietaną, a potem fundując sobie jeszcze kawę i ciastko. Zerknęłam na stary zegar ścienny. Czas się zbierać. Musiałam dostarczyć do biura turystycznego tłumaczenie, które dla nich zrobiłam. Niestety, nie mogłam wysłać im tego przez internet, bo chcieli mi przekazać jakieś foldery. Miała to być dalsza część współpracy. Wyjrzałam przez okno. Deszcz przestał padać. 
Kiedy wychodziłam, zadzwoniła mi komórka, złapałam więc parasol byle jak, ściskając go wpół, żeby się nie rozłożył. Dzwonili z banku z ofertą. Monolog pana w słuchawce rozwijał się a ja nie miałam siły mu przerwać, więc wzięłam parasol pod pachę i pomaszerowałam. Dopiero godzinę później, kiedy wychodziłam już ze spotkania i rozłożyłam parasol (właśnie znów się rozpadało) zauważyłam, że to nie mój. Też był czarny, ale miał nietypową, skórzaną rączkę z wytłoczonym na niej monogramem. 
– Kto w dzisiejszych czasach funduje sobie inicjały na rączce od parasola? – prychnęłam, ale inicjały VM pobudziły moją wyobraźnię. – Co to może być za nazwisko? Raczej zagraniczne. Victor de Monaco, Vincent hrabia Marlborough? W każdym razie „ktoś tam von coś tam”. Już widziałam dżentelmena w tweedowej marynarce albo przystojnego prawnika snobującego się na arystokratę w typie księcia Walii. Przeszył mnie dreszcz.
– Może to książę z bajki – pomyślałam – Nie zmarnuj takiej szansy! 
Postanowiłam, że zapytam w kawiarni. Taka zguba może być bolesna dla właściciela. Podeszłam do kontuaru i pokazując parasol wyjaśniłam, w czym rzecz.
– Tak, ktoś przed chwilą o niego pytał – powiedziała kelnerka i wskazała stolik przy oknie. Odwracając się miałam przeczucie, że to przełomowa chwila w moim życiu, że teraz, że wreszcie…

"Oddałam mu parasolkę, a on w podziękowaniu zaprosił mnie na wino"

Facet, który siedział przy stoliku też na mnie patrzył. Miał na sobie kraciastą koszulę i wytarte dżinsy, na nosie okulary z grubymi szkłami, a na głowie szopę niesfornych włosów. Przed nim stała szklanka wody. Był mniej więcej w moim wieku – 30 lat. Westchnęłam.
– Na hrabiego to mi on nie wygląda – mruknęłam do kelnerki, która zrobiła dziwną minę. Skąd mogła wiedzieć o monogramie…
Facet w kraciastej koszuli wstał i ruszył mi na spotkanie. 
– Zorientowałam się dopiero po godzinie – tłumaczyłam się. 
Oddałam mu parasolkę, a on w podziękowaniu zaprosił mnie na wino. Właściwie nigdzie mi się nie śpieszyło a on naprawdę był wdzięczny i chciał się jakoś zrewanżować. Na zewnątrz rozpadało się na dobre, więc rozmawialiśmy, rozmawialiśmy… W ogóle nie mogliśmy przestać.
Okazało się, że ma niedużą firmę. Czasem pracuje z kawiarni – wystarczy mu laptop, cichy kąt i jest w robocie. A parasolka pochodziła z kolekcji jego nieżyjącej już ekscentrycznej babci, która uwielbiała nietypowe przedmioty. Odziedziczył po niej sporą kolekcję ciekawostek. Parasol miał dla niego wartość sentymentalną i naprawdę ucieszył się, że ktoś zadał sobie trud odniesienia go z powrotem.
Od tego czasu minęło już sporo jesiennych sezonów, a my nadal rozmawiamy. Nie musimy jednak wychodzić do kawiarni. Od dwóch lat niestraszne nam jesienne słoty. Jest nam bardzo ciepło razem. Byliśmy od początku zapisani sobie w gwiazdach? Kto wie...

WIĘCEJ HISTORII: