Krystyna Janda

To ona namówiła Grechutę do ułożenia muzyki do wierszy Leśmiana. Wspólnie wykonane „W malinowym chruśniaku” okazało się wielkim sukcesem.
Brawurowo wykonaną „Gumą do żucia” Janda zachwyciła publiczność festiwalu w Opolu. I rozpoczęła niezwykły etap życia.

Wzdychały do niego studentki i ich babcie. Spełniał wszystkie warunki romantycznego ideału: przystojny cherubin w aureoli złotych loków, śpiewający melodyjne, poetyckie piosenki niepodobne do innych. Rozmiękczał niewieście serca. Musiał mieć świadomość, że tak jest, ale – jak wspominają jego znajomi – nie korzystał z tego. Miał żonę, syna. I przepastny świat swojej muzyki, poezji, malarstwa (z wykształcenia był architektem). Na scenie charyzmatyczny i zdystansowany. Jaki był poza nią? Jako kolega, człowiek, mężczyzna? Każda z jego muz, m.in. Krystyna Janda, Maryla Rodowicz czy Dorota Pomykała, ma inny jego obraz. Tak jak każdy jego słuchacz. I choć odszedł dwa lata temu, to – jakkolwiek patetycznie to zabrzmi – jego piosenki, pamięć o nim, tak jak śpiewał, ocalą go od zapomnienia. Tak jak większość dziewczyn w Polsce, straciła głowę, gdy usłyszała jego „Dam ci serce szczerozłote, dam konika cukrowego”, a potem kolejne piosenki. – Pokochałam jego głos i kocham do dziś – zdradza w wywiadach aktorka. Pierwszy raz spotkała go w 1977 r. Szedł korytarzem telewizji na Woronicza. – Gdy go zobaczyłam, myślałam, że umieram, że śnię. Zdawało mi się, że to pomnik idzie w moim kierunku, symbol.

„Guma do żucia”

A on się zatrzymał, przyjrzał mi się i spytał: „Pani jest młodą aktorką, tak? Pani śpiewa?”. I zabrał ją, oniemiałą, do fortepianu, poprosił o powtórzenie kilku dźwięków. Zamykając klapę instrumentu, orzekł: „Zgłaszam panią na festiwal w Opolu, z moją piosenką »Guma do żucia«”. Wiele lat później spytała go, czemu wybrał ją. Odpowiedział: „Szłaś korytarzem, nie było nikogo innego, za 10 minut zamykali listę. Nie można było wpisać piosenki bez wykonawcy”. – Przygotowując się wtedy do Opola, pracował ze mną cierpliwie, uczył od podstaw. Nigdy wcześniej nie stałam przed mikrofonem, nie śpiewałam z zespołem! On na tamtym festiwalu miał też swoje próby. Pewnego dnia wrócił z nich i trafił na naszą zabawę. Wygłupialiśmy się. Chłopcy z Anawa improwizowali, a ja, stojąc na beczce piwa, śpiewałam „Gumę do żucia” sześć razy szybciej. Słuchał tego chwilę, a potem zmienił i tempo utworu, i aranżację. Poszedł za moim temperamentem – opowiada artystka. Wtedy w Opolu Grechuta zdobył główną nagrodę za „Hop, szklankę piwa”, a „Guma do żucia” – do jego słów i muzyki – w niespotykanym wykonaniu Jandy zrobiła furorę. Po koncercie przez parę lat pracowali razem. Nagrali duże programy dla telewizji, koncertowali w Polsce. A wieczorami, nocami w restauracjach hotelowych Grechuta siadał do pianina czy innego „miejscowego” instrumentu i grał, śpiewał. Godzinami. – Uwielbiałam te wieczory – wspomina Krystyna Janda. Gdy bywał w Warszawie, często nocował w jej mieszkaniu. W malutkim przedpokoju łóżko polowe mieściło się tylko wtedy, gdy ustawiło się je na ukos. – Stał się w tamtych czasach naszym niezwykłym gościem domowym. Rozmowy z nim, praca, obserwowanie go, odkrywanie jego sposobu myślenia, doświadczanie jego otwartości – to wszystko było dla mnie jak ze snu. Z nim wchodziło się w zupełnie inny rodzaj porozumienia, w przestrzeń niezwykłą, odległą od przyziemnych spraw. Po „Gumie…” wróciłam do teatru, miałam masę spraw na głowie, ale w czasie spotkań z nim zyskiwałam dystans do problemów. Bieganina urywała się nagle i wchodziłam w czystość, marzenia, wieczną poezję.

