Kontrowersyjny film "365 dni" to ekranizacja bestsellerowej książki Blanki Lipińskiej o tym samym tytule. Obraz, który czeka na swoją premierę, ma być polską odpowiedzią na bijącego rekordy oglądalności hitu "50 twarzy Greya". Jak przekonują twórcy, ma ociekać zmysłową atmosferą "od której zrobi się duszno w kinie". Nic dziwnego, że już krąży wokół niego masa plotek i skandali. Jednak nic ostatnio nie oburzyło tak opinii publicznej jak wywiad, w magazynie "Viva" który miał być częścią promocji filmu. Pytania, które zadawał dziennikarz magazynu, Roman Praszyński, były wyjątkowo seksistowskie i poniżające dla aktorki.

Seksistowski wywiad z Anną Marią Sieklucką

Dziennikarz na wstępie zapytał swoją rozmówczynię o to, czy lubi seks. "A jakie to ma znaczenie?" - odpowiedziała aktorka. "Skoro nie lubi pani seksu, to co pani lubi?". Następnie Praszyński pytał aktorkę o doświadczenie seksualne, czy w rodzinnym Lublinie są kluby nocne, czy bywa ona na plażach nudystów i czy kąpała się nago w morzu. "A pan?" - kwitowała w wywiadzie aktorka. Jednak po powściągliwych odpowiedziach Anny Marii Siekluckiej dziennikarz wysnuł wniosek, że najwyraźniej aktorka "nie ma swobody ze swoim ciałem". Poza tym aktorka musiała tłumaczyć się, że ona i Michele Morrone (jej filmowy partner) są aktorami i jedynie odgrywali sceny seksu. Gdy Praszyński dopytywał, czy chciałaby mieć takiego chłopaka jak Morrone, odparła, że liczy się dla niej przede wszystkim wnętrze, wtedy dziennikarz wzniósł się już na wyżyny szowinizmu: "Ma Pani kulawego chłopaka, łysego z brzuchem?" zripostował. W tym samym materiale Sieklucka stwierdziła, że "na planie erotycznego filmu czuła się bardziej komfortowo niż w trakcie tego wywiadu", ale mimo tego wywiad został ostatecznie przez nią zautoryzowany. To tylko nieliczne z najbardziej oburzających pytań z całego materiału. Jak to możliwe, że w XXI w. w erze #metoo, równości płciowej tego typu materiały wciąż wychodzą na światło dzienne, i to w kobiecych magazynach? 

Reakcja sieci i dziennikarzy na wywiad w "Vivie" 

Po upublicznieniu wywiadu w sieci rozgorzała dyskusja, której najwidoczniej zabrakło w samej redakcji magazynu. Głos zabrali nie tylko zniesmaczeni czytelnicy, ale też dziennikarze. Głos zabrał na swoim oficjalnym facebooku Jakub Żulczyk:

"Przepraszam, że się wtrącam, ale droga redakcjo Viva, ten wywiad to straszny wstyd. Te durne pytania tępego dzboka (dzbana i zboka) podpadają pod molestowanie. Czy Wy chcieliście ukarać p. Sieklucką, że wystąpiła w erotycznym filmie, czy o co chodzi? Mamy 2020 rok. Jesteśmy (wciąż) w Europie Zachodniej. Współczuję p. Siekluckiej tego, że musiała udzielić tego wywiadu, że został autoryzowany i opublikowany" - napisał

Sprawę skomentowała też zażenowana Małgorzata Halber:

"Jedno w tym wszystkim dobre. Okazało się, że jednak to #metoo miało sens. Bo Wasza reakcja, nasza reakcja, była natychmiastowa. I wraz z nią przyszło też natychmiast protestowanie przeciwko "victim bkaming", kiedy ktoś zaczynał perorować że sama sobie winna a w ogóle to trzeba było wyjść. Tak więc, sorry patriarchat, jest już za późno".

To tylko nieliczne z komentarzy, które pojawiły się w sieci:

"Gdyby pan dziennikarz był istotą myślącą i wrażliwą odpuściłby po tej odpowiedzi: Miała Pani myśli: „W co ja się wkopałam?”. I „Którędy uciekać?”. Przeciwnie. Znałam historie, czytałam książkę. Na planie czułam się komfortowo, dużo bardziej niż podczas tego wywiadu".

"Przede wszystkim to nie jest wywiad, tylko odpytywanka. Wywiad powinien mieć swoją konstrukcję, pytania powinny być pewnym ciągiem logicznym, najlepiej, żeby to wszystko przebiegało według nieśmiertelnego schematu wstęp-rozwinięcie-zakończenie. A tu mamy ostrzeliwanie przypadkowymi nieposegregowanymi tematycznie pytaniami z wiadomej części ciała. Słaba robota".

"[...]efekt jest właśnie taki - pełen cliché i akcentów wręcz szowinistyczno-mizoginistycznych: seria szybkich napastliwych pytań mających na celu przyparcie rozmówczyni do ściany i jej "zdemaskowanie", a tak naprawdę - zdyskredytowanie. Bo jak ładna i wystąpiła w "rozbieranym filmie" to na pewno głupia itd., a ten film to przecież wg nich nie jest dziełem "Oscarowym", nad którym warto się pochylić, więc trzeba jej zadawać takie pytania jak do Bravo Girl (piszę to z całym szacunkiem do Bravo Girl), ponieważ "wywiadowca-kogut" musi pokazać światu, kto tu rządzi i kto tu jest inteligentny. Tymczasem efekt jest odwrotny. Lekceważąc rozmówczynię, kogut sam się ośmiesza. Trzymam kciuki za tę panią!"

W sieci pojawiły się wspomnienia gwiazd z rozmów, jakie w przeszłości przeprowadził z nimi kontrowersyjny dziennikarz. Agata Młynarska, Borys Szyc, Gosia Baczyńska to tylko niektóre nazwiska, które wolałyby o tym spotkaniu zapomnieć.

Oficjalne przeprosiny dziennikarza

Dzięki braku obojętności na tego typu dziennikarskie praktyki, magazyn usunął materiał ze strony, przeprosił czytelników oraz samą aktorkę, opublikowane zostały też przeprosiny dziennikarza:

Blanka Lipińska zawiedziona

Głos na temat skandalicznego wywiadu zabrała autorka książki "365 dni", Blanka Lipińska, która przyznała, że zna i ceni warsztat dziennikarski Romana Praszyńskiego.

"W społeczeństwie od zawsze pokutuje przeświadczenie, że mężczyzna, który zagrał odważną rolę, to godny podziwu ogier, natomiast kobieta w tej samej roli zasługuje na łatkę ladacznicy. Wywiad Romka bardzo mnie zawiódł, bo utrwalił ten stereotyp. Sposób, w jaki rozmawiał z Anną Marią i pytania, jakie zostały jej zadane, w mojej ocenie były bardzo niewłaściwe." - przyznała pisarka.

Pisarka przyznała jak bardzo jest zawiedziona zachowaniem znajomego dziennikarza. Wypowiedziała się też w kontekście aktorki:

"Jest mi przykro, że jako kobieta została potraktowana przedmiotowo. Jednocześnie jestem z niej dumna, że udźwignęła tę rozmowę." - wyznała Blanka Lipińska. 

Medialna ustawka czy zwykły szowinizm?

Sprawa budzi kontrowersje nie tylko ze względu na formę rozmowy aktorki z dziennikarzem, ale też ze względu na czas, w jakim został opublikowany. Wielu krytykuje incydent uznając go za sztucznie wykreowany szum wokół zbliżającej się dużymi krokami premiery filmu. Oto, co na zarzuty medialnej ustawki odpowiedziała Anna Maria Sieklucka, która pamiętajmy, jako aktorka dużej produkcji, jest zobowiązana brać udział w akcjach promocyjnych filmu, m.in. w wywiadach.

"Nigdy w życiu nie zgodziłabym się na ustawkę. Poszłam na ten wywiad jak na każdy inny. Nie była to łatwa rozmowa. Jestem dumna, że ją udźwignęłam" - napisała w oficjalnym oświadczeniu aktorka.