Inny wymiar

Na początku lat 80. aktorka namówiła Grechutę do napisania muzyki pod cykl erotyków Bolesława Leśmiana „W malinowym chruśniaku” Mówiła wtedy: – Marek jest człowiekiem, który żyje tak, jak pisze, śpiewa, komponuje. Zastanawia się nad światem, zwraca uwagę na wszystko, co go otacza, bada zdarzenia codzienne w sposób jemu tylko właściwy, niecodzienny, niedostępny innym. Nigdy nie stracił naiwności, którą większość ludzi stara się zdławić, uważając za coś wstydliwego. Kocham, jak śpiewa, nie rozstaję się z jego płytami i wszystkie problemy rozwiązuję przy tych nagraniach. Gdy w 1995 r. kręciła swój debiutancki film „Pestka”, wiedziała, że na końcu historii o trudnej miłości musi zaśpiewać właśnie Marek. Przyszła do niego po jednym z jego warszawskich koncertów. – Uśmiechnął się i powiedział: „Przyszłaś po piosenkę. Nowej ci nie napiszę, ale mam »Miłość«. Możesz ją sobie wziąć”. Ten film bez tej piosenki – bez Marka, jego głosu, jego śpiewania – byłby mniej mój, mniej nasz, mniej wszystkich z mojego pokolenia…

W malinowym chruśniaku
przed ciekawych wzrokiem
zapodziani po głowy,
przez długie godziny
zrywaliśmy przybyłe tej nocy
maliny. Palce miałaś na oślep
skrwawione ich sokiem. (...)
I stały się maliny narzędziem
pieszczoty tej pierwszej, tej zdziwionej,
która w całym niebie nie zna innych upojeń,
oprócz samej siebie...

B. Leśmian „W malinowym chruśniaku”, muz. M. Grechuta – 1984 r.

Maryla Rodowicz

Największa nasza gwiazda, Maryla Rodowicz, pracowała chyba ze wszystkimi wielkimi artystami estrady. Pracę z Markiem Grechutą wspomina szczególnie.
Spektakl „Szalona lokomotywa” z muzyką Grechuty i Pawluśkiewicza był hitem. Maryla Rodowicz grała w nim Hildę.
Byli z różnych światów. Ona z Warszawy, on z Krakowa. Ale zbliżyła ich muzyka Marka. – Niezwykła – mówi z mocą Rodowicz.

Pierwszy raz zobaczyłam Marka w 1967 r. na Festiwalu Piosenkarzy Studenckich w Krakowie – artystka uśmiecha się do swoich wspomnień. – Pamiętam, że miał za dużą koszulę bez kołnierzyka, cienką szyję. Taka słodka chudzina o anielskiej buzi. Patrzyłam na niego z rosnącym podziwem.

Szczupły idol Krakowa

Już wtedy miał swój zespół Anawa, założony z Janem Kantym Pawluśkiewiczem, kolegą z architektury. Niespełna 22-letni Grechuta był gwiazdą krakowską. – A ja przerażoną studentką II roku AWF w Warszawie – uśmiecha się Rodowicz. – Na tamtym festiwalu mnie przyznano pierwsze miejsce, Marek zajął drugie. To moje zwycięstwo zaszokowało wszystkich, również mnie. Byłam przekonana, że wygra on, śpiewał doskonale! Poza tym miał swoją widownię, pomysł na siebie, wiedział, czego chce. Wcześniej nikt z Warszawy nie miał szans wygrać w tym konkursie, to była impreza krakowska. Nie przypuszczałam wtedy, że za 10 lat nagram coś z Markiem.

„Szalona lokomotywa”

Czerwiec 1977 r., dzwoni telefon. Marek Grechuta. – Mówi, że z krakowskim Teatrem Stu przygotowuje spektakl „Szalona lokomotywa”, na podstawie tekstów Witkacego, i proponuje mi udział w tym przedstawieniu. Kiedy usłyszałam piękną, szaloną muzykę Grechuty i Pawluśkiewicza, wiedziałam: o, to będzie wydarzenie. Spektakl, w reżyserii słynnego Krzysztofa Jasińskiego, miał niezwykłą jak na tamte czasy oprawę. Na scenę wjeżdżała po torach wielka, skrzydlata lokomotywa. Z piachu wyłaniał się wielki różowy biust. Szalał balet, jeździły rowery na ogromnych kołach… Grechuta przyjmował ze spokojem fakt, że parowóz co rusz ciął mu kable od mikrofonu. Widowisko pokazywano w kilku miastach, przy kompletach publiczności. Tam, gdzie nie było wielkich hal, wystawiano je w namiocie cyrkowym. – Marek, o urodzie aniołka, w „Lokomotywie” grał szatana. Belzebuba w białym fraku. Niezapomniane – uśmiecha się Rodowicz. Zanim jednak powstał spektakl, nagrała z Grechutą płytę z piosenkami z „Lokomotywy”. – Co to było za wyzwanie! – śmieje się. – Zaproponowano mi nagranie utworów nie w moich tonacjach. Muzyka była już zarejestrowana. Nie było wyjścia. Ileż się namęczyłam, by wyśpiewać te arcytrudne partie. Uważam, że to jedna z lepszych polskich płyt. Świetna muzyka. I pamiętam, jak w trakcie prób do „Lokomotywy” w Krakowie – był upalny sierpień – dostałam kopertę od Agnieszki Osieckiej, a w niej sporo nowych tekstów. Marek siedział przy pianinie, w ogromnym namiocie, na arenie pełnej piasku. Położyłam przed nim wiersze „Gaj” i „Rajski deser”. Błyskawicznie napisał do nich muzykę. Wkrótce nagraliśmy te utwory w duecie.

W nim się kochała Polska

Maryla uśmiecha się. Przyznaje, że tamten spektakl dużo zmienił w jej życiu. Zwłaszcza prywatnym. To był początek jej miłości do Krzysztofa Jasińskiego. W swoich wspomnieniach pisała, jak bardzo iskrzyło między nią a reżyserem. Często bywała w Krakowie. – W trakcie prób odwiedzałam Marka w jego domu. Pamiętam, że dużo malował, głównie kwiaty. Podarował mi kilka obrazków. Bardzo lubił dyskusje o sztuce, o filozofii mógł rozmawiać godzinami. Pasjonował się tym. Ale lubił też sport. Grałam z nim parokrotnie w tenisa na kortach w Sopocie. Mam nawet zdjęcia. A wtedy, w 1977 r., podczas trwania festiwalu w Opolu urządziliśmy sobie razem żartobliwe obchody „naszego 10-lecia”. Tak zupełnie prywatnie. Zaprosiliśmy na całonocny bankiet wszystkich uczestników festiwalu. Ale się działo! – kręci głową. Gazety pisały, że Grechuta gra tak anielsko, że wszystkie starsze panie mają ochotę go schrupać. Stał się sławny. Na XV festiwalu w Opolu zdobył Grand Prix (za „Hop, szklankę piwa” – piosenkę skomponowaną właśnie do „Lokomotywy”). Furorę robiły śpiewane przez niego „Nie dokazuj” czy „Niepewność”. – Nie miałam świadomości, że w Marku kocha się cała Polska. Ta jego niewinna twarz, kręcone włosy, szeroko otwarte oczy i zmysłowe usta mogły działać na kobiety. Ale Marek nie miał nic wspólnego z typem uwodziciela. Ja do niego nie wzdychałam – zastrzega. – Ale za to ogromnie czarował mnie jego głos i jego piosenki. Mają wyjątkowy wdzięk, są oryginalne muzycznie, ponadczasowe. Marek unosił się ponad ziemią.

Żona Danusia

Zagrali sporo wspólnych koncertów, m.in. w Niemczech. – Najbardziej wzruszały mnie próby. Siedział przy fortepianie jakby nieobecny, niezauważający nikogo dookoła. I śpiewał. Ja siedziałam zasłuchana w piękne aranżacje. Smyki, teksty, Marka głos. To było jak wejście w równoległy świat. W latach 90. również znaleźliśmy się na wspólnej, dwumiesięcznej trasie po Polsce. Oprócz nas występowali: Czesław Niemen, The Animals, Seweryn Krajewski. Z Markiem zawsze jeździła na koncerty jego żona Danusia. Opiekowała się nim cały czas. Taki dobry duch. Dyskretnie, ale zawsze obok. Bo to naprawdę męczyło, to przemieszczanie się po całym kraju – wspomina Maryla. W czerwcu 2006 r. artystka wzięła udział w koncercie opolskim poświęconym twórczości Marka Grechuty. Zaśpiewała „Hop, szklankę piwa” i „Nad zrębem planety”. – Marek na koncert nie dojechał, chorował, pojawiła się tylko żona. Zadzwoniłam do niego, by skonsultować repertuar. On oglądał koncert w telewizorze. Nikt się nie spodziewał, że wkrótce odejdzie. Zmarł w październiku 2006 r. Pyta pani, jak go zapamiętam? Jako takiego krakowskiego elfa, błądzącego w obłokach. Jak dobrze, że był. Jest. Będzie. W pamięci i na fotografiach. Przede wszystkim jednak w swoich piosenkach. Nieśmiertelnych.

W splątanym gaju rąk i nóg
szepczemy słowa święte,
jak szeptał kiedyś młody bóg
bogini niepojętej.
W czerwonym żarze rzewnych
żądz płoniemy jak pochodnie
i opadamy w niebo, śniąc
niewinnie i łagodnie. Cyt, cyt,
cyt, cyt (...) niewinnie i łagodnie...
A. Osiecka „Gaj”, muz. M. Grechuta – 1977 r.

Dorota Pomykała

Dorota Pomykała, aktorka Teatru Starego w Krakowie, mówi, że pamięta Grechutę jak przez mgłę. Same impresje. Ale i on był jedną wielką impresją…
Od skończenia szkoły marzyła, by Grechuta coś z nią nagrał. Udało się.

Która kobieta nie uległa jego czarowi? W nim było wszystko, co lubimy: i kowboj, i poeta – mówiła kiedyś. Dziś uśmiecha się ciepło na jego wspomnienie. – Gdy kończyłam szkołę teatralną, on już występował w Piwnicy pod Baranami. Od razu przypadł mi do serca. Niezwykły urok, tajemnica i wrażliwość. Czułam, że nosi duże nuty delikatności – teraz powiem sobie komplement – podobne do moich. Myślałam: nieosiągalne, ale chciałabym z nim pracować.

W Piwnicy pod Baranami

Któregoś wieczoru w Piwnicy z biciem serca podeszła do niego. – Przygotowywał cykl „Śpiewające obrazy”, zainspirowany malarstwem ukochanych impresjonistów. Sam też malował, nawet miałam jego obraz – wspomina. Od słowa do słowa dał jej do zaśpiewania m.in. „Piruet na polnej drodze”. W 1981 r. na wrocławskim Przeglądzie Piosenki Aktorskiej wyśpiewała nim Nagrodę Specjalną Jury. – To Marek wprowadził mnie w wielki świat. Śpiewałam m.in. z Ewą Demarczyk. Onieśmielona, bo dopiero co skończyłam szkołę! To dziś brzmi naiwnie, ale wtedy pewne nazwiska były święte. Od skończenia szkoły marzyła, by Grechuta coś z nią nagrał. Udało się. O bohaterce utworu mówi: dojrzewałam z nią. – Początkowo miałam oddać delikatność tego obrazu. Zwiewność, zapach pola, poziomek. Niedawno zaśpiewałam ją z pazurem. Wyciągnęłam śmieszność opętanej tancerki, sympatycznej wariatki. Marek pisał piosenki pod osobowość wykonawcy. Moje były jak zefirki. Wszystko, co działo się wokół Grechuty, było magiczne. – Czas dla niego nie istniał. Nagle orientował się, że gdzieś jest spóźniony. Pamiętam próby u niego. Nie wiadomo było, kiedy się zaczną, może to już? Nie poganiał. Nie dawał uwag. Mówił tylko: „Dorotko, a nie chciałabyś jeszcze raz spróbować?”. Bez krytyki. Był enklawą spokoju. Według zasady: tworzę, a świat niech robi, co chce. Jesteśmy tu i teraz, czym się denerwować? – uśmiecha się aktorka. – On nawet nie wiedział, że jest sławny. Był obok, pozamykany w sobie. Niekiedy sprawiał wrażenie, że patrzy, lecz nie słucha. Uśmiechał się, ale nie dosłownie. Był… w aureoli uśmiechu. I czasem trzeba było lekko trącić go w ramię: „Hej, Marek”. Cały czas coś się po jego mózgu kołatało. Dźwięki, poezja. Nie należało mu przeszkadzać – opowiada. Pewnego dnia usłyszała, że wjechał w walec. – Walec ogromny, jak można go nie widzieć, prawda? Otóż Marek mógł nie widzieć. Dziś myślę, że to mogło mieć związek z jego chorobą, ale wtedy myśmy o niej nie wiedzieli.

Zamyślony pan

Podobał się kobietom. – Czarujący, zniewalał uśmiechem, ale to był uśmiech czystości, a nie „poderwę cię”. Szarmancki. Podawał płaszcz, otwierał drzwi. Ładnie stał. Nigdy się nie wygłupiał. Taką grzeczność mają w sobie ludzie, którzy noszą tajemnicę bólu, tak to sobie tłumaczę. Kiedyś, tuż przed jego odejściem, spotkała Danusię w aptece. – Powiedziała: „Wiesz, Marek śledzi cię w »Plebanii«. Bardzo mu się podobasz”. Miło mi się zrobiło, że mnie pamięta, choć zdziwiłam się: Marek i seriale? Poza tym grałam tam alkoholiczkę. Bez makijażu, z sińcami. Poprosiłam, by przekazała mu, że w rzeczywistości wyglądam trochę lepiej – uśmiecha się. – Dziś na dźwięk jego imienia pojawia mi się: „poezja” i „smutna jasność z uśmiechem na twarzy”. I widzę, jak w Krakowie idzie Rynkiem. Chyba w zielonym prochowcu. Jego się od razu widziało. Nikt tak nie chodził jak Marek.

Weź, zabierz mnie tam, tam,
gdzie niebo wisi jak białe runo
jak angora. Ach, jak bardzo
jestem, ach, skóra jak mak...
Taka słaba jak koteczek i blada,
chyba chora, bardzo chora.
Nie, nic mi nie brak (...).
Zimno nie jest, ale dreszcz,
dreszcz jak prąd...
„Piruet na polnej drodze”, słowa i muz. M. Grechuta – 1982 r.